poniedziałek, 4 lutego 2019

[116] Co robić w LIZBONIE? Subiektywny przewodnik

Nie mieszkam w Lizbonie już prawie od dwóch lat, a wciąż od czasu do czasu dostaję wiadomości o podobnej treści: Będę w Lizbonie przez kilka godzin/dni – możesz podrzucić mi jakieś miejsca z ładnym widokiem/tanim jedzeniem/fajną imprezą? Co zobaczyć? Gdzie pójść?

Po wysłaniu tysięcznej odpowiedzi o niemal tej samej treści do kolejnej osoby w potrzebie, postanowiłam wreszcie wyruszyć na pomoc! Nie będę ukrywać, że w dużej mierze robię to dla siebie – ileż można wypisywać peany na cześć tych samych miejsc. Zbiorę w końcu to wszystko do przysłowiowej kupy, w jedno miejsce i oszczędzę sobie w przyszłości roboty. Czy to nie brzmi jak świetny plan?


Co zjeść, gdzie wypić

Ginjinha

Jeśli kiedykolwiek interesowałeś się w jakikolwiek sposób Portugalią, ta nazwa z pewnością nie jest ci obca. Ginjinha to tradycyjny portugalski napój alkoholowy w formie słodkiego likieru wiśniowego. Taka trochę nasza polska wiśniówka, choć nie do końca. Warto spróbować, szczególnie, że Lizbona pełna jest maleńkich barów, w których można skosztować likieru. Mówiąc maleńkich barów, mam na myśli naprawdę maleńkie bary – w środku zwykle nie mieści się więcej niż 2-3 osoby. Wchodzisz, pan za ladą daje ci szota, pijesz, dziękujesz i wychodzisz. Są też miejsca, gdzie można spróbować ginjinhi podawanej w czekoladowych kieliszkach.


LX Factory

To bardzo wyjątkowe miejsce na mapie Lizbony. Ulica pełna postindustrialnych budynków, które po czasie zostały zaadaptowane na restauracje, bary i kawiarnie. Przyznam, jest trochę hipstersko i w większości przypadków nie jakoś super tanio. Z drugiej strony, klimat jest niesamowity: ceglaste ściany przyozdobione graffiti, muzyka na żywo bez biletów wstępu, najlepszy sernik na świecie w LXeeseCake. Jest tam też jeszcze jedno specjalne miejsce zwane Ler Devagar – fantastyczna biblioteka. Nie będę zdradzać z jakich powodów jest taka wyjątkowa; myślę, że zdjęcia powiedzą same za siebie.
No i serwują tam pyszny mrożony jogurt z owocami.



A Padaria Portuguesa

Klasyk wśród klasyków. A Padaria Portuguesa to portugalska sieciówka kawiarnio-piekarnio-cukierni. Znaleźć ją można dosłownie na każdym rogu i zdecydowanie warto tam zajrzeć. Oprócz pysznego, mocnego espresso i pasteis de nata, mój ulubiony przysmak to Pão de Deus. Są to specyficzne bułki, w internecie najczęściej nazywane drożdżówkami z kokosem. Osobiście drożdżówkami bym ich nie nazwała – nie są kokosem nadziewane. Ciasto samo w sobie jest kokosowe, co daje bułeczkom słodkawy smak, jakkolwiek Portugalczycy często jedzą je z żółtym serem czy szynką. Zaskakująco, jest to naprawdę pyszne połączenie!


Pastéis de nata

Prawdopodobnie najbardziej znany portugalski przysmak. Pastéis de nata to nic innego jak budyniowe babeczki, najczęściej przed jedzeniem posypywane cukrem pudrem lub cynamonem. Po przeprowadzce do Lizbony chciałam ich spróbować, choć jednocześnie byłam nastawiona raczej sceptycznie z prostego powodu – nie jestem zbytnią fanką budyniu. Żadnego. Pastéis de nata zaskoczyły mnie jednak mega pozytywnie. Gdy myślę sobie teraz o takich cieplutkich, prosto z pieca, chrupiących z wierzchu i mięciutkich w środku, z odrobiną cynamonu na wierzchu… Ślinotok na miejscu.

Najbardziej popularnym (nie oszukujmy się – również najdroższym i najbardziej turystycznym) miejscem, gdzie można je dostać jest cukiernia w dzielnicy Belém o jakże zaskakującej nazwie Pastéis de Belém. Często możesz spotkać się właśnie z taką nazwą babeczek (de Belém zamiast de nata), jednak jest to dokładnie to samo. Przysmak był po prostu oryginalnie wyrabiany przez mnichów z klasztoru hieronimitów, którzy w pewnym momencie sprzedali przepis portugalskiej rodzinie, która z kolei tuż obok klasztoru otworzyła biznes – wyżej wspomnianą cukiernię. Zastrzegli sobie tę nazwę i to tyle.

Pierwszy raz spróbowałam pastéis de nata właśnie w Belém i przyznam, że długo nie znalazłam miejsca z lepszymi. Później trafiłam do jakiejś maleńkiego cukierni przy Praça Luís de Camões i tamtejsze pastéis były chyba nawet lepsze niż te uznawane za oryginalne. Jeśli natomiast nie masz ochoty szukać tych jedynych, tylko zależy ci na tym, żeby w ogóle ich spróbować, dostaniesz je praktycznie w każdej cukierni i prawie każdej kawiarni. Nawet w Pingo Doce (portugalski odpowiednik Biedronki) można je kupić– zarówno pojedyncze sztuki, jak i całe sześciopaki. Kilkudniowe nie są już takie pyszne, ale jak to mówią, lepszy wróbel w garści.


Rooftop bars

Bary na dachach do dosyć charakterystyczna cecha Lizbony. Na wstępie powiedzmy sobie szczerze: zwykle nie są to najtańsze miejsca. Uważam jednak, że warto się sporadycznie szarpnąć na droższego drinka dla przepięknej panoramy miasta podziwianej z góry.
Mieszkając w Lizbonie również nie chodziłam do nich szalenie często właśnie ze względu na ceny. 
Przed wyjazdem warto jednak zrobić rozeznanie – od czasu do czasu w mieście organizowane są wydarzenia typu Coctail week. W większości barów można wtedy kupić np. dwa drinki w cenie jednego.



