środa, 23 lipca 2014

[3] Holandia

Czas: 18 - 21.06.2014
Dystans: ponad 1500 km
Hajs: ok. 55 €
Koniec kwietnia. Nudny wieczór, trzecia herbata, koc i tona notatek. Nauka wygląda wybitnie przeciętnie – dwa zadania, 15 minut przerwy, w międzyczasie internet i sprawdzenie, czy w lodówce aby na pewno niczego nie przybyło od ostatniej wizyty w kuchni. Około 22 poruszenie na stronie z tanimi przelotami – Wizzair oferuje wachlarz propozycji na jednodniowe loty. Sprawdzam, szukam, może coś na czerwiec też się pojawiło? No i jest: Katowice – Eindhoven, 18.06, jedyne 79 zł… w jedną stronę. Wołam Olę, zamawiamy. To aż tydzień przed sesją, przecież zdążymy wrócić i się wszystkiego nauczyć. Ale jak wrócimy do Polski? Przecież to oczywiste – stopem.

Eindhoven, czyli miasto Philipsem stojące.

Pierwszy raz leciałam samolotem. Schizowałam, że zostanę zawrócona przy bramkach, że mój bagaż (leciałyśmy jedynie z bezpłatnym bagażem podręcznym) okaże się o pół centymetra za szeroki i ochrona nie pozwoli mi lecieć. Ostatecznie nawet nie sprawdzili naszych dowodów.

Po wylądowaniu w Eindhoven pierwsza rzecz jaka rzuciła nam się w oczy to rowery na lotnisku. Wiedziałam, że Holandia głównie z nimi jest kojarzona, ale ten obraz momentalnie wywołał u nas uśmiech. Zdobyłyśmy mapę miasta w informacji turystycznej, dowiedziałyśmy się jak dotrzeć do centrum i zaczęłyśmy zwiedzanie. Stop – zwiedzanie postanowiłyśmy rozpocząć po zjedzeniu czegokolwiek ciepłego, bo głód złapał nas oczywiście tuż po wejściu do samolotu. Z naszym hostem miałyśmy spotkać się dopiero około 17, więc miałyśmy do zagospodarowania przynajmniej 3 godziny.
Kierując się w stronę najbliższego McDonalda zauważyłyśmy, że co najmniej 80% ludzi chodzących po ulicach jest pomarańczowa od stóp do głów. Wiedziałyśmy, że tego wieczoru jest mecz piłki nożnej Holandia vs Australia, ale miał się odbyć dopiero o 18, a było wczesne popołudnie. Naprawdę Mundial aż tak opętał miasto? Najwidoczniej. Już w porze obiadowej okoliczne bary i puby zapełniały się kibicami, wszyscy w pomarańczowych szalikach, koszulkach, czapkach… ba, nawet kombinezonach!


Jeśli chodzi o Eindhoven, po zebraniu w logiczną całość notatek, które robiłam w telefonie w trakcie spaceru po mieście wynika, że: w komunikacji miejskiej są bardzo miękkie siedzenia. Bardzo dużo muzułmanów, rewelacyjna architektura (taka typowo z wyobrażeń o Holandii), w centrum jest przepiękna i wyglądająca na starą katedra z całkiem nowoczesnymi przeszklonymi drzwiami, a na dworcu brakuje informacji i drogowskazów w języku angielskim. Istnieją tam sklepy a’la odpowiedniki naszych „wszystko za 4,50 zł”, tylko że wszystko można kupić za „łan ojro”. W budynkach są duże, naprawdę duże okna, nawet na parterze. Właściwie wszystkie parterowe mieszkania sprawiają wrażenie witryny sklepowej – idąc po ulicy można swobodnie zaglądać ludziom do domów, najczęściej nie ma żadnych firanek, rolet czy żaluzji. Na jednym z głównych placów w centrum stoi wielki pomnik Philipsa. Nasz host -  Paweł studiujący w Eindhoven, notabene na drugiej najlepszej uczelni technicznej w kraju – wytłumaczył nam, że kiedyś Eindhoven było małą mieściną (właściwie do niedawna – oficjalne „początki” miasta są określone na początek XX w.), aż Philips postanowił postawić tu swoją pierwszą fabrykę. Każdy zakład pracy, biurowiec czy muzeum znajduje się w byłej, aktualnej albo przyszłej fabryce Philipsa. Jeśli ktoś kończąc wykształcenie techniczne chce mieć perspektywy dobrej pracy, Eindhoven stwarza do tego świetne warunki.
Wieczorem poszłyśmy z Pawłem i jego kolegami – Holendrem i dwoma Meksykanami do pubu na mecz. Wcześniej trafiłyśmy pod stadion, gdzie trwał jeden wielki mundialowy before. Dałyśmy sobie zrobić zdjęcie dla firmy Nikona, żeby dostać pomarańczowe szaliki i poczuć się choć trochę zintegrowane z narodem.

