Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niemcy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 czerwca 2015

[43] Duńsko - niemiecka majówka. Wszyscy dobrzy ludzie drogi.

 

 Rano ruszamy szukać wylotówki. Idąc za radą dostajemy się na stację metra Norreport, skąd łapiemy pociąg na Ny Ellebjerg (24 kr za bilet, czyli około 14 zł). Jak się okazuje, dogodnego miejsca na stopowanie brak. Po blisko dwóch godzinach (w czasie których zaznajamiamy się z obsługą stacji benzynowej i okolicznymi dostawcami towaru do sklepów spożywczych) w zatoczce zatrzymuje się samochód z dwoma Turkami w środku. Jadą tam, gdzie chcemy się dostać, oczywiście chętnie nas podrzucą. Jestem sceptycznie nastawiona, bo nie wydają się szczególnie ogarnięci, ale po dwóch godzinach wsiadłabym i do traktora. Jedziemy.
Panowie wysadzają nas na stacji benzynowej za miastem, twierdząc, że jeśli pójdziemy kawałeczek w dół autostrady, to znajdziemy się na dobrej drodze i na pewno szybko coś złapiemy. Miejsce na autostradzie faktycznie jest całkiem dobre, szerokie pobocze, a samochody nie jeżdżą specjalnie szybko. Niedługo po wyciągnięciu kciuków zatrzymuje się dziewczyna i pyta dokąd jedziemy. Gdy tłumaczymy, że chcemy dostać się na prom, mówi:
- To dlaczego tutaj stoicie? Jesteście na całkowicie złej drodze, najlepiej będzie, jeśli wrócicie się do Kopenhagi i będziecie łapać stamtąd.
- Ale my dopiero z niej wyjechałyśmy…
- To spróbujcie stanąć na górnej drodze na przystanku, może uda wam się coś złapać, choć to mało prawdopodobne.
Zasada numer jeden: nigdy nie ufaj nieogarniętym Turkom.
Tyle dobrego, że miejsce na właściwej drodze faktycznie jest wygodne. Nie zmienia to jednak faktu, że spędzamy tam niemal kolejne 3 godziny. W międzyczasie udaje nam się zatrzymać:
- Polaka, który bardzo chce nam pomóc, ale musi jechać do pracy do Kopenhagi
- dziwnego gościa, który podwozi nas 300 metrów (!) dalej, na tę samą stację, z której kilka godzin wcześniej uciekłyśmy, a gdy odpowiadamy na pytanie skąd jesteśmy, uradowany krzyczy „ooooo Polska! Byłem w Amsterdamie wiele razy”

Ogólnie autostop w Danii oceniam słabo. Może po prostu mamy wybitnego pecha, może nie wzbudzamy zaufania, może wyglądamy jak brudasy, a może po prostu faktycznie kiepsko się tam stopuje. Kierowcy kompletnie nas ignorują, udając, że nas nie widzą, a o głupim uśmiechu z ich strony można zapomnieć. Powoli oswajamy się z faktem, że o dotarciu tego dnia do Bochum możemy zapomnieć. Po dłuższym czasie przenosimy się do zatoczki za skrzyżowaniem, a tam szczęście się do nas uśmiecha i szybko zatrzymuje się sympatyczny gość, z którym jedziemy kilkanaście kilometrów. Wysadza nas tradycyjnie na środku autostrady, gdzie również tradycyjnie stajemy na poboczu, a wszyscy jak zwykle na nas trąbią i pukają się w głowy. Chwilę później jedziemy już z sympatycznym panem w stronę Rodbyhavn, skąd odpływa prom do Niemiec.
Kierowca tym razem okazuje się na tyle litościwy, że postanowia oszczędzić nam biegania wzdłuż autostrady; zjeżdża z niej wcześniej i wysadza nas na wieeeeelkim i niemal całkowicie pustym parkingu.
- No, teraz musicie tylko dostać się na tę drogę, o tam wysoko, i w tamtą stronę łapać, powodzenia!
Tyle go widzimy. Na parkingu stoi wprawdzie kilka tirów na polskich numerach, ale zgodnie uznajemy, że póki co lepszą opcją będzie próba dostania się na właściwą drogę. Mamy dwa wyjścia – cofnąć się dobrych kilka kilometrów do autostrady bądź wejść na nią na skróty, po wielkim trawiastym zboczu. Wybór jest oczywiście prosty.
Idę pierwsza. Powoli i ostrożnie, bo stromo, a niedoleczone kolano nadal trochę boli. W momencie gdy jestem już na samej górze i usiłuję przekroczyć barierkę, zauważam służbę autostrad. A służba autostrad zauważa mnie. Groźnie wyglądająca pani w kamizelce zaczyna iść w moją stronę. Odwracam się do Magdy.
- O kuźwa. Zawracamy.
- Czemu? Co się stało?
- Służba autostrad. Spadamy na dół, szybko.
Kolano jakoś automatycznie przestaje boleć i zbiegamy z góry. Niestety Groźną Panią w Kamizelce odrobinę denerwuje nasze zachowanie i zaczyna biec w naszą stronę, krzycząc coś po duńsku.
- Ksejjorgrafnjg aiabud fdsajhsfe!                                
- Nie mówię po duńsku, nic nie rozumiem! – odkrzykuję po angielsku.
- Co wy tutaj robicie?! Nie widzicie, że to autostrada? Jest absolutny zakaz ruchu pieszego na autostradzie!
- Tak, wiemy, ale zostałyśmy tutaj wysadzone, musimy dostać się na prom, nie miałyśmy innego wyjścia.
Groźna Pani w Kamizelce na te słowa wpada na genialny plan i odprowadza nas na parking, z którego 10 minut wcześniej uciekłyśmy, twierdząc, że „ruch tam jest bardzo duży i na pewno szybko ktoś nas weźmie”. Zaznajamiamy się więc z kierowcami tirów, robiąc sobie w ten sposób plan B; jadą na Niemcy o 3 nad ranem, więc jeśli do tego czasu nie uda nam się wydostać z Danii…

Brak nam już nadziei, że ten kraj kiedykolwiek wypuści nas ze swoich ciasnych objęć. Postanawiamy się rozdzielić i usiłować złapać kogokolwiek przy dwóch różnych wyjazdach, tak więc parking zostaje z każdej strony obstawiony przez Magdy. Uśmiecham się głupkowato do każdego kierowcy (a pojawiają się z częstotliwością jeden na 15 minut), aż wreszcie zatrzymuje się przy mnie młoda hinduska w kolorowej zwiewnej koszuli. Obiecuje podrzucić nas na prom. Znów mamy dobry humor i wydaje się, że wszystko pójdzie już jak po maśle, do czasu kiedy docieramy do Rodbyhavn. Kolejni mundurowi odsyłają nas od okienka do bramek, z bramek do pani w informacji, pani w informacji traktuje nas jak niedorozwinięte i każe iść do kolejnego pana ochroniarza. W końcu po godzinie błądzenia wchodzimy do dobrego budynku, kupujemy dobry bilet i wchodzimy na dobry prom. Dzień zdecydowanie jest przeciwko nam.