Buddha Sushi

Moje absolutnie ulubione miejsce, numer jeden na kulinarnej mapie Lizbony.
Lokal znajduje się tuż naprzeciwko Miradouro de São Pedro de Alcântara. Cały pic polega na tym, że to nie jest zwykła knajpa z orientalnym jedzeniem, gdzie siadasz, jesz i wychodzisz. Otóż jeśli pójdziesz tam między godziną 12 a 16 oraz/lub między 19 a północą, trafisz na tak zwany open bar z sushi. Za 4,20 euro kupujesz plastikowe pudełko (7,90 euro za dwa) i możesz zapakować do niego tyle sushi, ile zmieścisz.

O dziwo, nigdy nie byłam szaloną fanką sushi, ale chyba po prostu nigdy wcześniej nie trafiłam na naprawdę dobre. To z Buddha Sushi jest – w mojej opinii – przepyszne. Najbardziej lubię letnią edycję, czyli takie z kawałkami kiwi, bananów czy truskawek.

(Pssst: sushi od Buddhy najlepiej smakuje jedzone właśnie na Miradouro de São Pedro de Alcântara, z widokiem na miasto!)

wersja kwietniowa
i wersja grudniowa


Casa do Alentejo 

To miejsce, które wydaje się niesamowicie fancy, jednak ceny wcale na to nie wskazują. Restauracja usytuowana niedaleko placu Rossio, o przepięknym, dworskim wręcz wnętrzu, przemiłej obsłudze, z super patio, tanim piwem i pysznym jedzeniem.



MIRADOUROS, czyli punkty widokowe

Miradouro de Santa Catarina

Jest to absolutnie, niezaprzeczalnie najlepsze miejsce, jeśli szukasz czegoś autentycznego, do szpiku kościu portugalskiego, z klimatem i pięknym widokiem. Powiedziałabym, że to miradouro jest odrobinę na uboczu (choć wciąż w centrum) i szczerze mówiąc, w ciągu dnia nie wyróżnia się niczym szczególnym. Magia zaczyna działać wczesnym wieczorem, kiedy na niewielkim placyku ustawiają się lokalni muzycy, często amatorzy, a dookoła gromadzą się lokalsi. Muzyka leniwie płynie, słońce zachodzi obrzucając wszystkich zebranych złotem, pojedyncze osoby tańczą, pozostałe siedzą i słuchają, rozmawiają, piją wino, dzielą się papierosem.
W ten sposób spędziłam na Miradouro de Santa Catarina miliony godzin, i w moim odczuciu to wciąż o milion za mało. To się naprawdę nie nudzi. Za każdym razem jest inaczej, choć zawsze tak samo bajecznie.

Jedna mała uwaga ode mnie brzmi: to miejsce, choć fantastyczne, umiłowali sobie dilerzy. Nigdy nie zdarzyło mi się spotkać tam kogoś agresywnego czy natarczywego – pytania, czy chcę coś kupić, zwyczajnie ignorowałam lub zbywałam krótkim Nie, dzięki. Lepiej jednak mieć to na uwadze.



Miradouro de São Pedro de Alcântara

O tym miejscu wspomniałam już w kontekście Buddha Sushi. To pierwsze miradouro, na które się wybrałam, jednocześnie moje ulubione. Najlepszy widok w mieście!




Miradouro da Graça

Jeśli jesteś leniem i nie lubisz wspinania, mam tylko jedną radę – musisz się przemóc na ten jeden dzień, bo Miradouro da Graça to nie lada wyzwanie. Najwyższy punkt widokowy w mieście, znajdujący się tuż obok zamku, a widok rozpościera się stamtąd taki, że będzie ci się śnić po nocach przez następny miesiąc. Miejsce warte wysiłku!




Miejsca

Jardim da Estrela

To bez dwóch zdań mój najulubieńszy park w Lizbonie. Całkiem spory, pełen palm i innych pięknych drzew, oczek wodnych, dziwnych roślin. Zawsze dużo w nim ludzi, bo i zawsze jest tam co robić! W sobotnie poranki często widywałam zajęcia jogi na świeżym powietrzu lub zorganizowane gry dla dzieci. Jest mnóstwo przestrzeni, na której można się komfortowo rozłożyć z kocem i mieć wszystko w nosie. Ludzie przychodzą się opalać, pobiegać, pobawić się z psem, poleżeć i poczytać książkę. Jardim da Estrela żyje o każdej porze dnia.

nadaje się nawet do świętowania Wielkanocy!


Príncipe Real

Park z niesamowitymi, gigantycznymi, starymi drzewami. Super miejsce na popołudniowy chill.


Feira da Ladra

O tym miejscu napisałam już kiedyś osobny tekst: kliknij tutaj

Do dziś jest to mój ulubiony pchli targ; w żadnym kraju nie trafiłam do tej pory na miejsce mu dorównujące.



Restaurante Panorâmico de Monsanto

To bardzo specjalne miejsce, o którym też jakiś czas temu powstał tekst: kliknij tutaj

Jeśli lubisz włóczyć się po opuszczonych budynkach i ruinach, zakochasz się w Monsanto tak jak ja!



Bairro Alto

To najbardziej imprezowa dzielnica w mieście. Jeśli nie masz co robić, idź wieczorem przejść się po Bairro – impreza sama się znajdzie. Jest tu mnóstwo najróżniejszych barów - bardziej fancy, typowe melinki, bary z tapas, bary z muzyką na żywo, irlandzkie puby, karaoke, sportowe, po prostu wszystko. Nawet jeśli nie jesteś miłośnikiem imprez, warto przejść się po Bairro, szczególnie wieczorem, dla samego klimatu.



Praça Luís de Camões i cała dzielnica Baixa-Chiado

Praça Luís de Camões to plac między Bairro Alto a dzielnicą Baixa-Chiado. W zasadzie nic w nim szczególnego – ot, skwer z dużym pomnikiem na środku. Jednak moim zdaniem jest w nim coś magicznego. To miejsce spotkań starych i młodych, niezależnie od pory dnia czy nocy. Uwielbiam tam przysiadać i obserwować.