Kolejny szok – w Holandii piwo w pubach sprzedawane jest w kuflach, a właściwie szklankach o objętości 0,2 l. Dla Holendrów to normalne, po prostu zamiast dwóch półlitrowych wypijają 5 małych. Jednak idąc do przeciętnego baru w Polsce, finansowo wychodzimy po integracyjnym wieczorze o wiele lepiej.

Amsterdam – rowery, kanały i słodki zapach marihuany.


Właściwie nagłówek w pełni oddaje esencję stolicy Holandii. Następnego dnia rano wsiadłyśmy w pociąg (warto zapamiętać, że w Holandii nie ma czegoś takiego jak zniżki studenckie na komunikację miejską i krajową! 18 euro za bilet, którego nawet nikt nie sprawdził, eh...) jadący prościutko do osławionego Amsterdamu. Słowo „osławionego” nie występuje tu bynajmniej jedynie w dobrym znaczeniu: przez wyjazdem nasłuchałam i naczytałam się wielu sprzeczności o mieście. Jedni byli zachwyceni i określali Amsterdam jako absolutną konieczność przy okazji wizyty w Holandii. Inni twierdzili, że przereklamowany, że brudny, że na co drugiej ulicy słaniają się ludzie pod wpływem narkotyków, a o Dzielnicy Czerwonych Latarni nawet nie ma co wspominać. A ja od dawna bardzo chciałam Amsterdam zobaczyć, bo wydawał mi się fascynujący i piękny, więc nastawiałam się na ostre zderzenie z rzeczywistością. Na miejscu – absolutny szok. Pierwsze miejsce, które mnie zachwyciło to dworzec główny (na zdjęciu wyżej). Na żywo robi naprawdę wielkie wrażenie. Nie miałyśmy zbyt wiele czasu, więc uznałyśmy, że spacer wokół miasta marszowym krokiem to dobry pomysł. Na każdym roku, za każdym zakrętem wzdychałyśmy z zachwytem. Począwszy od portów z ogromnymi tankowcami przez śluzy, mosty zwodzone (W Polsce rampa jest zamykana i samochody zatrzymują się, bo jedzie pociąg. W Holandii dlatego, że akurat płynie statek i trzeba podnieść most), urocze zaułki i przedziwne, zachwycające kształtem budynki po Flo Mark, na którym udało nam się dorwać atlas samochodowy Niemiec za 1 euro, świetny sklep z pocztówkami i plakatami we wszystkie wzory świata i sławetny napis I AM STERDAM.