Liczymy, że po zejściu z promu szczęście będzie choć odrobinę bardziej po naszej stronie. Nic bardziej mylnego. Droga jest absolutnie, kompletnie PUSTA. Żywego ducha, żadnego samochodu; z powodzeniem można iść samym środkiem. Idziemy więc, i idziemy, i idziemy… Kilometry uciekając pod stopami, a ja już nawet nie mam siły śpiewać sobie pod nosem. W pewnym momencie słyszymy ciche brzdąkanie strun za zakrętem. Kilka metrów później po drugiej stronie drogi zauważamy wysokiego, zarośniętego chłopaka z wielkim plecakiem, który siedzi na barierce przy poboczu, gra na ukulele i śpiewa sobie w najlepsze. Obok leży karton z napisem „DENMARK”. Machamy mu z daleka i podchodzimy, żeby się przywitać.
- Cześć! Chcesz się dostać na prom?
- Tak, próbuję coś złapać, ale niewielki tu ruch. Skąd jesteście?
- Z Polski, a ty?
- Ze Stanów. Muszę dotrzeć dzisiaj do Kopenhagi, bo o 4 rano mam samolot powrotny do domu.
Jest ósma wieczorem, 8 godzin do odlotu. My dotychczasową trasę z Kopenhagi zrobiłyśmy w ponad 10 godzin… Ale rozmówca (którego zapomniałyśmy nawet spytać o imię!) nie wydaje się zbyt załamany tym faktem. Żegna się z nami i na nowo zaczyna grać na ukulele i śpiewać. Chyba kogoś takiego potrzebowałyśmy spotkać tego dnia.

Nagle nasz pas ruchu robi się coraz bardziej zatłoczony. Szybko wnioskujemy, że kolejny prom przybił do brzegu, wyciągamy więc kciuki i machamy nimi jak porąbane. Parę minut później zatrzymuje się sympatyczna kobieta jadąca do Hamburga – tak, oczywiście chętnie nas weźmie, musi tylko zrobić porządek w samochodzie i przy okazji przeprasza, że trochę w nim śmierdzi, ale jest weterynarzem i często jeździ z psami. Gadka szmatka, szybko znajdujemy wspólny język. Po jakichś dwudziestu minutach drogi słyszymy pytanie:
- Dziewczyny, a wy macie prawo jazdy? Jeździcie samochodem?
- Tak, już spory czas.
- Hm… A czy któraś z was nie chciałaby mnie zmienić za kierownicą? Jestem trochę zmęczona, wstałam wcześnie, jestem w drodze od kilku godzin i w ogóle to mam jutro szkolenie i muszę się trochę pouczyć. Byłoby mi bardzo miło.
- Eeeee… znaczy wiesz, ogólnie nie ma problemu, tylko że żadna z nas nie ma przy sobie prawa jazdy.
- Ale to już chyba mój problem, prawda? W razie kontroli ja będę tłumaczyć się policji, nie wy. To jak, która wskakuje?
Magda wskakuje. Dowozi szczęśliwie całą naszą trójkę na wielką stację benzynową pod Hamburgiem, gdzie pani weterynarz daje nam swój numer telefonu i prosi o smsa, że żyjemy i że mamy gdzie spędzić noc. A noc tuż za pasem – zrobiła się 22, jest ciemno, zimno, wietrznie i w ogóle nic tylko usiąść i płakać. Szczęście w nieszczęściu, że na parkingu mnóstwo tirów na polskich numerach; a nuż ktoś będzie jechał na noc? Robimy rundkę. Niestety wszyscy stoją na pauzie do rana, za to słyszymy całkiem sporo „gdybyście miały ochotę na kawę, to zapukajcie, zrobię wam, bo pewnie jesteście zmarznięte” i „w razie jakichkolwiek problemów uderzajcie jak w dym, z całej siły postaram się pomóc”. Jednak moim faworytem zostaje młody, przypakowany i chyba odrobinę przerażony kierowca busa.
- Cześć, jedziesz może na Dortmund?
- Niestety, pauza do rana.
- Okej. A mógłbyś nas chociaż rzucić na CB?
- …
- ?
- Ale… co to znaczy „rzucić na CB”?
Zgłupiałam. Rzucić na CB znaczy rzucić na CB.
- Nooo powiedzieć na CB radiu, że dwie dziewczyny są w dupie pod Hamburgiem i chcą bardzo dostać się do Dortmundu teraz i czy ktoś jedzie.
- Aaa, dobra.
Bierze słuchawkę.
- Ale…
- Co?
- Tak normalnie mam powiedzieć? Że chcecie jechać do Dortmundu?
- Tak, całkiem normalnie. I gdzie stoisz powiedz.
Podróże kształcą. Kierowców ciężarówek jak widać również.