Praia de Carcavelos

Moja ulubiona plaża, która znajduje się zaledwie 20-30 minut drogi pociągiem ze stacji Cais do Sodré. Mnóstwo razy zdarzało nam się spontanicznie stwierdzić, że fajnie by było zobaczyć tego dnia zachód słońca z plaży i poczilować z piwkiem. Piętnaście minut później siedziałyśmy w pociągu, kolejnych trzydzieści minut później już na ciepłym piasku nad oceanem.
Lubię tę plażę właśnie ze względu na jej bliskość do miasta, ale nie jest to jedyny powód. Jej rozmiary nie są jakieś imponujące, jednak jednocześnie jest na tyle duża, że ciężko tu doświadczyć tłumów.
Uwaga na spore przypływy! Chwila drzemki na plaży i można obudzić się w wodzie po pas.



Costa da Caparica

Świetna plaża znajdująca się po mitycznej drugiej stronie mostu*. Raj dla surferów, przepiękne miejsce. Jedynym i największym minusem jest to, że plaża znajduje się względnie daleko od centrum Lizbony (w porównaniu z taką plażą w Carcavelos na przykład) – jedzie się tam co najmniej godzinę autobusem. Jednak jeśli masz trochę czasu i jesteś fanem plaż, warto zrobić sobie jednodniową wycieczkę. 

Do Capariki nie dojedziesz na normalnym bilecie miejskim. Nie nabijesz go też na normalną kartę miejską. Musisz kupić osobną kartę, na którą możesz kupić przejazd międzymiastowy w pakiecie trzech lub pięciu kursów (jeden kurs to przejazd Lizbona – Costa da Caparica lub w przeciwną stronę).


*druga strona mostu – to sformułowanie jest takim trochę obiegowym żartem wśród lizbończyków. Teoretycznie aglomeracja rozciąga się po dwóch stronach Ponte 25 de Abril, jednak w praktyce wszystkie miejsca opisane wyżej znajdują się po tej pierwszej stronie. Na drugą stronę dostać się można tylko komunikacją miejską lub samochodem (most jest zamknięty dla ruchu pieszych), na moście zawsze są korki i w ogólnie trwa to całe lata świetlne.


Livraria Sá da Costa

Świetna księgarnia/antykwariat, notabene znajdująca się bardzo blisko Praça Luís de Camões. Da się tam spędzić całe godziny, oglądając stare księgi (przez stare mam na myśli takie naprawdę stare, niektóre jeszcze z XIX wieku), mapy, pocztówki i zdjęcia z okresu międzywojennego. Znajdzie się też literatura w innych językach niż portugalski. Miejsce jest duże i kryje w sobie naprawdę mnóstwo skarbów i wartościowych pism. Jeśli z zasady lubisz księgarnie i antykwariaty, mogę obiecać, że to miejsce zachwyci cię tak jak i mnie.



wtorek, 27 listopada 2018

[115] STŁUCZKA ZA GRANICĄ WYPOŻYCZONYM SAMOCHODEM - Co robić?!


Nie wspominałam o tym jeszcze ani słowem, bo sytuacja w trakcie stała się na tyle zawiła, że nawet nie chciało mi się jej tłumaczyć. Po fakcie, kiedy zeszły z nas już emocje, uznałam jednak, że warto opisać co i jak. Ja na przykład nie wiedziałam jak się zachować, a myślę, że gdybym wiedziała, wszystko poszłoby o wiele prościej i szybciej.

Co więc zrobić, gdy zdarzy ci się stłuczka za granicą, na domiar złego wypożyczonym samochodem?


Zacznijmy od tego jak to wszystko w naszym wypadku było:

Jechaliśmy z okolic Vardzi do Stepancmindy. Z każdym kilometrem widoki zapierały dech w piersiach coraz bardziej; jednocześnie im bardziej w górę, tym robiło się zimniej. Na wysokości Tbilisi temperatura wynosiła około 8-9 stopni, sto kilometrów dalej było już około zera. Dookoła nas ośnieżone szczyty, coraz ostrzejsze zakręty, zaczął się delikatny mróz – tak około -3 stopni. Byliśmy jakieś 40 kilometrów od miejscowości Gudauri, kiedy droga zrobiła się dosyć mocno oblodzona. M, który akurat wtedy prowadził, prędko to zauważył; ogólnie nie jechaliśmy zbyt szybko, bo jechać szybko na gruzińskich drogach z Gruzinami, którzy z zasady jeżdżą dosyć niebezpiecznie, to szaleństwo - wyprzedzają na trzeciego, dojeżdżają do samego tyłka, trąbią na siebie non stop. M zwolnił jednak jeszcze trochę, bo przez nami były spore zakręty, a droga aż błyszczała. Samochód jadący za nami zorientował się zbyt późno. By nie wjechać nam w tył, zjechał na lewy pas, żeby nas wyprzedzić. Wpadł w poślizg, kierowca nie zapanował nad kierownicą, pojazd zaczął zjeżdżać w prawo, prosto na nas.

Nic wielkiego się nie stało. Sprawcy (z jednej strony ciężko ich tak nazywać, bo sprawcą tu był lód na drodze, jednak fakt faktem – nie zachowali bezpiecznej odległości. Gdyby nie jechali nam na tyłku, pewnie nie doszło by do stłuczki) mieli stłuczony prawy przedni reflektor i trochę wgnieciony bok. My – obity tylny zderzak, małe wgniecenie przy tylnych drzwiach i obdarty lakier.



W momencie, gdy wypożyczaliśmy samochód, pracownik wypożyczalni powiedział jasno: W wypadku stłuczki dzwońcie do mnie od razu i pamiętajcie – nie ruszajcie się z miejsca zdarzenia! Według gruzińskiego prawa musicie w nim pozostać do przyjazdu policji.

Teraz wyobraźnie sobie zastosowanie tego przykazania w miejscu, w którym staliśmy. Górska, kręta, oblodzona droga, na której każdy z samochodów driftuje mimo woli. Nikogo nie obchodziło, że dwa auta (nasze) stały przy barierkach, nikt nie miał w głowie, że może coś się stało? Wymijali nas nawet nie zwalniając, ślizgając się dosłownie centymetry od nas. Byłam dosłownie pewna, że pozostając w tym miejscu dłużej, i samochód i -  tfu tfu, odpukać! – my skończymy dużo gorzej.