Niestety, pojutrze musiałyśmy być już w Polsce, więc zdołałyśmy spędzić w Amsterdamie jedynie 5 godzin. Jednak jadąc tramwajem na wylotówkę w stronę granicy holendersko-niemieckiej obiecałam sobie, że kiedyś tam wrócę. Na pewno na dłużej niż kilka dni.
Ustawiłyśmy się na początku autostrady naiwnie myśląc, że karton z napisem „Kassel” będzie skuteczny. Po 5 minutach zmądrzałyśmy i zmieniłyśmy napis na numer autostrady, na którą chciałyśmy się dostać. Tej nocy w Kassel czekała na nas hostka, która bardzo się cieszyła na nasz przyjazd, chciała nam zrobić pyszną kolację i spędzić wspólnie miło czas.
Z Amsterdamu złapałyśmy stopa dosyć szybko. Zatrzymał się (prawdopodobnie) ojciec z córką wracający akurat do domu. Byli naszymi królikami doświadczalnymi w eksperymencie sprawdzającym, czy częstowanie kierowców polskimi krówkami się sprawdzi. No i owszem – test świetnie zdał egzamin. Starszy pan po kilkunastu kilometrach wysadził nas na stacji dając rady, byśmy kierowały się na Maastricht. Wydało nam się to średnio logiczne – z Amsterdamu do Kassel prosta droga, natomiast Maastricht jest całkiem na południu. Postanowiłyśmy poradzić się człowieka pracującego na stacji, ale ku naszemu zdziwieniu, jedynie potwierdził on słowa kierowcy.
Ze stacji wzięła nas bardzo miła kobieta, która zdementowała plotki o tym, że lepiej kierować się na Maastricht i nadrobiła kilometrów, żeby zawieźć nas na stację benzynową aż za Helmond, gdzie był bardzo duży ruch tirów. Stamtąd ponownie szybko złapałyśmy zabawnego Rosjanina o armeńskich korzeniach, który podwiózł nas do Venlo – miasta na granicy holendersko-niemieckiej. Byłyśmy pewne, że do Kassel dotrzemy szybciutko, w końcu jak do tej pory droga szła gładko i przyjemnie. Niestety: nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca, a uraz do Venlo zostanie mi w głowie chyba na kilka następnych lat. Spędziłyśmy na stacji dobre półtorej godziny. Zrobiła się 20, zerwał się zimny wiatr, a my zaczynałyśmy snuć wizję spędzenia nocy na stacji benzynowej. Nagle na stację zajechał tir na jakichś południowych numerach. Kierowca wszedł do sklepu przyglądając się nam, po kilku minutach wyszedł i podszedł do nas mówiąc, że jedzie do Duisbergu, to po drodze, więc może nas podrzucić. Radość dosłownie uderzyła nam do głowy, zziębnięte i zmęczone pobiegłyśmy do drzwi pasażera. Wszystko potęgowała adrenalina, nigdy wcześniej nie miałam okazji być wewnątrz tira, wszystko było dla mnie nowe i czułam się jak w biurze dowodzenia wszechświatem.