Znów jesteśmy zrezygnowane. Marzę, żeby ten dzień się już skończył i to w jak najlepszy sposób.
Z braku lepszego pomysłu siadamy na krawężniku przy wejściu na stację. Polujemy na wjeżdżające na parking samochody, ale wszyscy mają nas serdecznie w nosie. Co chwilę ktoś wchodzi do stacjowego sklepu, którego obsługa mierzy nas podejrzliwym wzrokiem. W pewnym momencie w stronę drzwi zbliża się dwóch gości – starszy wąsaty i młody, dosyć głośno rozmawiają. Wyłapuję słowo „czterdzieści” powiedziane po polsku i zupełnie odruchowo się odzywam.
- Dzień dobry.
- Dzień dobry…?
- Nie jadą panowie może na Dortmund?
- Dzisiaj już nigdzie nie jedziemy, pauza. A czemu jedziecie do Dortmundu?
W skrócie opowiadamy nasz dzień. Że przez tyle godzin przejechałyśmy tak mało, że autostop w Danii jest całkiem do dupy, że taka pani nas tu wysadziła i jedziemy do znajomych do Bochum i nie mamy pojęcia co ze sobą zrobić, bo idzie noc, a my nie mamy gdzie się podziać. Bardzo ich to martwi i wcale nie zastanawiają się długo nad rozwiązaniem.
- Jeśli chcecie, to możemy was przenocować. I tak jesteśmy na dwa samochody, ja się prześpię u Radka w tirze, a wam zostawię busa, mam duży kurnik, zmieścicie się wygodnie. A teraz chodźcie, bo zmarzłyście pewnie, jakąś kawę zrobimy, pogadamy.
Kawa przeradza się w rozmowy o wszystkim przy akompaniamencie meczu oglądanego na laptopie. Choć właściwie mecz jest jedynie tanią wymówką, żeby nie pójść za wcześnie spać. Nie możemy się nagadać, a nasi nowi koledzy – Pan Radek i Mateusz – za punkt honoru biorą sobie ugoszczenie nas jak najlepiej. Dostajemy dla siebie calutki kurnik w busie, kołdrę, stos koców, instrukcję jak włączyć ogrzewanie w nocy, gdyby było nam zimno i ciepłą herbatę na dobranoc. Nie mogło nam się bardziej poszczęścić.

Budzimy się około 8, a właściwie budzą nas rozmowy z parkingu. Wszyscy kierowcy powoli się budzą i zaczynają szykować śniadania, niektórzy zbierają się od razu do drogi. Uznajemy, że to świetny moment na ponowną rundkę rozpoznawczą. Niestety nadal nikt nie jedzie w stronę Dortmundu, ale chwilowo wynagradza nam to fakt, że gdy wracamy, Mateusz czeka na nas z całą lodówką dobrobytu.
- Co chcecie na śniadanie?
- No co ty, nic nie chcemy, już za dużo dobrego dla nas zrobiliście. Bierzemy rzeczy i zwijamy się powoli w drogę.
- Nigdzie nie jedziecie dopóki nie zjedzie porządnego śniadania. I kawa, pewnie chcecie kawę.

Znacie to uczucie, gdy ktoś chce zrobić wam przysługę i choć jest wam maksymalnie głupio i niezręcznie, to macie świadomość, że odmowa będzie dla tej osoby największą przykrością? Tak właśnie czujemy się w tym momencie. Zabieramy się więc za wspólne śniadanie – kiełbaskę smażoną na cebuli, do tego chleb i czarna jak smoła kawa.
Najpyszniejszy posiłek, jaki jadłam od paru dni. Przypuszczam, że choćbyśmy zmuszeni byli zajadać się paprykarzem i trzydniową bułką, smakowałoby mi to najbardziej na świecie.


Bardzo nie chcemy rozstawać się jeszcze z Panem Radkiem i Mateuszem, ale czas ucieka, a przed nami nadal blisko 350 km do pokonania. Zostawiamy chłopakom po wielkiej czekoladzie i stajemy przy wylocie ze stacji. Dzień zapowiada się o wiele lepiej – niedługo potem łapiemy Ukraińca jadącego prosto do Dortmundu. Droga mija mi szybko; może dlatego, że większość przesypiam.
A w Dortmundzie długo wyczekiwana chwila! Przyjeżdża po nas Lukas i zabiera prosto do Bochum. Na miejscu dołącza do nas Mat. Rozmowom nie ma końca, nie widzieliśmy się przecież prawie pół roku. Właśnie dlatego decydujemy się zostać tego wieczora w mieszkaniu i po prostu się nagadać.
Od lewej: Lukas, Magdy, Mat.

- My jutro idziemy do pracy, więc możemy spotkać się dopiero po 16.
- Jasne, nie ma problemu, pochodzimy sobie po mieście. Macie może jakąś mapę?
- Niestety nie…
- To może nam narysujcie, hehehe. (słaby żarcik)
- Ooo, to świetny pomysł! Lukas, podaj karton! Miałem gdzieś tutaj fusy z kawy…

Chyba nigdy wcześniej w życiu nie widziałam, żeby niemal trzydziestoletni faceci tak bardzo cieszyli się z możliwości zrobienia mapy, malowania, wycinania, podpalania („no bo ta mapa musi wyglądać na starą przecież!”) i wymyślania.



 To co jest na niebiesko jest dalej niż to co na czerwono.
Wiecie jak z tą skalą bywa...

Może nie wygląda na najbardziej profesjonalną, ale daję słowo – sprawdza się wyśmienicie! Następnego dnia bez problemu znajdujemy wszystkie zaznaczone punkty. No, może z jedną wpadką na samym początku…
Po wyjściu z bramy kamienicy mamy dwie możliwości – skręcić dobrze bądź skręcić w lewo. Oczywiście robimy to drugie. Otoczenie trochę nie zgadza się z widniejącym na mapie, więc z tym wielkim kawałkiem papieru w ręce zagadujemy pierwszego napotkanego przechodnia.
- (po angielsku) Przepraszam, czy mógłby nam pan pomóc? Mamy mapę i chcemy dotrzeć tutaj, ale chyba się odrobinę zgubiłyśmy.
- (nadal po angielsku) Oczywiście, niech zerknę…
Czekam na salwę śmiechu z powodu mapy, jednak przechodzień jest całkowicie poważny.
- (wciąż po angielsku) Jesteście z polski?
- (i ciągle) Taaak, skąd pan wie?
- (po polsku) Bo tutaj jest napisane „sklep”.
Faktycznie, jest.

Pogoda nie jest najpiękniejsza, ale dzielnie szukamy wszystkich atrakcji Bochum, kończąc na jedzeniu polecanego przez chłopaków falafela.

Po południu do mieszkania wraca Mat, oznajmiając radosnym głosem, że zupełnie zapomniał o imprezie, którą dzisiaj organizuje i za parę godzin przyjdzie około 20 osób.