Zadzwoniliśmy do gościa z wypożyczalni (tego samego, który dawał nam samochód), wytłumaczyliśmy wszystko i usłyszeliśmy: Poróbcie zdjęcia i jedźcie w najbliższe bezpieczne miejsce, po drodze zadzwońcie do ubezpieczalni, a na miejscu wezwijcie policję.

Tak też zrobiliśmy, razem z ludźmi z drugiego samochodu (dzięki Bogu, że mówili po angielsku!)

W tym miejscu warto wspomnieć jak wyglądała kwestia ubezpieczenia samochodu. W cenie wynajmu mieliśmy pełne ubezpieczenie, to znaczy – zarówno, gdy to my spowodujemy wypadek, jak i kiedy zrobi to ktoś inny, a my będziemy poszkodowani. Sto procent pokrycia od ubezpieczalni. 

Kontrakt podkreślał, że ubezpieczenie nie zostanie pokryte w pięciu przypadkach:

- nie zadzwonimy poinformować wypożyczalni o zaistniałej sytuacji
- nie zadzwonimy poinformować ubezpieczalni o zaistniałej sytuacji
- nie wezwiemy policji, żeby spisała protokół
- kierowca będzie pod wpływem alkoholu, narkotyków lub innych substancji odurzających
- zdewastujemy samochód umyślnie

Wszystko napisane czarno na białym.

Dojechaliśmy do Gudauri, gdzie wezwaliśmy policję, żeby spisała protokół. Jeszcze w międzyczasie zadzwonił do nas inny gość z wypożyczalni (może dla rozróżnienia nadajmy im przydomki: niech ten pierwszy, który dawał nam samochód, nazywa się Miły Miś, a drugi, który zadzwonił do nas już po wezwaniu policji, Przebiegła Pantera) – kazał nam powiedzieć policjantom, że mają koniecznie napisać w protokole, że musieliśmy się ruszyć z miejsca zdarzenia, bo było niebezpiecznie. Tak też zrobiliśmy (tu warto wspomnieć, że policjanci wcale nie mówili po angielsku – wszystko, co chcieliśmy im przekazać, tłumaczył dla nas kierowca drugiego samochodu, który nas stuknął).


Czas mijał, nam się nudziło, temperatura spadała. Dziesięć minut po pierwszym telefonie Przebiegła Pantera zadzwonił znowu – tym razem mówiąc, że nazajutrz, oddając samochód, mamy mu zapłacić, bo ubezpieczalnia nie pokryje szkody, ponieważ ruszyliśmy się z miejsca wypadku. ??? – to jedyna reakcja, na którą było mnie w tym momencie stać. Drugi kierowca powiedział nam: Nie dawajcie mu więcej niż 100 lari (to około 150 złotych). Za te pieniądze w Gruzji naprawicie każdą usterkę. 
Poprosiliśmy go jednak, żeby w naszym imieniu zapytał o tę sytuację policjantów. Ci jednoznacznie stwierdzili, że nie powinniśmy dawać wypożyczalni złapanego grosza, bo nie złamaliśmy kontraktu, ubezpieczenie na pewno pokryje szkodę, a oni chcą tylko wyciągnąć od nas hajs. Uspokoiły mnie te słowa, choć nasze humory i tak się porządnie zepsuły. Na domiar złego droga do Stepancmindy okazała się zamknięta przez śnieg. I jeszcze dostaliśmy mandat – po 250 lari na każdy samochód za ruszenie się z miejsca wypadku. Jak to mówią: jak nie urok, to sraczka…

Z braku laku zawróciliśmy. Postanowiliśmy tego wieczoru dojechać do Tbilisi, zjeść porządną kolację (przez cały dzień nie jedliśmy dosłownie NIC, co, jak możecie sobie wyobrazić, przyczyniło się do psich humorów jeszcze bardziej) i wtedy myśleć co dalej. Przez całą drogę do stolicy dostawałam wiadomości od Przebiegłej Pantery, że wisimy mu pieniądze za szkodę. Zaczęło robić się nerwowo.

Wypożyczając samochód zapytaliśmy Miłego Misia, czy – mimo że nie zabukowaliśmy tej opcji wcześniej – moglibyśmy dopłacić i zostawić samochód na lotnisku przed naszym lotem powrotnym. Powiedział wtedy, że nie ma żadnego problemu; powinniśmy tylko przypomnieć mu o tym dzień wcześniej. Jeszcze tego samego wieczora napisaliśmy mu wiadomość, że chcemy oddać samochód na lotnisku. Chwilę później otrzymaliśmy odpowiedź – jednak nie od Miłego Misia, a od Przebiegłej Pantery. Dobrze, oddacie samochód na lotnisku, ale wcześniej musimy spotkać się w biurze w Kutaisi, żeby się rozliczyć. Cóż, średnio nam to pasowało, bo – jak dowiedzieliśmy się po przyjeździe do Gruzji – wypożyczalnia była akurat w trakcie zmieniania adresu i przenoszenia biura. Na ten moment dysponowali biurem tymczasowym – czyli wynajętym mieszkaniem w bloku na obrzeżach miasta.

- M, nie ma takiej opcji – powiedziałam. – Nie ma nawet mowy, żebyśmy jeszcze jechali późnym wieczorem do jakiegoś mieszkania w mieście, którego nie znamy, w sytuacji, w której rozchodzi się o pieniądze.
- Ja wiem – odpowiedział.
- Wiesz co. A gdybyśmy tak zadzwonili do ambasady? Ja już zgłupiałam, myślę, że prawo jest tu po naszej stronie, ale będę spokojniejsza, jeśli się upewnimy. Zadzwonię rano do polskiej, postaram się im wytłumaczyć o co chodzi, może nam coś doradzą.
- Wiesz, to w sumie bardzo dobry pomysł. Ja zadzwonię do słowackiej. Od nadmiaru informacji nikt nie umarł.

Następnego dnia rano zadzwoniłam do polskiej ambasady. A raczej próbowałam zadzwonić, bo w trakcie łączenia połączenie padło, a gruziński automatyczny głos poinformował mnie dlaczego. Chyba chodziło o brak środków na koncie, ale wywnioskowałam to tylko po słowie balans, więc pewności nie mam.

W każdym razie się wkurzyłam.

- Dobra wiesz co – na szczęście kiedy jestem wkurzona, to mam całkiem dobre pomysły i się w ogóle niczego nie boję.  – Wpisuję w GPS adres polskiej ambasady, jedziemy tam.
- Można sobie tak wejść bez jakiegoś umówionego spotkania czy coś?
- Nie wiem. Nigdy nie byłam w ambasadzie. Najwyżej mnie wyproszą.

Drzwi otworzył mi strażnik z radosnym Dzień dobry pani! na ustach. Wytłumaczyłam mu całą sytuację, zakosił mój paszport i zniknął w środku. Po minucie wrócił, mówiąc: Słowak musi zostać, pani może wejść. Konsul panią przyjmie. I spokojnie, Grześ to dobry chłop, na pewno coś wymyśli.
Zaczęłam tłumaczyć konsulowi Grzesiowi całą sytuację. Przerwał mi na samym początku:

 - To pani prowadziła w momencie wypadku?
- Nie.
- To musicie jechać do słowackiej ambasady, niestety. Ja tu niewiele mogę zdziałać…

Nie wiem, czy wyglądałam jakbym się miała rozpłakać, czy o co chodzi, bo szybko dodał:

- No ale proszę mi opowiedzieć do końca co się stało.

Opowiedziałam. Potwierdziło się, że prawo jest po naszej stronie, a wypożyczalnia chce nas zrobić w jajo. Podziękowałam, pogawędziłam jeszcze parę minut ze strażnikami (dwóch byłych kierowców ciężarówek, szybko złapaliśmy wspólny język) i pojechaliśmy do ambasady słowackiej.

Czekałam w samochodzie, kiedy M załatwiał interesy, i czekałam, i czekałam, i mało siedzeń ze stresu nie zjadłam.
Po pół godzinie wrócił. Dowiedział się tego samego, co ja w polskiej ambasadzie. Jednak ambasador Słowacji tak się przejął naszą sytuacją, że wziął numery telefonów zarówno do Miłego Misia, jak i Przebiegłej Pantery, zadzwonił, poinformował ich, że będziemy wieczorem na lotnisku, żeby oddać samochód, że zapłacimy umówioną kwotę za dostarczenie go na lotnisko i ani grosza więcej, oraz postraszył ich, że współpracujemy już w tej sprawie z policją. Z M też wymienili się numerami, do tego dostaliśmy przykazanie, że w razie dalszych problemów mamy dzwonić, choćby w środku nocy.


Na kilka godzin zapomnieliśmy o sprawie – zwiedzaliśmy Tbilisi, które totalnie mnie zachwyciło. Nerwowo znowu zaczęło być pod wieczór. W drodze do Kutaisi zajechaliśmy do Maca na szybką kawę, kiedy to dostaliśmy wiadomość od Przebiegłej Pantery: To jak, o której będziecie w biurze? Zapytaliśmy, czy nie wie o ustaleniach czy co, a ten albo udawał głupka, albo faktycznie nim był – zaczął się wykłócać, że jakie ustalenia, że wisimy mu pieniądze i tak dalej, dalej, dalej. M zadzwonił do ambasadora, który zadzwonił do Przebiegłej Pantery, żeby sprecyzować sprawę. Jak grochem w ścianę. Pantera zaczął wygrażać, że wezwie policję, że wisimy mu 400 euro (?!). W tym momencie naprawdę zaczęłam bać się o swoje życie. Co jeśli pojawi się na lotnisku z kolegami? Jak im przegadamy? Jak się obronimy? Jak dogadamy się z potencjalną policją? Na litość, przecież ja mam przy sobie ostatnich 60 lari i ani grosza więcej! Nawet jakbym chciała, to nie dam mu tyle, ile by chciał on! Już pomijając fakt, że nie powinnam dawać mu nic.

Sprzątając na parkingu w samochodzie popłakałam się z bezsilności i półtora dnia stresu. M zadeklarował, że nigdy więcej nie wraca do tego kraju. W drodze do Kutaisi obmyślaliśmy plan ucieczki – dosłownie. Byliśmy już na takim etapie desperacji i stresu, że chcieliśmy powiedzieć wypożyczalni, że przez całe to zamieszanie z ambasadą utknęliśmy w Tbilisi i możemy umówić się w nimi następnego dnia przed południem, a tak naprawdę zostawić samochód z uregulowaną zapłatą za dowóz na lotnisku, przekoczować tam do rana i dać im znać z Budapesztu, gdzie zaparkowane jest auto. Ambasador Słowacji cały czas próbował się dogadać z Przebiegłą Panterą, jednak bez skutku.

- Telefon ci dzwoni. Jakiś nieznany numer, gruziński – powiedziałam, gdy urządzenie zawibrowało mi w dłoni.
- Nieznany? Nie odbieram. Albo może powinienem?

Zjechaliśmy na pobocze. W słuchawce zabrzmiał miły głos twierdzący, że jest managerem wypożyczalni. Po raz setny ktoś poprosił, żebyśmy wytłumaczyli mu całą sytuację. Po wysłuchaniu naszej wersji miły głos powiedział, że oczywiście mamy rację, ubezpieczalnia wszystko pokryje, my mamy się nie martwić, spotkamy się na lotnisku z Miłym Misiem, dostaniemy jeszcze 60 euro rekompensaty za całą tę sytuację, a Przebiegła Pantera nie jest managerem i nie ma prawa wyłudzać od nas żadnej kasy ani decydować o niczym.

- Mogę trzymać cię za słowo? Czy na lotnisku na pewno pojawi się Miły Miś? Nie chcemy konfrontacji z Przebiegłą Panterą – zapytał M.

­Miły głos potwierdził. Zrobiliśmy się trochę spokojniejsi, jednak z tyłu głowy wciąż dziurę wiercił mi delikatny niepokój. Wiedziałam, że uwierzę w dobre zakończenie dopiero, gdy oddamy samochód i wejdziemy do budynku lotniska.

Na lotnisku faktycznie czekał na nas Miły Miś. Oddaliśmy samochód, przeprosił za sytuację, dał nam obiecaną rekompensatę. I już. Nagle zrobiło się spokojnie.

Do dziś nie mam pewności co się tak naprawdę wydarzyło. Czy Przebiegła Pantera chciał, brzydko mówiąc, orżnąć z kasy swoich współpracowników? Czy on tam w ogóle pracował? Cholera wie.
Przejdźmy jednak do konkretów, czyli

Co robić, gdy masz stłuczkę wypożyczonym samochodem?

1. Przede wszystkim przeczytaj dokładnie kontrakt. Upewnij się co pokrywa, a czego nie pokrywa ubezpieczenie. Odbierając samochód dopytaj się agenta jak powinny wyglądać kolejne kroki w wypadku stłuczki.
Osobiście ogólnie wierzę w ludzi i nie zakładam, że każdy chce mnie oszukać. Jednak prawda jest taka, że (szczególnie tanie) wypożyczalnie mają często wiele kruczków w kontraktach, na których potem możesz wyjść jak przysłowiowy Zabłocki na mydle. Jeśli coś jest napisane niejasno, dopytaj. Jeśli się z czymś nie zgadzasz, poproś o korektę. Moim zdaniem lepiej zrobić z siebie przewrażliwionego idiotę przy agencie, niż później ponosić koszty i tracić nerwy.

2. W razie wypadku nie bój się wezwać policji. 
A najlepiej upewnij się, czy nie masz takiego obowiązku. W Polsce w przypadku niegroźnej stłuczki, podczas której nikt nie ucierpiał, wystarczy razem z kierowcą drugiego samochodu spisać tzw. Oświadczenie sprawcy kolizji. Jednak, jak widać na powyższym przykładzie, nie wszędzie tak jest. W Gruzji to policja musi spisać protokół. Na wszelki wypadek dopytaj o to agenta z wypożyczalni.

3. Nie bój się zwrócić o pomoc. 
Wierzcie mi, w drodze do ambasady miałam niesamowite schizy, że albo mnie tam nie wpuszczą, albo wyśmieją. Że nie pomogą i odprawią z kwitkiem. Jednak z drugiej strony, przecież ambasady po to właśnie są, żeby pomagać w takich sytuacjach! Zarówno konsul, jak i strażnicy, wszyscy byli tak serdeczni i życzliwi, że – choć nie uzyskałam od nich fizycznej pomocy – wyszłam z budynku dwa razy spokojniejsza. 
Myślę, że jeśli taka sytuacja ma miejsce w rodzimym kraju, zawsze jest o wiele łatwiej. Choćby fakt, że jesteś w stanie dogadać się z policją we własnym języku. Odpada problem bariery językowej, z której mogą wynikać nieporozumienia. Zwykle masz znajomych, którzy mają znajomych, którzy są w stanie na szybko ci pomóc. Kiedy jesteś za granicą, sprawa się komplikuje. Często niewiele osób mówi po angielsku (jak na przykład w Gruzji – można liczyć na młodych, jednak na osoby 35+ już średnio), a fakt bycia daleko od domu tylko potęguje stres. Jeśli nie możesz dogadać się z policją (która teoretycznie też jest po to, żeby ci pomóc), uderzaj do ambasady. Będziesz mieć komfort wytłumaczenia problemu w swoim języku, a nawet jeśli ambasador czy konsul nie mówią w języku lokalnym, na miejscu zawsze jest ktoś, kto go zna i w razie potrzeby pomoże ci dogadać się z tymi, z którymi masz problem.
Na stronie ambasady zawsze jest numer telefonu, bardzo często również tzw. numer emergency – właśnie w takich przypadkach jak wypadek samochodowy* czy nagła choroba.

*Mówiąc wypadek mam raczej na myśli faktyczny wypadek, w którym ktoś ucierpiał – krótko mówiąc, coś poważnego. W takiej sytuacji, jak nasza, nie chcieliśmy nadużywać uprzejmości i zawracać głowy w środku nocy dzwoniąc na numer emergency.

4. Nie daj się zrobić w jajo!
Może i mogliśmy machnąć ręką i dla świętego spokoju zapłacić tych 100 lari. Pewnie zrobilibyśmy tak, gdyby mniej jednoznaczne było to, czyja tak naprawdę jest wina, albo gdyby ubezpieczalnia faktycznie robiła problemy. Jednak w sytuacji, kiedy zarówno policja, jak i polski konsul i słowacki ambasador twierdzili, że prawo jest po naszej stronie, dawanie jakichkolwiek pieniędzy wypożyczalni, która próbowała je nielegalnie wyłudzić, byłoby zwykłą głupotą.
Właśnie dlatego dobrze jest przeczytać uważnie kontrakt. Gdyby w naszym było jasno napisane, że nie możemy ruszyć się z miejsca wypadku, bo wtedy ubezpieczenie nie zostanie pokryte, bylibyśmy w dużo gorszej sytuacji. Nie mielibyśmy się czym podeprzeć. A w takim wypadku? Gruzińskie prawo jest jakie jest, ale my zawarliśmy umowę z wypożyczalnią, nie ubezpieczalnią. A wypożyczalnia jasno określiła warunki – to tych pięć punktów, które wypisałam wyżej. Nie ma tam słowa o ruszaniu się z miejsca wypadku. To, że taki warunek podpisali z ubezpieczalnią, nie było już zupełnie naszą sprawą.
Pamiętaj też, że każdy przypadek, który przechodzi przez firmę ubezpieczeniową, musi zostać rozpatrzony. Nie dostaniesz odpowiedzi od razu: nie, nie pokryjemy, a naprawa będzie kosztować tyle i tyle. Takie rzeczy trwają. Wypożyczalnia nie może ci tak po prostu powiedzieć, że chce taką, a nie inną kwotę za naprawę szkody. Masz prawo domagać się oficjalnego oświadczenia od ubezpieczalni, które nigdy nie jest wystawiane od ręki.

5. Ubezpieczenie podróżne
Nie chcę się za bardzo rozpisywać w tym temacie – wiem tyle, że istnieje i że w takich sytuacjach jak nasza może być przydatne. Jeśli nie do końca ufasz ubezpieczeniu, które oferuje wypożyczalnia samochodów, może warto rozeznać się w ofertach i zainwestować w swoje własne ubezpieczenie podróżne.

6. Nie panikuj!
Pani się nie martwi, z gorszymi problemami już tu do nas ludzie przychodzili i zawsze się jakoś ułożyło  - tymi słowami krzepili mnie strażnicy w ambasadzie. Teraz, tydzień później, faktycznie łatwo mi w nie uwierzyć. Tak samo, jak łatwo mi teraz mówić, że nie było się czym stresować.
A to guzik prawda, bo właśnie, że było. To dokładnie takie samo gadanie, jak przed maturą: Nie stresuj się, nie ma czym, zobaczysz co to sesja. W nosie miałam wtedy myślenie o sesji. Po fakcie zawsze wszystko brzmi łatwo i przyjemnie.
Jakkolwiek, stres stresem, ale nie panikuj! Nie ma sytuacji bez wyjścia.

Stłuczka stłuczką, ale chyba w ładniejszym miejscu jej mieć nie mogliśmy!

piątek, 19 października 2018

[114] Starość jak początek umierania


Dziś moje 24. urodziny.

A ja znów jestem bezdomna.*

Jeśli ktokolwiek powtarza wam, że z wiekiem człowiek robi się bardziej ogarnięty, nie wierzcie w ani pół słowa!
_________________________________________________________________________________

Zwykle jestem na to zbyt leniwa, ale jak już zdarzy mi się nie być, to lubię od czasu do czasu, z okazji jakiejś... okazji, zrobić sobie podsumowanie życia. To właśnie taki dzień.

Równy rok temu miałam najgorsze urodziny w życiu. Byłam w Irlandii, była paskudna pogoda, w pracy wynikła spora spina, szkoda gadać. Wszystko szło w tamten dzień zupełnie nie tak, jakbym chciała, chociaż zrobiłam sobie też wtedy prezent w postaci super śpiwora z komfortem do -5 stopni, który był przeceniony z 70€ na 40€. To była ta fajna część dnia.

Końcówka zeszłego roku i początek tego (konkretnie do 17 lutego, czyli do dnia, w którym opuściłam wreszcie Irlandię) był w ogóle trochę mdły i pełen nerwów. Poleciałam do Lizbony spotkać się ze znajomymi i po raz kolejny na Islandię, na święta i Sylwestra odwiedzili nas znajomi – tych rzeczy nie żałuję, było super! Jednak odliczałam dni do powrotu do Polski i absolutnie nie mogłam się doczekać.

zorza polarna, Islandia

Półtora miesiąca w kraju to szukanie pracy; gdzieś, bez konkretnego planu. Trafił się Budapeszt, przyjęłam to z pokorą. No i jestem. Rok później, tutaj, na Węgrzech.

Jak to możliwe, że czas ostatni rok tam szybko minął?! Nie umiem tego ogarnąć moim (najwidoczniej zbyt małym) umysłem. Na pierwszy rzut oka powiedziałabym, że niewiele się wydarzyło, ale już na drugi rzut muszę przyznać, że wydarzyło się więcej, niż bym się mogła spodziewać.

Przede wszystkim stałam się bardziej nerwowa.

To akurat wcale nie za dobry znak. Irlandia wyprała mnie z resztek wiary w ludzi i ich uczciwe zamiary; chyba nigdy w życiu nie byłam tak zestresowana i tak mocno i często się nie denerwowałam, jak tam. Fakt faktem, emocjonalnie do wydarzeń podchodzę od zawsze, ale podchodzić nerwowo nauczyłam się dopiero na wyspie. I niestety mi to zostało. Czy to pierwsza oznaka starości?

Po prawie pięciu latach rozplątałam dredy, co było sporym wyzwaniem, ale i wyzwoleniem od ciężaru!

W Polsce nadrobiłam wszystkie rodzinno-przyjacielskie zaległości i... Zaczęło mi się nudzić. Półtora miesiąca w kraju to dłużej, niż początkowo planowałyśmy zostać; pod koniec zaczęło już być trochę – co za zaskoczenie! – nerwowo, ale w końcu trafiła się satysfakcjonująca oferta. Szybka przeprowadzka, ogarnięcie super mieszkania w dobrym miejscu, wszystko zdawało się być w miarę ustabilizowane. Po trzech miesiącach w pierwszym korpo, zupełnie z zaskoczenia wzięło nas inne: dosłownie na przestrzeni trzech dni obie dostałyśmy na LinkedIn ofertę pracy. Całkiem zresztą niegłupią, bo również z językiem polskim, w biurze dwa razy bliżej mieszkania i z o wiele lepszymi zarobkami. Został nam ostatni tydzień okresu próbnego w pierwszej firmie, więc miałyśmy jeszcze szansę zrezygnować z pracy z dnia na dzień, co też zrobiłyśmy. Witaj nowy rozdziale!
W nowej pracy mniej się denerwuję. Poprzednia to było wsparcie dla banku, a jeśli chodzi o problemy z pieniędzmi, ludzie zawsze są bardzo nerwowi, co się bardzo szybko udziela. Teraz jest lepiej; decyzji nie żałuję ani trochę.

panorama Mediolanu

Bardzo się cieszę, że od kiedy tu przyjechałam, praktycznie w każdym miesiącu udało mi się gdzieś pojechać. Zaraz po przeprowadzce do Budapesztu, czyli w połowie kwietnia, odnowiłam swoją kartę Wizz Aira, żeby znów mieć zniżki na loty – to w końcu węgierski przewoźnik, więc lotów stąd jest mnóstwo! Tym sposobem jeszcze w kwietniu wypatrzyłyśmy taniutkie loty weekendowe do Mediolanu na maj. W czerwcu, kombinując trochę bardziej, ale z pozytywnym skutkiem, zrobiłyśmy sobie długi weekend w Lizbonie. W lipcu weekendowa Praga, w sierpniu Polska (ale tylko żeby zdać egzamin, to liczy się chyba przez pół) i weekend objazdówki po Słowenii. We wrześniu nie byłam nigdzie, ale rekompensują to dwa wyjazdy w październiku: na początku tydzień w Polsce, a za tydzień czeka mnie długi weekend w słowackich Tatrach. 
No i wreszcie to, na co czekam w tym roku najbardziej – za mniej niż miesiąc (mniej niż miesiąc!!! A ja wciąż nie ogarnęłam w tym temacie NIC!!! Upsss...) lecę do Gruzji!!! Tej samej Gruzji, którą planuję i o której marzę od lat, ale zawsze wypadało coś innego, czasu było za mało albo bilety były za drogie. Aż w końcu, przeglądając stronę Wizz Aira i szukając po prostu jakiejś fajnej ceny na lot gdzieś, gdzie jeszcze nie byłam, oferta pojawiła się niespodziewanie. Budapeszt-Kutaisi-Budapeszt za, w przeliczeniu, szalone 250 zł w dwie strony. Zbyt długo się nie zastanawiałam. Co prawda to tylko cztery dni, ale liczę, że wypożyczając samochód uda nam się zobaczyć maksymalnie dużo. Taki prezent ode mnie dla mnie w tym roku!

Egzamin zszedł z głowy i zaczęłam znów więcej czytać, z czego się bardzo cieszę.

Dodatkowo niezmiernie mnie raduje, że tegoroczna jesień jest tak piękna, gorąca (nawet nie, że ciepła! Pogoda w Polsce też trafiła mi się piękna, ale to było dwa tygodnie temu – nie wiem jak teraz. W Budapeszcie praktycznie codziennie temperatura z zakresu 22 – 25 stopni) i złota. Jakkolwiek, nie mogę się już też doczekać tej ponurej, zimnej i deszczowej, bo ona jest tak idealnym tłem do zaszycia się w domu z herbatą, kocem i książką, że aż brak mi słów. Od zawsze moja ulubiona pora roku!

Równie niespodziewanie, co większość rzeczy, które się w minionym roku wydarzyły, wzięłam i się zakochałam. Nawet nie wiedziałam, że aż tak bardzo się da! Chyba muszę sobie spisywać wszystkie podróżnicze pomysły, bo powoli nie wyrabiam z tempem, z jakim słowa Ej, chodź, pojedźmy tam wychodzą z ust M.
jezioro Bohinj, Słowenia

* Wracając do tematu bezdomności, bo kilka słów wyjaśnienia się należy. Po tygodniu nieobecności w Budapeszcie, wróciłam z Polski nocnym autobusem. Przed szóstą rano wysiadłam na jednym z dworców z tak gigantycznym plecakiem (pełnym zimowych rzeczy moich i Zuzy), że bez pomocy osoby trzeciej nie byłam w stanie go podnieść i zarzucić na plecy. Był to pamiętny w moim życiorysie poranek, ponieważ, prawdopodobnie pierwszy raz w tym moim dwudziestoczteroletnim życiu, szarpnęłam się na taksówkę. Po dziewięciu godzinach w autobusie, doświadczając przerywanego snu o wątpliwej jakości, wtoczyłam się na pierwsze piętro, rzuciłam rzeczy w kąt i jak stałam, tak wlazłam pod kołdrę i poszłam spać – tylko na trzy godzinki, bo szłam potem do pracy. Obudziłam się rano ze swędzącą ręką i zdziwiłam się, że te głupie muszki, które żarły nas całe lato, nadal gryzą. Wstałam, od niechcenia rzuciłam okiem na ścianę, a tam dorodna, prawie czarna z opicia pluskwa. Poszłam do łazienki – cztery bąble na twarzy, w tym jeden na wardze (!!!). Zrobiło mi się niedobrze i połączyłam fakty: faktycznie, te głupie muszki i komary żarły nas całe lato, ale najwidoczniej świetnie przysłoniły nam obecność niechcianych współlokatorów. Przecież co najmniej od wakacji chodzę wielkimi grupami bąbli na ramionach; nogi mam wiecznie zgryzione, a po wszystkim aż zostają siniaki. Przecież M. tyle razy pytał, czy mam na coś uczulenie, że aż tak puchnę od tych ugryzień, a za każdym razem, gdy został na noc, dziwił się, że komary gryzą go tylko u mnie; u niego w mieszkaniu nigdy. Cholera jasna, mamy inwazję! I to chyba robi się poważnie, skoro nagle pluskwy zaczęły być zauważalne i nie czają się z wychodzeniem.

Tego wieczoru byłam jeszcze dzielna i poszłam spać do własnego łóżka. Jednak gdy rano pierwszą rzeczą, którą zobaczyłam, były dwa paskudne robale na prześcieradle (żywe, jakby ktoś nie lubił niedopowiedzeń), a szyję miałam dwa razy grubszą od ugryzień, pokój zamknęłam i tak sobie stoi do dziś. Od tygodnia w moim pokoju jestem raz dziennie, by wyciągnąć czystą parę gaci z szuflady. Śpię na podłodze w salonie, owinięta szczelnie śpiworem, lub poza domem. W ostatnią sobotę/niedzielę położyłam się po północy, zasnęłam nie wiem kiedy, ale nie za wcześnie, a gdy w niedzielny poranek przyszłam do pracy na 7 rano, po prostu położyłam się na pufie na podłodze i obudziłam się o 11.30. (ewidentne zadatki na pracownika roku; w weekendy większość czasu spędzonego w pracy przesypiam pod biurkiem, świetnie, Magda, to jest właśnie dorosłość i odpowiedzialność!)

Właściciel niemal od razu usłyszał, że się wyprowadzamy. Nowe mieszkanie wstępnie umówione; czekamy na kontrakt i uciekamy stąd.


Bardzo bawi mnie moje życie. Jest tak pełne absurdów, że czasem aż mi słabo. Słabnę tak sobie przez chwilę, a potem przypomina mi się, że to wszystko jest jednak bardziej śmieszne, niż jakiekolwiek inne. I dalej cisnę bekę, bo w sumie co innego mam robić?


Od dłuższego czasu jęczałam, że muszę w końcu kupić sobie podróżną
poduszkę na szyję - wiek zobowiązuje i po każdym locie czy dłuższej
podróży autobusem mój kark był martwy przez kolejne trzy dni.
Dostałam więc wczoraj - bardzo spersonalizowaną!