Kierowca przedstawił się jako Martin. Dwudziestopięcioletni chłopak, całkiem miły, zabawiający rozmową w łamanym angielskim. Pierwsze minuty minęły w miłej atmosferze okraszonej zdawkowymi pytaniami skąd jesteśmy, dokąd podróżujemy, dlaczego autostopem. Po kilku kilometrach autostrady Martin zjechał na pobocze tłumacząc, że za chwilę do nas wróci, musi tylko iść zapytać się o coś swojego kolegi. Automatycznie zapaliła mi się w głowie czerwona lampka ostrzegawcza. Przed nami jak i za nami sznur ciężarówek, po prawej stronie rów, po lewej dwa pasy samochodów jadących 180 km/h. Całkiem niezłe warunki dla seryjnego morderstwa – wystarczy zasłonić okna i już nikt się nie domyśli, że w środku niejaki Martin Macedończyk mógłby oskalpować, poćwiartować i wyciąć nerki dwóm nierozsądnym Polkom. Po kilku minutach wrócił do samochodu z wyraźnie zmartwioną miną.
- Wiecie co, jest taka sprawa – zaczął niepewnie. – Okazało się, że dzisiaj w Niemczech jest zakaz ruchu tirów no i ten, eee… Musimy stać tutaj około dwóch godzin aż zakaz się skończy. W porządku?
Martina uspokoiło trochę nasze niemrawe kiwanie głowami, więc pewniejszym już tonem kontynuował.
- No to fajnie. Za chwilę przyjdzie tutaj mój kolega Sasza.
Chyba nigdy w życiu serce nie podeszło mi aż tak wysoko do gardła. Choć pewnie wydaje się, że niepotrzebnie spanikowałyśmy, czułyśmy się naprawdę niemal bezbronne. Kurczowo zacisnęłam rękę na dezodorancie w sprayu, który trzymałam w kieszeni i który w razie wypadku miał uratować mi życie.
Parę minut później okazało się, że oczywiście wszystkie strachy i niepewności były zupełnie niepotrzebne. Panowie byli przesympatyczni, co i rusz częstowali nas czymś słodkim z ciężarowej lodówki w zamian za krówki, które przywiozłyśmy z Polski. Rozmawiali między sobą po macedońsku, my z Martinem po angielsku, jednak wtedy Sasza nic nie rozumiał i pytał nas po rosyjsku o co chodzi, a my odpowiadałyśmy mu po polsku. Koniec języka za przewodnika, sytuacja tylko udowodniła, że termin „bariera językowa” jest sztucznym wymysłem.
Po wspomnianych wcześniej dwóch godzinach postoju zaczęłyśmy się niecierpliwić. Chociaż czas mijał bardzo miło, zależało nam, by tego wieczoru dotrzeć do Kassel, gdzie czekała na nas Liane. Zapytałyśmy Martina, kiedy możemy jechać.
- Nie mogę pojechać dopóki inne ciężarówki nie ruszą.
- Ale jak to?
- Nie wiem czy już można jechać.
- Nie dostajecie jakichś komunikatów? Nie możecie zadzwonić na policję i zapytać?
- Nikt nic nie wie. Mogę ruszyć jak inni ruszą, nie chcę płacić, kary są bardzo wysokie.
Kolejne pół godziny oczekiwania przy rozmowie i krówkach. Ciężarówki przed nami zaczęły powoli ruszać.
- Martin, oni już ruszają, to znaczy, że możemy jechać, prawda?
- Tylko wiecie co… Kończy mi się już czas, na tachometrze zostało 20 minut, nie zdążymy w tym czasie dojechać do Duisbergu, chyba muszę tu zostać na noc.
W momencie poczułam się jak główna bohaterka czeskiego filmu o fabule brazylijskiej telenoweli. Środek autostrady, godzina 22.00, a ja utknęłam w tirze z macedońskim kierowcą i kompletnie nie wiem co powinnam teraz zrobić. Martin siedział skruszony za kierownicą ze spuszczoną głową i był wyraźnie zakłopotany. Od samego początku chciał nam pomóc i z sercem na dłoni uchylić nieba, a okoliczności wciąż płatały mu figle i po raz kolejny coś mu się nie udało. Po kilku minutach zawstydzony przyznał, że jedyne wyjście jakie przychodzi mu do głowy to żebyśmy zostały z nim na noc w tirze. Gdyby ktoś opowiedział mi taką historię, najpierw bym nie uwierzyła, a potem uznała, że to nierozsądne, głupie i nieodpowiedzialne. Jednak punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i wizja samych siebie próbujących przebiec przez ruchliwą autostradę w poszukiwaniu stacji benzynowej bądź śpiących w rowie bez namiotu ani śpiwora ani trochę nas nie zachęciła. Uznałyśmy, że noc w ciężarówce faktycznie będzie najlepszą opcją. Martin wyraźnie się ucieszył, zaproponował żebyśmy wobec tego wyluzowali i obejrzeli wspólnie film, wyciągnął z lodówki niemieckie piwo i tak (niemal) bezstresowo minął nam wieczór. Noc jednak nie należała do najłatwiejszych – nasz kierowca musiał być wyspany, następnego dnia czekało go kolejnych 10 godzin za kierownicą, zajął na noc łóżko. Ola była w nieco gorszej sytuacji, gdyż w udziale przypadło jej spanie na połowicznie rozłożonym fotelu pasażera. Ale to chyba mój komfort został naruszony najbardziej: byłam zmuszona zmieścić się na kawałku podłogi między dwoma fotelami, z nienaturalnie wygiętymi nogami i skrzynią biegów przy głowie. Żeby nadać sytuacji tragizmu, w kabinie było niemiłosiernie zimno, a my miałyśmy do przykrycia jedynie cienkie kurtki. Jednak z honorem przyjęłyśmy ciężkie warunki na klatę święcie wierząc, że co nas nie zabije to nas wzmocni. O 6 rano pobudka i ruszyliśmy prościutko do Duisbergu. Na miejscu Martinowi znów wiatr zawiał prosto w oczy – okazało się, że nie może zdać ładunku w terminalu, bo nie ma jednego ważnego dokumentu. Na szczęście jego złość dosyć szybko przeszła, ponieważ dostał telefon od kolegi, który zaprosił całą naszą trójkę na kawę do swojego tira. Na nic zdały się nasze protesty, że nie trzeba, że chcemy być już na stacji benzynowej i móc łapać stopa do Drezna. Gościnności nie wolno lekceważyć, a kawa rano to rzecz święta. Doceniłyśmy więc życzliwość chłopaków i zgodziłyśmy się spędzić z nimi jeszcze to pół godziny. Oczywiście nie obyło się bez zbiegu okoliczności w postaci zmaterializowania się nagle w terminalu Saszy, który ogromnie ucieszył się na nasz widok. W ten właśnie sposób poranek minął w ciężarówce z trzema Macedończykami przy obrzydliwej lurze, której powstydziłby się każdy barista.
Gdy wreszcie zostałyśmy odstawione na stację benzynową w Duisbergu, pierwszą rzeczą jaka nam się zamarzyła było chociaż częściowe umycie się. Poprosiłyśmy właścicielkę stacji o klucz do ubikacji i – ku wielkiemu zdziwieniu – położyła przed nami na ladzie coś takiego:

Czytałam wprawdzie o tym, że np. w niektórych krajach azjatyckich zdarza się przywiązywanie czajnika elektrycznego do klucza hostelowego pokoju by ograniczyć kradzieże (ciężko zaprzeczyć, że grzebanie czajnikiem przy drzwiach dosyć znacząco rzuca się w oczy), jednak zupełnie nie spodziewałam się podobnego użycia końcówki od odkurzacza w Niemczech.
Z Duisbergu na autostradę A4 podrzucił nas starszy Niemiec, a tam po dłuższej chwili złapałyśmy Chorwatkę mieszkającą od kilkunastu lat w Niemczech, która zawiozła nas aż do Dortmundu. Wysadziła nas w niezbyt dogodnym miejscu, a mianowicie pod samym stadionem. Zero pobocza czy nawet zatoczki, miejsce wybitnie niesprzyjające łapaniu stopa. Uznałyśmy jednak, że spróbujemy, najwyżej po chwili przeniesiemy się kawałek dalej na wylotówkę. Po 10 minutach na środku pasa zatrzymał się tir i wysiadły z niego nogi w samych skarpetkach, a następnie cała reszta na oko 60-letniego siwego Niemca, który uraczył nas swoim pięknym, w połowie bezzębnym uśmiechem. Zagadałyśmy po angielsku – nic nie zrozumiał. Pokazałyśmy mapę, Niemiec wskazał palcem na Hannover. Łamanym niemieckim Ola wytłumaczyła, że w takim razie dziękujemy, ale nie pojedziemy z nim, bo chcemy dojechać do Kassel, a następnie do Drezna. Niemiec spojrzał na mapę jeszcze raz i powiedział, że on jednak jedzie do Kassel. Niepewnie zajęłyśmy miejsca w tirze i… to były chyba najzabawniejsze dwie godziny wyjazdu. Między nami a kierowcą nie było niemal żadnej interakcji, starszy pan cały czas gadał coś do siebie pod nosem, a następnie mówił do nas, my nie rozumiałyśmy ani słowa, więc on uśmiechał się szczerze i mówił jeszcze więcej, na co kiwałyśmy głowami odwzajemniając uśmiech. Średnio co 15 minut klepał ręką deskę rozdzielczą i czule mówił do swojej ciężarówki. Był w tym wszystkim niesamowicie uroczy i rozczulający, wspominamy go jako jeden z największych ewenementów wśród kierowców.