Przyszli. Było fajnie, ale następny poranek nie należał do najłatwiejszych.

Mat i Lukas odwożą nas na stację poza miastem, skąd mamy prostą drogę na Drezno. Cała nasza czwórka jest odrobinę wczorajsza, ale nikt nie chce się do tego przyznać. Ze sztucznymi uśmiechami przylepionymi do twarzy żegnamy się serdecznie. Dopiero gdy chłopaki odjeżdżają, Magda patrzy na mnie najsmutniejszym wzrokiem jakim potrafi.
- Magda. Jest mi bardzo źle.
- Magda, mi też. Kupmy sok, duży i pomarańczowy.
- Chyba zwymiotuję.

Jeśli miałabym dać komukolwiek jedną złotą radę na całe życie, brzmiałaby ona: nigdy nie łap stopa w stanie wczorajszym. Tym bardziej nie rób tego, jeśli masz do pokonania kilkaset kilometrów autostradą.

Staramy się jednak aż tak bardzo nie narzekać, bo mamy szczęście i szybko łapiemy dziewczynę, która podwozi nas 50 km dalej, a tam błyskawicznie pojawia się pan jadący prosto do samego Drezna.

Droga, ku naszej szczerej uciesze, mija bez większych ekscesów, szczególnie żołądkowych.

Drezno – Praga zachodu
W Pradze odbiera nas host David. Zostawiamy bagaże w jego mieszkaniu i ruszamy na spacer.

Drezno bardzo kojarzy mi się z Pragą pod względem architektury i ogólnego klimatu. Jest jednak o wiele spokojniejsze i mniej zatłoczone, a mieszkańcy sprawiają wrażenie wiecznie wyluzowanych; nigdzie im się nie spieszy, są uśmiechnięci i życzliwi. Spotykamy się ze znajomymi Davida i idziemy na plac przy operze, gdzie odbywa się świetna inicjatywa. W Dreźnie sporo spektakli operowych transmitowanych jest na żywo na wielkim telebimie znajdującym się przed budynkiem. Plac wypełniony jest ludźmi pijącymi wino i jedzącymi grillowaną kiełbasę. Atmosfera zdecydowanie sprzyja zawieraniu nowych znajomości.


Po lewej David

W międzyczasie z rozmowy wychodzi, że David z pochodzenia jest Irakijczykiem. Siłą rzeczy temat schodzi w końcu na różne języki świata.
- A wiecie, znam kilka słów po polsku.
- Taak, chyba nawet wiem jakie, zapewne k…
- To też, ale nie tylko!
- A jakie jeszcze znasz?
- (po polsku) Przepoczwarzać. Krzesić. Spulchniać. Cyklinować.
- ?!?!?! Nawet nie wiem jak te słowa brzmią po angielsku!

Okazuje się, że David lubi studiować słowniki. Z kolei my zdobyłyśmy cenną wiedzą jak brzmią po arabsku słowa: brzoskwinia, wydra oraz kupa.
Opera
W drodze powrotnej do mieszkania przechodzimy przez artystyczną dzielnicę Drezna, a tam całkowicie niechcący znajduję miejsce, które zawsze chciałam zobaczyć, a jak już dotarłam do Drezna, to zupełnie o nim zapomniałam – grającą ścianę!

Widoczne na zdjęciu rury są połączone w taki sposób, że gdy pada deszcz, ściana zaczyna grać melodię. Jak na złość pogoda następnego dnia jest słoneczna.


Zbieramy się wcześnie rano, a David obiecuje odwiedzić nas niebawem w Krakowie.
Wskazówka dla stopujących: jeśli zaufacie hitchwiki i zgodnie z instrukcją dojedziecie autobusem miejskim w Dreźnie na sugerowany przystanek, dostaniecie się na dobrą wylotówkę. I mam nadzieję, że będziecie mieć na niej większe szczęście niż my.
Spędzamy w zatoczce jakieś dwie godziny, aż w końcu starszy pan lituje się nad nami i podwozi do Zgorzelca. Tam przydarza się kolejna rzecz z serii „pierwsze razy” – zabiera nas cysterna! Choć może to zdanie brzmi zbyt entuzjastycznie, bo jazda cysterną wcale nie jest taka fajna. Buja niesamowicie. Przy okazji kierowcy mają dosyć poważne ograniczenia jeśli chodzi o zabieranie pasażerów, więc gość, który nas zabrał przez cały czas szuka dla nas na CB kogoś jadącego w stronę Krakowa. Nie jest zbyt rozmowny, za to bardzo zdystansowany, właściwie zastanawiam się dlaczego w ogóle się zatrzymał.

Chyba po prostu wierzy, że karma do niego wróci, bo gdy stajemy na stacji benzynowej na pauzę, zagaduje wszystkich obecnych w barze, pytając czy jadą do Krakowa, a później kupuje nam kawę, za którą kategorycznie odmawia zwrotu pieniędzy.

Do Krakowa jedziemy  sześcioosobowym busikiem z trzema panami-tirowcami w środku; wracają z trasy do domu. Choć trochę chce nam się spać i średnio mamy ochotę na rozmowę, kiedy wsiadamy do samochodu, szybko wnioskujemy, że nie pośpimy. Każdy z trójki naszych towarzyszy to człowiek jednoosobowa impreza. Są przesympatyczni, rozmowa klei się wyśmienicie, a ja niemal całą drogę płaczę ze śmiechu.

Nie lubię powrotów tak samo bardzo jak nie lubię kończyć relacji. Bo to nigdy nie wiadomo co z tym zrobić – miejsce na przemyślenie, śmieszna pointa, mądry morał? O popodróżniczym weltschmerzu przecież nie wypada pisać, choć dopada mnie zawsze.

Im więcej i częściej wyjeżdżasz, tym bardziej chcesz się odwdzięczyć za wszystkich dobrych ludzi, których spotykasz po drodze. David zdążył nas już odwiedzić, aktualnie czekamy, aż Mateusz wróci gdzieś z południa Europy – obiecał przyjechać do nas do Krakowa. Z dziewczynami poznanymi w samolocie wciąż usiłujemy się spotkać, choć brak czasu uparcie próbuje nam przeszkodzić. Mata i Lucasa już prawie namówiłyśmy na tegoroczny Przystanek Woodstock; w końcu wcale nie mają tak daleko do Kostrzyna. Nina-weterynarka chyba miło nas wspomina. A Pan Radek… Pan Radek prawdopodobnie mógł zgubić kartkę z naszymi danymi, bo do dziś nie napisał smsa z adresem, żebyśmy mogły wysłać mu pocztówkę. Mimo wszystko mam szczerą nadzieję, że jeszcze kiedyś go spotkamy.
                                                                         
                                                                                                                         


środa, 23 lipca 2014

[3] Holandia

Czas: 18 - 21.06.2014
Dystans: ponad 1500 km
Hajs: ok. 55 €
Koniec kwietnia. Nudny wieczór, trzecia herbata, koc i tona notatek. Nauka wygląda wybitnie przeciętnie – dwa zadania, 15 minut przerwy, w międzyczasie internet i sprawdzenie, czy w lodówce aby na pewno niczego nie przybyło od ostatniej wizyty w kuchni. Około 22 poruszenie na stronie z tanimi przelotami – Wizzair oferuje wachlarz propozycji na jednodniowe loty. Sprawdzam, szukam, może coś na czerwiec też się pojawiło? No i jest: Katowice – Eindhoven, 18.06, jedyne 79 zł… w jedną stronę. Wołam Olę, zamawiamy. To aż tydzień przed sesją, przecież zdążymy wrócić i się wszystkiego nauczyć. Ale jak wrócimy do Polski? Przecież to oczywiste – stopem.

Eindhoven, czyli miasto Philipsem stojące.

Pierwszy raz leciałam samolotem. Schizowałam, że zostanę zawrócona przy bramkach, że mój bagaż (leciałyśmy jedynie z bezpłatnym bagażem podręcznym) okaże się o pół centymetra za szeroki i ochrona nie pozwoli mi lecieć. Ostatecznie nawet nie sprawdzili naszych dowodów.

Po wylądowaniu w Eindhoven pierwsza rzecz jaka rzuciła nam się w oczy to rowery na lotnisku. Wiedziałam, że Holandia głównie z nimi jest kojarzona, ale ten obraz momentalnie wywołał u nas uśmiech. Zdobyłyśmy mapę miasta w informacji turystycznej, dowiedziałyśmy się jak dotrzeć do centrum i zaczęłyśmy zwiedzanie. Stop – zwiedzanie postanowiłyśmy rozpocząć po zjedzeniu czegokolwiek ciepłego, bo głód złapał nas oczywiście tuż po wejściu do samolotu. Z naszym hostem miałyśmy spotkać się dopiero około 17, więc miałyśmy do zagospodarowania przynajmniej 3 godziny.
Kierując się w stronę najbliższego McDonalda zauważyłyśmy, że co najmniej 80% ludzi chodzących po ulicach jest pomarańczowa od stóp do głów. Wiedziałyśmy, że tego wieczoru jest mecz piłki nożnej Holandia vs Australia, ale miał się odbyć dopiero o 18, a było wczesne popołudnie. Naprawdę Mundial aż tak opętał miasto? Najwidoczniej. Już w porze obiadowej okoliczne bary i puby zapełniały się kibicami, wszyscy w pomarańczowych szalikach, koszulkach, czapkach… ba, nawet kombinezonach!


Jeśli chodzi o Eindhoven, po zebraniu w logiczną całość notatek, które robiłam w telefonie w trakcie spaceru po mieście wynika, że: w komunikacji miejskiej są bardzo miękkie siedzenia. Bardzo dużo muzułmanów, rewelacyjna architektura (taka typowo z wyobrażeń o Holandii), w centrum jest przepiękna i wyglądająca na starą katedra z całkiem nowoczesnymi przeszklonymi drzwiami, a na dworcu brakuje informacji i drogowskazów w języku angielskim. Istnieją tam sklepy a’la odpowiedniki naszych „wszystko za 4,50 zł”, tylko że wszystko można kupić za „łan ojro”. W budynkach są duże, naprawdę duże okna, nawet na parterze. Właściwie wszystkie parterowe mieszkania sprawiają wrażenie witryny sklepowej – idąc po ulicy można swobodnie zaglądać ludziom do domów, najczęściej nie ma żadnych firanek, rolet czy żaluzji. Na jednym z głównych placów w centrum stoi wielki pomnik Philipsa. Nasz host -  Paweł studiujący w Eindhoven, notabene na drugiej najlepszej uczelni technicznej w kraju – wytłumaczył nam, że kiedyś Eindhoven było małą mieściną (właściwie do niedawna – oficjalne „początki” miasta są określone na początek XX w.), aż Philips postanowił postawić tu swoją pierwszą fabrykę. Każdy zakład pracy, biurowiec czy muzeum znajduje się w byłej, aktualnej albo przyszłej fabryce Philipsa. Jeśli ktoś kończąc wykształcenie techniczne chce mieć perspektywy dobrej pracy, Eindhoven stwarza do tego świetne warunki.
Wieczorem poszłyśmy z Pawłem i jego kolegami – Holendrem i dwoma Meksykanami do pubu na mecz. Wcześniej trafiłyśmy pod stadion, gdzie trwał jeden wielki mundialowy before. Dałyśmy sobie zrobić zdjęcie dla firmy Nikona, żeby dostać pomarańczowe szaliki i poczuć się choć trochę zintegrowane z narodem.

Kolejny szok – w Holandii piwo w pubach sprzedawane jest w kuflach, a właściwie szklankach o objętości 0,2 l. Dla Holendrów to normalne, po prostu zamiast dwóch półlitrowych wypijają 5 małych. Jednak idąc do przeciętnego baru w Polsce, finansowo wychodzimy po integracyjnym wieczorze o wiele lepiej.

Amsterdam – rowery, kanały i słodki zapach marihuany.


Właściwie nagłówek w pełni oddaje esencję stolicy Holandii. Następnego dnia rano wsiadłyśmy w pociąg (warto zapamiętać, że w Holandii nie ma czegoś takiego jak zniżki studenckie na komunikację miejską i krajową! 18 euro za bilet, którego nawet nikt nie sprawdził, eh...) jadący prościutko do osławionego Amsterdamu. Słowo „osławionego” nie występuje tu bynajmniej jedynie w dobrym znaczeniu: przez wyjazdem nasłuchałam i naczytałam się wielu sprzeczności o mieście. Jedni byli zachwyceni i określali Amsterdam jako absolutną konieczność przy okazji wizyty w Holandii. Inni twierdzili, że przereklamowany, że brudny, że na co drugiej ulicy słaniają się ludzie pod wpływem narkotyków, a o Dzielnicy Czerwonych Latarni nawet nie ma co wspominać. A ja od dawna bardzo chciałam Amsterdam zobaczyć, bo wydawał mi się fascynujący i piękny, więc nastawiałam się na ostre zderzenie z rzeczywistością. Na miejscu – absolutny szok. Pierwsze miejsce, które mnie zachwyciło to dworzec główny (na zdjęciu wyżej). Na żywo robi naprawdę wielkie wrażenie. Nie miałyśmy zbyt wiele czasu, więc uznałyśmy, że spacer wokół miasta marszowym krokiem to dobry pomysł. Na każdym roku, za każdym zakrętem wzdychałyśmy z zachwytem. Począwszy od portów z ogromnymi tankowcami przez śluzy, mosty zwodzone (W Polsce rampa jest zamykana i samochody zatrzymują się, bo jedzie pociąg. W Holandii dlatego, że akurat płynie statek i trzeba podnieść most), urocze zaułki i przedziwne, zachwycające kształtem budynki po Flo Mark, na którym udało nam się dorwać atlas samochodowy Niemiec za 1 euro, świetny sklep z pocztówkami i plakatami we wszystkie wzory świata i sławetny napis I AM STERDAM.



Niestety, pojutrze musiałyśmy być już w Polsce, więc zdołałyśmy spędzić w Amsterdamie jedynie 5 godzin. Jednak jadąc tramwajem na wylotówkę w stronę granicy holendersko-niemieckiej obiecałam sobie, że kiedyś tam wrócę. Na pewno na dłużej niż kilka dni.
Ustawiłyśmy się na początku autostrady naiwnie myśląc, że karton z napisem „Kassel” będzie skuteczny. Po 5 minutach zmądrzałyśmy i zmieniłyśmy napis na numer autostrady, na którą chciałyśmy się dostać. Tej nocy w Kassel czekała na nas hostka, która bardzo się cieszyła na nasz przyjazd, chciała nam zrobić pyszną kolację i spędzić wspólnie miło czas.
Z Amsterdamu złapałyśmy stopa dosyć szybko. Zatrzymał się (prawdopodobnie) ojciec z córką wracający akurat do domu. Byli naszymi królikami doświadczalnymi w eksperymencie sprawdzającym, czy częstowanie kierowców polskimi krówkami się sprawdzi. No i owszem – test świetnie zdał egzamin. Starszy pan po kilkunastu kilometrach wysadził nas na stacji dając rady, byśmy kierowały się na Maastricht. Wydało nam się to średnio logiczne – z Amsterdamu do Kassel prosta droga, natomiast Maastricht jest całkiem na południu. Postanowiłyśmy poradzić się człowieka pracującego na stacji, ale ku naszemu zdziwieniu, jedynie potwierdził on słowa kierowcy.
Ze stacji wzięła nas bardzo miła kobieta, która zdementowała plotki o tym, że lepiej kierować się na Maastricht i nadrobiła kilometrów, żeby zawieźć nas na stację benzynową aż za Helmond, gdzie był bardzo duży ruch tirów. Stamtąd ponownie szybko złapałyśmy zabawnego Rosjanina o armeńskich korzeniach, który podwiózł nas do Venlo – miasta na granicy holendersko-niemieckiej. Byłyśmy pewne, że do Kassel dotrzemy szybciutko, w końcu jak do tej pory droga szła gładko i przyjemnie. Niestety: nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca, a uraz do Venlo zostanie mi w głowie chyba na kilka następnych lat. Spędziłyśmy na stacji dobre półtorej godziny. Zrobiła się 20, zerwał się zimny wiatr, a my zaczynałyśmy snuć wizję spędzenia nocy na stacji benzynowej. Nagle na stację zajechał tir na jakichś południowych numerach. Kierowca wszedł do sklepu przyglądając się nam, po kilku minutach wyszedł i podszedł do nas mówiąc, że jedzie do Duisbergu, to po drodze, więc może nas podrzucić. Radość dosłownie uderzyła nam do głowy, zziębnięte i zmęczone pobiegłyśmy do drzwi pasażera. Wszystko potęgowała adrenalina, nigdy wcześniej nie miałam okazji być wewnątrz tira, wszystko było dla mnie nowe i czułam się jak w biurze dowodzenia wszechświatem.


Kierowca przedstawił się jako Martin. Dwudziestopięcioletni chłopak, całkiem miły, zabawiający rozmową w łamanym angielskim. Pierwsze minuty minęły w miłej atmosferze okraszonej zdawkowymi pytaniami skąd jesteśmy, dokąd podróżujemy, dlaczego autostopem. Po kilku kilometrach autostrady Martin zjechał na pobocze tłumacząc, że za chwilę do nas wróci, musi tylko iść zapytać się o coś swojego kolegi. Automatycznie zapaliła mi się w głowie czerwona lampka ostrzegawcza. Przed nami jak i za nami sznur ciężarówek, po prawej stronie rów, po lewej dwa pasy samochodów jadących 180 km/h. Całkiem niezłe warunki dla seryjnego morderstwa – wystarczy zasłonić okna i już nikt się nie domyśli, że w środku niejaki Martin Macedończyk mógłby oskalpować, poćwiartować i wyciąć nerki dwóm nierozsądnym Polkom. Po kilku minutach wrócił do samochodu z wyraźnie zmartwioną miną.
- Wiecie co, jest taka sprawa – zaczął niepewnie. – Okazało się, że dzisiaj w Niemczech jest zakaz ruchu tirów no i ten, eee… Musimy stać tutaj około dwóch godzin aż zakaz się skończy. W porządku?
Martina uspokoiło trochę nasze niemrawe kiwanie głowami, więc pewniejszym już tonem kontynuował.
- No to fajnie. Za chwilę przyjdzie tutaj mój kolega Sasza.
Chyba nigdy w życiu serce nie podeszło mi aż tak wysoko do gardła. Choć pewnie wydaje się, że niepotrzebnie spanikowałyśmy, czułyśmy się naprawdę niemal bezbronne. Kurczowo zacisnęłam rękę na dezodorancie w sprayu, który trzymałam w kieszeni i który w razie wypadku miał uratować mi życie.
Parę minut później okazało się, że oczywiście wszystkie strachy i niepewności były zupełnie niepotrzebne. Panowie byli przesympatyczni, co i rusz częstowali nas czymś słodkim z ciężarowej lodówki w zamian za krówki, które przywiozłyśmy z Polski. Rozmawiali między sobą po macedońsku, my z Martinem po angielsku, jednak wtedy Sasza nic nie rozumiał i pytał nas po rosyjsku o co chodzi, a my odpowiadałyśmy mu po polsku. Koniec języka za przewodnika, sytuacja tylko udowodniła, że termin „bariera językowa” jest sztucznym wymysłem.
Po wspomnianych wcześniej dwóch godzinach postoju zaczęłyśmy się niecierpliwić. Chociaż czas mijał bardzo miło, zależało nam, by tego wieczoru dotrzeć do Kassel, gdzie czekała na nas Liane. Zapytałyśmy Martina, kiedy możemy jechać.
- Nie mogę pojechać dopóki inne ciężarówki nie ruszą.
- Ale jak to?
- Nie wiem czy już można jechać.
- Nie dostajecie jakichś komunikatów? Nie możecie zadzwonić na policję i zapytać?
- Nikt nic nie wie. Mogę ruszyć jak inni ruszą, nie chcę płacić, kary są bardzo wysokie.
Kolejne pół godziny oczekiwania przy rozmowie i krówkach. Ciężarówki przed nami zaczęły powoli ruszać.
- Martin, oni już ruszają, to znaczy, że możemy jechać, prawda?
- Tylko wiecie co… Kończy mi się już czas, na tachometrze zostało 20 minut, nie zdążymy w tym czasie dojechać do Duisbergu, chyba muszę tu zostać na noc.
W momencie poczułam się jak główna bohaterka czeskiego filmu o fabule brazylijskiej telenoweli. Środek autostrady, godzina 22.00, a ja utknęłam w tirze z macedońskim kierowcą i kompletnie nie wiem co powinnam teraz zrobić. Martin siedział skruszony za kierownicą ze spuszczoną głową i był wyraźnie zakłopotany. Od samego początku chciał nam pomóc i z sercem na dłoni uchylić nieba, a okoliczności wciąż płatały mu figle i po raz kolejny coś mu się nie udało. Po kilku minutach zawstydzony przyznał, że jedyne wyjście jakie przychodzi mu do głowy to żebyśmy zostały z nim na noc w tirze. Gdyby ktoś opowiedział mi taką historię, najpierw bym nie uwierzyła, a potem uznała, że to nierozsądne, głupie i nieodpowiedzialne. Jednak punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i wizja samych siebie próbujących przebiec przez ruchliwą autostradę w poszukiwaniu stacji benzynowej bądź śpiących w rowie bez namiotu ani śpiwora ani trochę nas nie zachęciła. Uznałyśmy, że noc w ciężarówce faktycznie będzie najlepszą opcją. Martin wyraźnie się ucieszył, zaproponował żebyśmy wobec tego wyluzowali i obejrzeli wspólnie film, wyciągnął z lodówki niemieckie piwo i tak (niemal) bezstresowo minął nam wieczór. Noc jednak nie należała do najłatwiejszych – nasz kierowca musiał być wyspany, następnego dnia czekało go kolejnych 10 godzin za kierownicą, zajął na noc łóżko. Ola była w nieco gorszej sytuacji, gdyż w udziale przypadło jej spanie na połowicznie rozłożonym fotelu pasażera. Ale to chyba mój komfort został naruszony najbardziej: byłam zmuszona zmieścić się na kawałku podłogi między dwoma fotelami, z nienaturalnie wygiętymi nogami i skrzynią biegów przy głowie. Żeby nadać sytuacji tragizmu, w kabinie było niemiłosiernie zimno, a my miałyśmy do przykrycia jedynie cienkie kurtki. Jednak z honorem przyjęłyśmy ciężkie warunki na klatę święcie wierząc, że co nas nie zabije to nas wzmocni. O 6 rano pobudka i ruszyliśmy prościutko do Duisbergu. Na miejscu Martinowi znów wiatr zawiał prosto w oczy – okazało się, że nie może zdać ładunku w terminalu, bo nie ma jednego ważnego dokumentu. Na szczęście jego złość dosyć szybko przeszła, ponieważ dostał telefon od kolegi, który zaprosił całą naszą trójkę na kawę do swojego tira. Na nic zdały się nasze protesty, że nie trzeba, że chcemy być już na stacji benzynowej i móc łapać stopa do Drezna. Gościnności nie wolno lekceważyć, a kawa rano to rzecz święta. Doceniłyśmy więc życzliwość chłopaków i zgodziłyśmy się spędzić z nimi jeszcze to pół godziny. Oczywiście nie obyło się bez zbiegu okoliczności w postaci zmaterializowania się nagle w terminalu Saszy, który ogromnie ucieszył się na nasz widok. W ten właśnie sposób poranek minął w ciężarówce z trzema Macedończykami przy obrzydliwej lurze, której powstydziłby się każdy barista.
Gdy wreszcie zostałyśmy odstawione na stację benzynową w Duisbergu, pierwszą rzeczą jaka nam się zamarzyła było chociaż częściowe umycie się. Poprosiłyśmy właścicielkę stacji o klucz do ubikacji i – ku wielkiemu zdziwieniu – położyła przed nami na ladzie coś takiego:

Czytałam wprawdzie o tym, że np. w niektórych krajach azjatyckich zdarza się przywiązywanie czajnika elektrycznego do klucza hostelowego pokoju by ograniczyć kradzieże (ciężko zaprzeczyć, że grzebanie czajnikiem przy drzwiach dosyć znacząco rzuca się w oczy), jednak zupełnie nie spodziewałam się podobnego użycia końcówki od odkurzacza w Niemczech.
Z Duisbergu na autostradę A4 podrzucił nas starszy Niemiec, a tam po dłuższej chwili złapałyśmy Chorwatkę mieszkającą od kilkunastu lat w Niemczech, która zawiozła nas aż do Dortmundu. Wysadziła nas w niezbyt dogodnym miejscu, a mianowicie pod samym stadionem. Zero pobocza czy nawet zatoczki, miejsce wybitnie niesprzyjające łapaniu stopa. Uznałyśmy jednak, że spróbujemy, najwyżej po chwili przeniesiemy się kawałek dalej na wylotówkę. Po 10 minutach na środku pasa zatrzymał się tir i wysiadły z niego nogi w samych skarpetkach, a następnie cała reszta na oko 60-letniego siwego Niemca, który uraczył nas swoim pięknym, w połowie bezzębnym uśmiechem. Zagadałyśmy po angielsku – nic nie zrozumiał. Pokazałyśmy mapę, Niemiec wskazał palcem na Hannover. Łamanym niemieckim Ola wytłumaczyła, że w takim razie dziękujemy, ale nie pojedziemy z nim, bo chcemy dojechać do Kassel, a następnie do Drezna. Niemiec spojrzał na mapę jeszcze raz i powiedział, że on jednak jedzie do Kassel. Niepewnie zajęłyśmy miejsca w tirze i… to były chyba najzabawniejsze dwie godziny wyjazdu. Między nami a kierowcą nie było niemal żadnej interakcji, starszy pan cały czas gadał coś do siebie pod nosem, a następnie mówił do nas, my nie rozumiałyśmy ani słowa, więc on uśmiechał się szczerze i mówił jeszcze więcej, na co kiwałyśmy głowami odwzajemniając uśmiech. Średnio co 15 minut klepał ręką deskę rozdzielczą i czule mówił do swojej ciężarówki. Był w tym wszystkim niesamowicie uroczy i rozczulający, wspominamy go jako jeden z największych ewenementów wśród kierowców.

W Kassel niestety spędziłyśmy trochę czasu marznąc z kartką na skrzyżowaniu. Po blisko półtorej godziny zlitowało się nad nami przemiłe małżeństwo z czteroletnim synkiem i podwieźli nas do Nordhausen. Tam stanęłyśmy z kartką Leipzig…

…i dosyć szybko zatrzymał się Robert, młody psychiatra pracujący w szpitalu na oddziale leczenia uzależnień. Z całego serca chciał nam pomóc, nadrobił kilometrów, żeby zawieźć nas w najbardziej dogodne miejsce na autostradzie, a przy odchodnym dał nam numer do swojej żony, która spędzała najbliższą noc u jego rodziców mieszkających nieopodal i powiedział, że gdybyśmy nic nie złapały, mamy bez skrępowania do niej zadzwonić, jego rodzina przygarnie nas i nakarmi. Na szczęście nie było to potrzebne, gdyż po kolejnych kilku minutach stania zatrzymał się tir, który zawiózł nas na stację benzynową aż pod Chemnitz. Tam zauważyłyśmy tankującego akurat Polaka, toteż z uśmiechem podeszłyśmy zapytać, czy może nie jedzie w naszą stronę i nie chciałby nas przypadkiem zawieźć do Freibergu (miasto pod Dreznem, gdzie miałyśmy załatwiony nocleg w akademiku u Polki). 
– Mogę was kawałek podwieźć, ale nie do samego celu, jestem od 4 rano w trasie i koniecznie muszę dotrzeć dziś do Polski, a jest już 20. W porządku?
- No jasne, bez problemu, każdy kilometr będzie dobry.
Po paru minutach miłej pogawędki kierowca poprosił, żeby pokazać mu na mapie, gdzie jest Freiberg.
- No nie, to 30 km drogi więcej, nie mogę, przepraszam dziewczyny.
Sytuacja powtórzyła się jeszcze dwa razy, po czym usłyszałyśmy:
- A niech tam, zawiozę was, jesteście bardzo sympatyczne i pozytywne, nie mogę zostawić was gdzieś na drodze.
Tym sposobem dojechałyśmy niemal pod drzwi naszej hostki, która poczęstowała nas pysznym ciastem cebulowym (a po ponad dobie bez niczego ciepłego w ustach było to naprawdę zbawienne!), gorącą herbatą i pokazała na mapie gdzie najlepiej będzie nam łapać stopa następnego dnia. Nazajutrz wstałyśmy więc wcześnie rano i udałyśmy się na wylotówkę, skąd wzięła nas miła kobieta, a następnie równie sympatyczny Niemiec. Około południa stałyśmy już na stacji benzynowej za Dreznem z karteczką „POLSKA”. Miałyśmy jeszcze wolne kartony, więc stwierdziłyśmy, że możemy na jednym napisać jeszcze „KRAKÓW”, bo polskich rejestracji na parkingu wiele, może akurat nam się poszczęści. Po chwili zatrzymał się przed nami samochód i ujrzałyśmy przerażająco mocno zdziwioną minę kierowcy.
- Wy naprawdę jedziecie do Krakowa?
- Naprawdę, a pan też tam jedzie?
- Przejazdem, ale jadę.
- Czyli możemy…?
- Oczywiście, wsiadajcie.

W ten właśnie sposób pokonałyśmy ostatnie 500 km dzielące nas od celu z Polakiem, który zawiózł nas aż na przystanek autobusowy w Balicach, skąd odjeżdżał autobus zatrzymujący się bezpośrednio pod naszym mieszkaniem. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na stacji benzynowej, gdzie kierowca mimo naszego sprzeciwu kupił nam obiad. Około 17 weszłyśmy do mieszkania i… ogarnął mnie tam niesamowity smutek, że to już koniec. Z jednej strony wreszcie mogłam wejść do własnego prysznica, położyć się we własnym łóżku i napić się herbaty z własnego kubka, ale z drugiej znów miało być spokojnie, ponownie miałam wiedzieć gdzie spędzę noc, co zjem na obiad i kogo spotkam. Jedyne co mnie w tamtym momencie pocieszało to plan kolejnej podróży, trochę dłuższej, o wiele dalszej. Z pokorą więc schowałyśmy wspomnienia do szuflady, a wyciągnęłyśmy z niej książki, żeby pokonać nadchodzącą sesję.