W Kassel niestety spędziłyśmy trochę czasu marznąc z kartką na skrzyżowaniu. Po blisko półtorej godziny zlitowało się nad nami przemiłe małżeństwo z czteroletnim synkiem i podwieźli nas do Nordhausen. Tam stanęłyśmy z kartką Leipzig…

…i dosyć szybko zatrzymał się Robert, młody psychiatra pracujący w szpitalu na oddziale leczenia uzależnień. Z całego serca chciał nam pomóc, nadrobił kilometrów, żeby zawieźć nas w najbardziej dogodne miejsce na autostradzie, a przy odchodnym dał nam numer do swojej żony, która spędzała najbliższą noc u jego rodziców mieszkających nieopodal i powiedział, że gdybyśmy nic nie złapały, mamy bez skrępowania do niej zadzwonić, jego rodzina przygarnie nas i nakarmi. Na szczęście nie było to potrzebne, gdyż po kolejnych kilku minutach stania zatrzymał się tir, który zawiózł nas na stację benzynową aż pod Chemnitz. Tam zauważyłyśmy tankującego akurat Polaka, toteż z uśmiechem podeszłyśmy zapytać, czy może nie jedzie w naszą stronę i nie chciałby nas przypadkiem zawieźć do Freibergu (miasto pod Dreznem, gdzie miałyśmy załatwiony nocleg w akademiku u Polki). 
– Mogę was kawałek podwieźć, ale nie do samego celu, jestem od 4 rano w trasie i koniecznie muszę dotrzeć dziś do Polski, a jest już 20. W porządku?
- No jasne, bez problemu, każdy kilometr będzie dobry.
Po paru minutach miłej pogawędki kierowca poprosił, żeby pokazać mu na mapie, gdzie jest Freiberg.
- No nie, to 30 km drogi więcej, nie mogę, przepraszam dziewczyny.
Sytuacja powtórzyła się jeszcze dwa razy, po czym usłyszałyśmy:
- A niech tam, zawiozę was, jesteście bardzo sympatyczne i pozytywne, nie mogę zostawić was gdzieś na drodze.
Tym sposobem dojechałyśmy niemal pod drzwi naszej hostki, która poczęstowała nas pysznym ciastem cebulowym (a po ponad dobie bez niczego ciepłego w ustach było to naprawdę zbawienne!), gorącą herbatą i pokazała na mapie gdzie najlepiej będzie nam łapać stopa następnego dnia. Nazajutrz wstałyśmy więc wcześnie rano i udałyśmy się na wylotówkę, skąd wzięła nas miła kobieta, a następnie równie sympatyczny Niemiec. Około południa stałyśmy już na stacji benzynowej za Dreznem z karteczką „POLSKA”. Miałyśmy jeszcze wolne kartony, więc stwierdziłyśmy, że możemy na jednym napisać jeszcze „KRAKÓW”, bo polskich rejestracji na parkingu wiele, może akurat nam się poszczęści. Po chwili zatrzymał się przed nami samochód i ujrzałyśmy przerażająco mocno zdziwioną minę kierowcy.
- Wy naprawdę jedziecie do Krakowa?
- Naprawdę, a pan też tam jedzie?
- Przejazdem, ale jadę.
- Czyli możemy…?
- Oczywiście, wsiadajcie.

W ten właśnie sposób pokonałyśmy ostatnie 500 km dzielące nas od celu z Polakiem, który zawiózł nas aż na przystanek autobusowy w Balicach, skąd odjeżdżał autobus zatrzymujący się bezpośrednio pod naszym mieszkaniem. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na stacji benzynowej, gdzie kierowca mimo naszego sprzeciwu kupił nam obiad. Około 17 weszłyśmy do mieszkania i… ogarnął mnie tam niesamowity smutek, że to już koniec. Z jednej strony wreszcie mogłam wejść do własnego prysznica, położyć się we własnym łóżku i napić się herbaty z własnego kubka, ale z drugiej znów miało być spokojnie, ponownie miałam wiedzieć gdzie spędzę noc, co zjem na obiad i kogo spotkam. Jedyne co mnie w tamtym momencie pocieszało to plan kolejnej podróży, trochę dłuższej, o wiele dalszej. Z pokorą więc schowałyśmy wspomnienia do szuflady, a wyciągnęłyśmy z niej książki, żeby pokonać nadchodzącą sesję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz