piątek, 19 października 2018

[114] Starość jak początek umierania


Dziś moje 24. urodziny.

A ja znów jestem bezdomna.*

Jeśli ktokolwiek powtarza wam, że z wiekiem człowiek robi się bardziej ogarnięty, nie wierzcie w ani pół słowa!
_________________________________________________________________________________

Zwykle jestem na to zbyt leniwa, ale jak już zdarzy mi się nie być, to lubię od czasu do czasu, z okazji jakiejś... okazji, zrobić sobie podsumowanie życia. To właśnie taki dzień.

Równy rok temu miałam najgorsze urodziny w życiu. Byłam w Irlandii, była paskudna pogoda, w pracy wynikła spora spina, szkoda gadać. Wszystko szło w tamten dzień zupełnie nie tak, jakbym chciała, chociaż zrobiłam sobie też wtedy prezent w postaci super śpiwora z komfortem do -5 stopni, który był przeceniony z 70€ na 40€. To była ta fajna część dnia.

Końcówka zeszłego roku i początek tego (konkretnie do 17 lutego, czyli do dnia, w którym opuściłam wreszcie Irlandię) był w ogóle trochę mdły i pełen nerwów. Poleciałam do Lizbony spotkać się ze znajomymi i po raz kolejny na Islandię, na święta i Sylwestra odwiedzili nas znajomi – tych rzeczy nie żałuję, było super! Jednak odliczałam dni do powrotu do Polski i absolutnie nie mogłam się doczekać.

zorza polarna, Islandia

Półtora miesiąca w kraju to szukanie pracy; gdzieś, bez konkretnego planu. Trafił się Budapeszt, przyjęłam to z pokorą. No i jestem. Rok później, tutaj, na Węgrzech.

Jak to możliwe, że czas ostatni rok tam szybko minął?! Nie umiem tego ogarnąć moim (najwidoczniej zbyt małym) umysłem. Na pierwszy rzut oka powiedziałabym, że niewiele się wydarzyło, ale już na drugi rzut muszę przyznać, że wydarzyło się więcej, niż bym się mogła spodziewać.

Przede wszystkim stałam się bardziej nerwowa.

To akurat wcale nie za dobry znak. Irlandia wyprała mnie z resztek wiary w ludzi i ich uczciwe zamiary; chyba nigdy w życiu nie byłam tak zestresowana i tak mocno i często się nie denerwowałam, jak tam. Fakt faktem, emocjonalnie do wydarzeń podchodzę od zawsze, ale podchodzić nerwowo nauczyłam się dopiero na wyspie. I niestety mi to zostało. Czy to pierwsza oznaka starości?

Po prawie pięciu latach rozplątałam dredy, co było sporym wyzwaniem, ale i wyzwoleniem od ciężaru!

W Polsce nadrobiłam wszystkie rodzinno-przyjacielskie zaległości i... Zaczęło mi się nudzić. Półtora miesiąca w kraju to dłużej, niż początkowo planowałyśmy zostać; pod koniec zaczęło już być trochę – co za zaskoczenie! – nerwowo, ale w końcu trafiła się satysfakcjonująca oferta. Szybka przeprowadzka, ogarnięcie super mieszkania w dobrym miejscu, wszystko zdawało się być w miarę ustabilizowane. Po trzech miesiącach w pierwszym korpo, zupełnie z zaskoczenia wzięło nas inne: dosłownie na przestrzeni trzech dni obie dostałyśmy na LinkedIn ofertę pracy. Całkiem zresztą niegłupią, bo również z językiem polskim, w biurze dwa razy bliżej mieszkania i z o wiele lepszymi zarobkami. Został nam ostatni tydzień okresu próbnego w pierwszej firmie, więc miałyśmy jeszcze szansę zrezygnować z pracy z dnia na dzień, co też zrobiłyśmy. Witaj nowy rozdziale!
W nowej pracy mniej się denerwuję. Poprzednia to było wsparcie dla banku, a jeśli chodzi o problemy z pieniędzmi, ludzie zawsze są bardzo nerwowi, co się bardzo szybko udziela. Teraz jest lepiej; decyzji nie żałuję ani trochę.

panorama Mediolanu

Bardzo się cieszę, że od kiedy tu przyjechałam, praktycznie w każdym miesiącu udało mi się gdzieś pojechać. Zaraz po przeprowadzce do Budapesztu, czyli w połowie kwietnia, odnowiłam swoją kartę Wizz Aira, żeby znów mieć zniżki na loty – to w końcu węgierski przewoźnik, więc lotów stąd jest mnóstwo! Tym sposobem jeszcze w kwietniu wypatrzyłyśmy taniutkie loty weekendowe do Mediolanu na maj. W czerwcu, kombinując trochę bardziej, ale z pozytywnym skutkiem, zrobiłyśmy sobie długi weekend w Lizbonie. W lipcu weekendowa Praga, w sierpniu Polska (ale tylko żeby zdać egzamin, to liczy się chyba przez pół) i weekend objazdówki po Słowenii. We wrześniu nie byłam nigdzie, ale rekompensują to dwa wyjazdy w październiku: na początku tydzień w Polsce, a za tydzień czeka mnie długi weekend w słowackich Tatrach. 
No i wreszcie to, na co czekam w tym roku najbardziej – za mniej niż miesiąc (mniej niż miesiąc!!! A ja wciąż nie ogarnęłam w tym temacie NIC!!! Upsss...) lecę do Gruzji!!! Tej samej Gruzji, którą planuję i o której marzę od lat, ale zawsze wypadało coś innego, czasu było za mało albo bilety były za drogie. Aż w końcu, przeglądając stronę Wizz Aira i szukając po prostu jakiejś fajnej ceny na lot gdzieś, gdzie jeszcze nie byłam, oferta pojawiła się niespodziewanie. Budapeszt-Kutaisi-Budapeszt za, w przeliczeniu, szalone 250 zł w dwie strony. Zbyt długo się nie zastanawiałam. Co prawda to tylko cztery dni, ale liczę, że wypożyczając samochód uda nam się zobaczyć maksymalnie dużo. Taki prezent ode mnie dla mnie w tym roku!

Egzamin zszedł z głowy i zaczęłam znów więcej czytać, z czego się bardzo cieszę.

Dodatkowo niezmiernie mnie raduje, że tegoroczna jesień jest tak piękna, gorąca (nawet nie, że ciepła! Pogoda w Polsce też trafiła mi się piękna, ale to było dwa tygodnie temu – nie wiem jak teraz. W Budapeszcie praktycznie codziennie temperatura z zakresu 22 – 25 stopni) i złota. Jakkolwiek, nie mogę się już też doczekać tej ponurej, zimnej i deszczowej, bo ona jest tak idealnym tłem do zaszycia się w domu z herbatą, kocem i książką, że aż brak mi słów. Od zawsze moja ulubiona pora roku!

Równie niespodziewanie, co większość rzeczy, które się w minionym roku wydarzyły, wzięłam i się zakochałam. Nawet nie wiedziałam, że aż tak bardzo się da! Chyba muszę sobie spisywać wszystkie podróżnicze pomysły, bo powoli nie wyrabiam z tempem, z jakim słowa Ej, chodź, pojedźmy tam wychodzą z ust M.
jezioro Bohinj, Słowenia

* Wracając do tematu bezdomności, bo kilka słów wyjaśnienia się należy. Po tygodniu nieobecności w Budapeszcie, wróciłam z Polski nocnym autobusem. Przed szóstą rano wysiadłam na jednym z dworców z tak gigantycznym plecakiem (pełnym zimowych rzeczy moich i Zuzy), że bez pomocy osoby trzeciej nie byłam w stanie go podnieść i zarzucić na plecy. Był to pamiętny w moim życiorysie poranek, ponieważ, prawdopodobnie pierwszy raz w tym moim dwudziestoczteroletnim życiu, szarpnęłam się na taksówkę. Po dziewięciu godzinach w autobusie, doświadczając przerywanego snu o wątpliwej jakości, wtoczyłam się na pierwsze piętro, rzuciłam rzeczy w kąt i jak stałam, tak wlazłam pod kołdrę i poszłam spać – tylko na trzy godzinki, bo szłam potem do pracy. Obudziłam się rano ze swędzącą ręką i zdziwiłam się, że te głupie muszki, które żarły nas całe lato, nadal gryzą. Wstałam, od niechcenia rzuciłam okiem na ścianę, a tam dorodna, prawie czarna z opicia pluskwa. Poszłam do łazienki – cztery bąble na twarzy, w tym jeden na wardze (!!!). Zrobiło mi się niedobrze i połączyłam fakty: faktycznie, te głupie muszki i komary żarły nas całe lato, ale najwidoczniej świetnie przysłoniły nam obecność niechcianych współlokatorów. Przecież co najmniej od wakacji chodzę wielkimi grupami bąbli na ramionach; nogi mam wiecznie zgryzione, a po wszystkim aż zostają siniaki. Przecież M. tyle razy pytał, czy mam na coś uczulenie, że aż tak puchnę od tych ugryzień, a za każdym razem, gdy został na noc, dziwił się, że komary gryzą go tylko u mnie; u niego w mieszkaniu nigdy. Cholera jasna, mamy inwazję! I to chyba robi się poważnie, skoro nagle pluskwy zaczęły być zauważalne i nie czają się z wychodzeniem.

Tego wieczoru byłam jeszcze dzielna i poszłam spać do własnego łóżka. Jednak gdy rano pierwszą rzeczą, którą zobaczyłam, były dwa paskudne robale na prześcieradle (żywe, jakby ktoś nie lubił niedopowiedzeń), a szyję miałam dwa razy grubszą od ugryzień, pokój zamknęłam i tak sobie stoi do dziś. Od tygodnia w moim pokoju jestem raz dziennie, by wyciągnąć czystą parę gaci z szuflady. Śpię na podłodze w salonie, owinięta szczelnie śpiworem, lub poza domem. W ostatnią sobotę/niedzielę położyłam się po północy, zasnęłam nie wiem kiedy, ale nie za wcześnie, a gdy w niedzielny poranek przyszłam do pracy na 7 rano, po prostu położyłam się na pufie na podłodze i obudziłam się o 11.30. (ewidentne zadatki na pracownika roku; w weekendy większość czasu spędzonego w pracy przesypiam pod biurkiem, świetnie, Magda, to jest właśnie dorosłość i odpowiedzialność!)

Właściciel niemal od razu usłyszał, że się wyprowadzamy. Nowe mieszkanie wstępnie umówione; czekamy na kontrakt i uciekamy stąd.


Bardzo bawi mnie moje życie. Jest tak pełne absurdów, że czasem aż mi słabo. Słabnę tak sobie przez chwilę, a potem przypomina mi się, że to wszystko jest jednak bardziej śmieszne, niż jakiekolwiek inne. I dalej cisnę bekę, bo w sumie co innego mam robić?


Od dłuższego czasu jęczałam, że muszę w końcu kupić sobie podróżną
poduszkę na szyję - wiek zobowiązuje i po każdym locie czy dłuższej
podróży autobusem mój kark był martwy przez kolejne trzy dni.
Dostałam więc wczoraj - bardzo spersonalizowaną!

sobota, 13 października 2018

[113] Rzeczy, które denerwują mnie na Węgrzech

Przyjechał do mnie ostatnio z Polski przyjaciel – ot tak, na weekend, połazić, pogadać. Ostatnio widzieliśmy się jeszcze przed moją przeprowadzką, i to zanim w ogóle wiedziałam, że skończę w Budapeszcie. Po pierwszych wstępnych Co nowego?, w końcu padło z jego strony pytanie:

- Magda, a tak ogólnie to jak ci się tu mieszka?

- Dobrze! – odpowiedziałam z automatu, bo rzadko odpowiadam na takie pytania inaczej; to domyślne ustawienie w mojej głowie. – Ale...

- Ale co? Jednak nie dobrze?

Dobrze. Miasto jest piękne, transport bardzo dobry (dojazd z jednego końca miasta na drugi zajmuje w porywach godzinę, a Budapeszt jest naprawdę OGROMNY), koszty życia w porządku. O każdej porze dnia i nocy jest tu co robić – zawsze się coś dzieje.

Wiecie jednak zapewne, jak działa ten mechanizm. Coś, czego do końca nie znamy, zawsze zdaje się być o wiele bardziej interesujące i pociągające. Miasto oczami turysty a miasto oczami mieszkańca to zupełnie coś innego. Ba! – nawet to samo miasto oczami kogoś, kto mieszkał tam od urodzenia, a kogoś, kto ma porównanie do mieszkania gdzieś indziej, to dwie zupełnie różne bajki.

Mam prosty przykład. Nie lubię swojego rodzinnego miasta. Spędziłam tam osiemnaście pierwszych lat życia. Uwielbiam fakt, że w Bieszczady mam przysłowiowy rzut beretem i lubię pizzę z knajpy, do której mam pięć minut piechotą z domu, ale to właściwie byłoby na tyle. Zaskakująco, w 95% przypadków, gdy poznaję kogoś z innej części Polski/świata i mówię, skąd jestem, słyszę: Ojaaaaa, to takie piękne miasto, zazdroszczę!!! Pozostałe 5% osób nie zachwyca się dlatego, że nigdy tym miejscu nie słyszało.
Potrafię sobie wyobrazić, że przyjezdnym się podoba. Dookoła kręte drogi i lasy, święty spokój, malownicza panorama, cała otoczka związana z Beksińskim. Ale przyjezdny nie wie, że ten święty spokój, który tak docenia, a który zapada w mieście codziennie po godzinie szóstej po południu, dla (szczególnie młodego) człowieka potrafi być zabijający. Nie ma gdzie wyjść ze znajomymi, nie ma możliwości rozwijania hobby bardziej wymyślnego niż to związane z grą na instrumencie czy rysunkiem.

Myślę, że to działa podobnie z każdym miejscem na świecie. Mimo mojej głośno deklarowanej miłości do Lizbony, sama przecież podzieliłam się listą rzeczy, które mnie tam (iogólnie w Portugalii) denerwowały.
Podobnie jest z Budapesztem. W ostatnich tygodniach niektóre wymienione niżej aspekty dały mi bardzo mocno w kość, a frustracja i gniew, przeplatane sporadycznymi myślami o treści NIENAWIDZĘ TEGO KRAJU, potrzebują w końcu znaleźć ujście. Właśnie tutaj – jak przeważnie.

Co więc tak bardzo denerwuje mnie na Węgrzech?



Biurokracja

Jeśli myślisz, że w miejscu, w którym mieszkasz, biurokracja przekracza dozwolone granice, mogę ci obiecać – nie jest tak źle, jak ci się wydaje. Węgierska biurokracja jest najgorsza na świecie. I pisząc to wcale a wcale nie żartuję. Od kiedy tu przyjechałam, nie było miesiąca, w którym przynajmniej dwa razy nie byłabym w jakimś urzędzie. Wiecie ile to godzin spędzonych w kolejkach? Wiecie ile to nerwów, czy aby na pewno przysłowiowa Grażyna z okienka będzie miała wystarczająco dobry humor, żeby przyjąć moje dokumenty, albo w ogóle mnie zrozumieć?
Węgierskie urzędy to jest jeden wielki i zupełnie nieśmieszny żart. Burdel na kółkach. Na okoliczność zobrazowania sytuacji pozwolę sobie przytoczyć kilka przykładów.

Urząd dla imigrantów. Jak sama nazwa wskazuje, przychodzą tam imigranci = obcokrajowcy = osoby, które w 99% nie mówią ani słowa po węgiersku. Pominę już fakt, że aby się tam dostać, najlepiej przyjść godzinę przed otwarciem, formując razem z innymi długą na szerokość ulicy kolejkę. Po angielsku mówią osoby w okienku numer jeden, czyli informacji. To one decydują, czy tego dnia dostaniesz numerek, a co za tym idzie – czy będziesz mieć (nie)wątpliwą przyjemność spędzenia kolejnych godzin z kolejce do okienka numer dwa, czyli Tego Właściwego, w Którym Po Angielsku Nie Mówi Nikt.

Za pierwszym podejściem w urzędzie dla imigrantów spędziłam dwie godziny i nie załatwiłam NIC. Wypytałam wcześniej wszystkich możliwych znajomych jakie dokumenty trzeba przynieść. Wszyscy jak jeden mąż odpowiedzieli: umowa na mieszkanie, umowa o pracę, karta ubezpieczenia zdrowotnego. Przyniosłam. Pan w pierwszym okienku był bardzo miły, ale szybko przestałam go lubić, gdy powiedział: Potrzebujesz czterech dokumentów: umowy o mieszkanie, umowy o pracę, karty ubezpieczenia zdrowotnego i wyciągu z banku. Czekaj, co? Wyciągu z banku? Po kiego grzyba komuś wiedzieć na co i ile wydawałam w ostatnim miesiącu?! Skoro mam umowę o pracę, to chyba logiczne, że mam dochody? Czy może jednak nie…?

No dobra. Wróciłam za trzy dni z wszystkim, co wymagane. Pani w okienku numer dwa nawet nie popatrzyła na dokumenty, a wyciąg z banku, jak się okazało, wcale nie był potrzebny.
Czy ktoś mógłby mi teraz wytłumaczyć, dlaczego nie można na drzwiach powiesić informacji: Ej, imigrancie, potrzebujesz tego, tego i tego, i tym samym oszczędzić dziennie dziesiątkom (!) ludzi czasu straconego w kolejce po nic?

Wracając do tematu ubezpieczenia zdrowotnego. Kartę wyrobiła mi poprzednia firma, później zmieniłam pracę, wszystko było okej. W nowej firmie mam nawet prywatne ubezpieczenie! Na początku lipca kazali mi iść na tak zwany medical check-up; jakieś podstawowe badania, żeby dostać karteczkę, że jestem zdolna do pracy. Poszłam, wszystko było spoko.

W zeszłym tygodniu w pracy wyszedł temat lekarza i tym sposobem dowiedziałam się, że mimo prywatnej opieki zdrowotnej, i tak muszę iść do HR po jakąś formę i znaleźć sobie lekarza pierwszego kontaktu, żeby się do niego zapisać. Wkurzyłam się trochę, że nikt o tym nigdy nie poinformował (gdyby złapało mnie w międzyczasie choćby zatrucie pokarmowe, poszłabym jak człowiek do lekarza, a tu klops – nie mam lekarza = nie mam zwolnienia = siedzę w robocie z pampersem na tyłku, no cóż). Ogarnęłam lekarza poza tą całą kliniką; a w tyłek się ugryźcie, pomyślałam. Pan doktor nie dość, że z perfekcyjnym angielskim, to jeszcze sam wysłał mi wszystkie potrzebne dokumenty. Poszłam na pierwszą wizytę. Wprowadził numer mojej karty ubezpieczenia w komputer, popatrzył na mnie znad okularów i powiedział:

­- Pracowałaś przed tą firmą gdzieś indziej, prawda?

- No tak.

- Tak myślałem. Magda, idź jutro do swoich HR i powiedz im, że spieprzyli ci ubezpieczenie i mają to naprawić. Zero tu twojej winy – są po prostu leniwi i gdy odeszłaś z tamtej firmy, ubezpieczenie było nieaktywne przez kilka dni, zanim dostałaś kontrakt z drugiej. I oni powinni to na nowo aktywować, ale najwidoczniej są idiotami i tego nie zrobili.

W skali 1-10 moje poirytowanie sięgało już 12, ale wzięłam głęboki oddech i następnego dnia w pracy napisałam do HR.

Pierwsza odpowiedź brzmiała: No ale co, to nie byłaś w urzędzie ubezpieczenia zdrowotnego jak cię zatrudniliśmy???

Czujecie? Już pominę fakt, że w życiu nikt o tym nie wspomniał, bo to jest ich pieprzony obowiązek! Żeby było ciekawiej, to nie tak, że ten problem dotyczył wszystkich – większość osób z biura nigdy nie miała takiego problemu, a fakt, że niektórzy mieli, wynikał tylko i wyłącznie z faktu zaniedbania tego przez urząd/firmę/jedno i drugie.

Walczyłam mailowo cały dzień. W końcu wywalczyłam swoje, jednak najwidoczniej przyznanie się do błędu przychodzi niektórym instytucjom niesamowicie ciężko, bo ostatnia wiadomość, którą otrzymałam, brzmiała: Dobra, Magda, to już naprawione, ale to i tak była twoja wina, bo na pewno mówiliśmy o tym, że trzeba iść do urzędu.

Ręce opadają.

źródło: Pinterest

Poczta

Poczta jak poczta – godziny w kolejkach i dziwne informacje na awizo to norma.
Ze swojego otoczenia mam historie, kiedy na awizo, które przyszło około 20 września, była data 24.09. Pani na poczcie wytłumaczyła, że to znaczy, że przesyłka dopiero wtedy fizycznie dotrze do placówki. Kiedy piszę ten fragment tekstu, jest 3 października, a paczka magicznym sposobem wciąż się na poczcie nie zmaterializowała.

Kiedyś na przykład czekałyśmy z Zuzą na ważny dokument na nie pamiętam już nawet jaki temat. Poszłyśmy z awizo na pocztę. Jak wiadomo, na awizo jest imię, nazwisko i adres – a podkreślam ten fakt, żeby wykluczyć tu nieporozumienie związane z barierą językową. Podajemy więc świstki, podajemy dowody, pani szuka kopert, kopert nie ma. Wszystkie panie odchodzą od swoich okienek i szukają naszych przesyłek, w międzyczasie prawie wydano nam czyjeś inne listy (???), wszystko zajęło jakieś 15 minut, aż w końcu cud się wydarzył i się znalazło co trzeba. I to nawet na nasze nazwiska.

źródło: Pinterest

 Bank

O moich pielgrzymkach do banku wspominałam już nie raz na fanpejdżu. Sodoma i Gomora, ciągle wysyłają mi jakieś listy po węgiersku, z którymi biegam do mojego oddziału jak idiota po to, żeby zwykle dowiedzieć się, że to w sumie nic istotnego. Spędziłam tam już naprawdę długie godziny i mam szczerą nadzieję, że kolejne nie czekają na mnie za rogiem, czego się obawiam, bo dostałam ostatnio nową kartę…

A tak poza tym, pozwolę sobie być dosadna: węgierskie banki to bagno. Nie ma tu w sumie bezbolesnej opcji do wyboru, bo każdy bank działa na takiej samej zasadzie – płacisz za wszystko. A przez wszystko mam na myśli WSZYSTKO: za fakt, że masz konto i kartę, której używasz. Za wypłacanie gotówki z bankomatu. Za wypłacanie gotówki fizycznie w okienku, w oddziale banku. Za robienie przelewu. Za OTRZYMYWANIE przelewu. I nie mówię tu o międzynarodowych przelewach, tylko za transferach w obrębie jednego (!) banku. Całe szczęście, że (przynajmniej w moim) nie płaci się za płacenie kartą, bo inaczej bym chyba szybko zbankrutowała.
W kontekście przelewów: jest to powód, dla którego osoby wynajmujące mieszkania bardzo rzadko nie decydują się na regulowanie czynszu przelewami. Najczęściej raz w miesiącu zjawiają się w mieszkaniu osobiście, by zebrać haracz. Wiadomo, lepiej na tym wychodzą: w przypadku przelewu tracisz i ty, i właściciel, ale jeśli on przyjdzie po gotówkę? Tracisz tylko ty; za wybranie kasy z bankomatu.

Tak swoją drogą, jest to też główny powód, dlaczego najczęściej gotówkę w portfelu mam tylko na początku miesiąca – wybieram zawsze trochę więcej, żeby coś zostało na wszelki wypadek. Bo oczywiście, mimo bankowych absurdów, wciąż w bardzo wielu miejscach kartą płacić nie można.


Brak znajomości języków, a przede wszystkim CHĘCI rozmawiania po angielsku

Bardzo przykro pisać mi te słowa, ale Węgrzy nie lubią obcokrajowców. Występuje tu dziwny rodzaj ksenofobii połączonej ze swego rodzaju rasizmem; szczególnie jeśli mówimy o aspektach językowych. Co najmniej dwukrotnie zdarzyło mi się, mimo systemu kolejki numerek z maszyny, pominiętą w byciu obsłużoną (notabene, w banku) tylko dlatego, że kliknęłam opcję obsługa po angielsku. Nie chce mi się nawet wchodzić w głębsze dyskusje na ten temat. Podsumuję krótko: jest to strasznie przykre. Węgrzy niejednokrotnie dali mi do zrozumienia, że jestem gorsza tylko dlatego, że nie mówię w ich języku.


Bezdomni

Muszę przyznać, że jest to dla mnie wysoce fascynujące, że zanim tu zamieszkałam, nigdy w życiu nie słyszałam o tym, że w Budapeszcie jest taki ogromny problem z bezdomnością. A przecież tyle znajomych tu nieraz było… Z drugiej strony, AŻ TAK mnie to nie dziwi; wiecie pewnie jak to działa... Bycie turystą wiąże się poniekąd z klapkami na oczach. Jeśli jesteś gdzieś na trzy dni i miejsce cię oczaruje, mózg automatycznie wypiera jego brzydkie strony.

Wracając do tematu. Nigdy i nigdzie indziej nie widziałam takiej ilości bezdomnych, jak w Budapeszcie. I jest to tak okropnie, straszliwie przerażające… W lecie problem nie rzucał się w oczy aż tak, bo wiadomo – ciepło robi swoje, a bezdomni zwykle rozpraszali się (szczególnie na noc) po parkach. Jednak im chłodniej się robi, tym bardziej problem robi się widoczny, bo w jakim miejscu najprościej pomieszkiwać nie mając domu? W przejściach podziemnych przy wejściu do metra. Jest ciepło, nic nie kapie na głowę, często jest nawet woda, więc można się umyć (jakiś czas temu na stacji metra Blaha Lujza bezdomni wykminili, że w ścianie jest zawór wody; rozmontowali co trzeba i brali tam prysznic przez długi czas, aż ktoś się nie wkurzył, że pół przejścia to jedna wielka kałuża i tego nie naprawił). Mają materace, fotele, szafki, często stoły i krzesła. Siedzą, piją, grają w karty, robią draki. Codzienność w Budapeszcie.

Przyznam szczerze, że w tym wszystkim boję się zimy. Nasłuchałam się od znajomych historii, że gdy robi się naprawdę zimno, w przejściach podziemnych są dosłownie takie tłumy bezdomnych, że ciężko się przecisnąć. Śpią tam, jedzą, piją, sikają, rzygają, kopulują (!!!) – co z tego, że ludzie wokół.

I nie zrozumcie mnie źle – mi jest naprawdę, ale to naprawdę bardzo przykro z ich powodu. Każdy zasługuje na to, żeby mieć dom. Jednak z drugiej strony, dlaczego tacy ludzie są najczęściej poza prawem? Nie zliczę ile razy widziałam sytuacje, gdzie na ulicy z jakichś powodów stała policja, a tuż obok, dosłownie w odległości kilku metrów, leżało dwóch ziomków Zenków i chlało wódę prosto z flaszki. Czy panowie policjanci się tym przejęli? Pewnie, że nie. Przecież taki śmierdzi, pijany jest, no i pewnie jeszcze agresywny; mandatu i tak nie zapłaci, bo nie ma z czego, a i wylegitymować go nie będą w stanie. (uprzedzając pytania – nie, na Węgrzech nie można pić w miejscach publicznych; przymyka się oko na kulturalne piwko w parku, ale picie wódki leżąc na chodniku to chyba już trochę przegięcie, nie?)

źródło: Pinterest

Brud i smród

Przykro mi to pisać, jednak ten punkt jest w 90% stricte związany z bezdomnymi. Nie mają problemu, żeby wypróżnić się gdziekolwiek – i pisząc gdziekolwiek, naprawdę mam na myśli GDZIEKOLWIEK. Gdy widzę na ulicy kałużę, zawsze na wszelki wypadek omijam ją szerokim łukiem, bo nigdy nie wiem – to woda czy jednak komuś zachciało się sikać?
Budapeszt śmierdzi moczem i zawartością (najwidoczniej zbyt rzadko opróżnianych) śmietników. Na każdym kroku.

źródło: Pinterest

Brak ładnych warzyw

Byłam ostatnio z M. w Polsce. Weszliśmy sobie do pierwszej napotkanej Biedronki (raczej jednej z tych mniejszych) po coś na śniadanie. To była moja pierwsza wizyta w Biedronce od kwietnia, warto podkreślić. Weszliśmy tam i oboje niekontrolowanie wydaliśmy dziwny odgłos; coś pomiędzy Ooooooo! a Łaaaaaaaaaaaaaaa! Tam było tyle warzyw i owoców! Wszystkie piękne, kolorowe, zdrowe, ogromny wybór! Staliśmy zachwyceni przy stoisku chyba z dziesięć minut.
Jest to dla mnie fenomen: przecież to Węgry! Jest wystarczająco ciepło, a jednocześnie nie za sucho, gleby chyba też nie mają jakieś tragicznej. Dlaczego zatem nie ma tu normalnego wyboru ładnych i zdrowych warzyw? Czy naprawdę wszystko hodują tylko na eksport?
Z owocami jest trochę lepiej, przyznam – melony i arbuzy mają super. Ale już choćby truskawki w lecie były raczej słabe, takie 2/10.
Idziesz do Aldi po ziemniaki na obiad, a ziemniaków nie ma. Cebuli też nie. O kapuście pekińskiej możesz tylko pomarzyć (raz na parę miesięcy może pojawić się w Sparze), a znalezienie sałaty, która nie jest choć częściowo podgniła, graniczy z cudem.
Jasne, że są markety. Główny ich minus jest jednak taki, że są otwarte w godzinach pracy, a jako że to godziny pracy, to ja też jestem wtedy w pracy. Bo że drogo jak jasny gwint (generalnie to raczej miejsca dla turystów), to już nie wspomnę.


Ludzie w transporcie publicznym

To jest prawdopodobnie punkt, który odnosi się w zasadzie do większości duży miast z dobrze rozwiniętym transportem publicznym

ALE…

Przez całe wakacje budapesztańska trasa tramwajów 4 i 6 była remontowana. Otworzono ją razem z pierwszym dniem września, ku uciesze mieszkańców – są to dwa najpopularniejsze tramwaje, a wzdłuż ich linii (które pokrywają się praktycznie na całej trasie) jest większość istotnych punktów na mapie miasta. Mi to też na rękę, bo z mieszkania do przystanku mam pięć minut piechotą, a tramwaj jedzie prościutko do mojej pracy, no żyć nie umierać! Gdyby tylko nie ludzie poruszający się tym samym środkiem transportu, a którzy mają ewidentny problem z myśleniem. Otóż tramwaje na linii 4-6 są z tych nowych. O ile w tych takich starutkich pojazdach drzwi otwierają się automatycznie w tej samej sekundzie, w której tramwaj się zatrzymuje, tak w nowych najczęściej trzeba przycisnąć guzik, żeby tak się stało. A ludzie tego nie robią. Stoją jak ci, za przeproszeniem, ostatni idioci z nosem na szybie i czekają nie wiadomo na co. Wtedy ja, czekająca na przystanku, wkurzam się niemiłosiernie i klikam przycisk od zewnątrz. Nagle eureka! Połowa zawartości tramwaju wysiada akurat na tym przystanku! To dlaczego, do jasnej cholery, nikt nie wciśnie we własnym interesie tego pieprzonego guzika?!?!?!?!

źródło: Pinterest

Naklejki na bułki w sklepie

Bez zbędnego hejtu, bo nie wiem, może w tych polskich też tak jest – chyba nigdy tam naprawdę nie byłam…

Czy w sieci sklepów Spar w Polsce też po wybraniu bułki marzeń w dziale z pieczywem trzeba iść na dział warzyw i owoców i na osobnym komputerku wziąć dla tej bułki naklejkę?

Działa mi to na nerwy głownie dlatego, że nigdy wcześniej się z tym nie spotkałam, a wcale nie jest łatwo przestawić się na pamiętanie o tym. Ja przeważnie zapominam, ale panie w kasie są zwykle miłe (lub przerażone tym, że mówię do nich po angielsku) i wbijają mi kod z pamięci. Czasem zdarzy mi się pamiętać, ale zwykle tylko wtedy, gdy z rzeczy, które potrzebują naklejki, kupuję tylko pieczywo. Jeśli biorę jakieś warzywa/owoce i oprócz tego jeszcze pieczywo, najczęściej wezmę naklejkę tylko na jedną rzecz, co już w ogóle nie ma zbytniego sensu, ale co mogę zrobić. Bardzo się staram, ale nie umiem się nauczyć.

Nie można być w końcu świetnym we wszystkim, nie?

_________________________________________________________________________________

*Tekst został stworzony we współpracy ze złością, która opanowała mnie maksymalnie przez ostatnie tygodnie. Złota zasada głosi, że jak coś ma pójść nie tak, to wszystko na raz – tak też było.

Nie zrażajcie się do Budapesztu, to piękne miasto jest.


Ale zanim się tu przeprowadzicie, przemyślcie sprawę trzy razy.


niedziela, 2 września 2018

[112] Słowenia na weekend: morze, góry i inne przyjemności



Jak często masz ochotę schować się przed wszystkimi i mieć święty spokój? Od pracy, uczelni, szumu miasta, telefonów, mediów społecznościowych - wszystkiego co cię otacza.
Ja w najbardziej optymistycznych momentach przynajmniej raz dziennie. Przynajmniej na chwilę.
Ostatnio potrzebowałam tego bardziej niż kiedykolwiek. Plan pojawił się jeszcze w maju – w sierpniu egzamin, a po nim totalny reset, przynajmniej na jeden weekend.

Zasadniczym plusem życia na Węgrzech jest fakt, że blisko stąd w wiele fajnych miejsc. Nie mówię, że Polska takich w pobliżu nie ma, ale mieszkając w niej przez ponad dwadzieścia lat zdążył się już człowiek opatrzeć i poznać większość sąsiedztwa. A Węgry? Rzut beretem w jedno z przyjemniejszych miejsc Europy, czyli na Bałkany!

...ale Bałkany zwiedziłam przecież dosyć porządnie kilka lat temu, toteż myśląc o idealnym miejscu na poegzaminowy relaks, przyszedł mi do głowy inny kraj – Słowenia. Podczas stopowania po południu trochę zignorowałam tę część Europy na rzecz Rumunii, Serbii, Czarnogóry i Chorwacji. Zatrzymaliśmy się wtedy tylko na dwa dni w Koprze – uroczym mieście przy wybrzeżu. Moje główne wspomnienie do ajwar kupowany w lokalnym supermarkecie i kierowcy zatrzymujący się dla pieszych przed każdym przejściem. Potem już tylko wylotówka i trzy godziny w pełnym słońcu na dużym parkingu pod Mariborem, skąd zabrała nas polska laweta. Nie pamiętam nawet, żebym wtedy zwracała jakąś szczególną uwagę na widoki po drodze.

Decyzja przyszła więc łatwo: skoro sąsiaduję aktualnie z krajem, o którym nie wiem zbyt wiele i w którym również wiele nie pobyłam, trzeba to szybko zmienić. Fakt, że kraj sam w sobie jest maleńki (mniejszy niż województwo mazowieckie!) też okazał się sporym ułatwieniem – to przecież idealna okazja, by wypożyczyć samochód i zjechać Słowenię wzdłuż i wszerz.

Nie będę narzekać na ludzką ignorancję w tym temacie. Powiedzmy sobie szczerze – Słowenia nie jest najpopularniejszym kierunkiem wakacyjnym. Przynajmniej wśród Polaków, bo Włosi mają na jej punkcie prawdziwego fioła, ale to już zupełnie inna historia. Jednak choć niepopularna, z ręką na sercu mogę powiedzieć, że uważam ją za jeden z bardziej niedocenionych i wartych odwiedzenia krajów Europy. Ale w co tu konkretnie celować, skoro wiedza niewielka?
Ja wiedziałam tylko tyle, że chcę gór, jak najmniej ludzi i świętego spokoju. Nie zawiodłam się ani trochę.


Morze

Z Budapesztu wyjeżdżamy dopiero przed 19 – nie przez korki, ale przez kolejkę w wypożyczalni samochodów. No, przez korki mamy opóźnienie dopiero później, bo fakt faktem, nie wybraliśmy prawdopodobnie najlepszej pory na podróż. Jest piątek wieczorem, 17 sierpnia, a w poniedziałek 20.08 jest jedno z większych węgierskich świąt, czyli Dzień Świętego Stefana. Znaczy to tyle, że długi weekend właśnie się rozpoczął i połowa populacji Budapesztu postanowiła wyjechać z miasta. Na autostradzie jest tłoczno jak na paradzie. Na szczęście Węgrzy pod względem podróży są raczej patriotami – tłum rozładowuje się na wysokości Balatonu.

Nie wiem o której przekraczamy granicę. Jest zupełnie ciemno, ja patrzę w gwiaździste niebo, nucę i trochę przysypiam. Po pierwszej jesteśmy gdzieś na wybrzeżu i to tam postanawiamy znaleźć miłe miejsce na nocleg. To nie jest moje pierwsze (ani na pewno nie ostatnie) spanie na dziko, a jednak, mimo jako takiego doświadczenia, znów pojawia się dobrze znany problem – znalezienie idealnego miejsca. Moją podstawową zasadą jest zawsze to samo: im dalej od ludzi, tym bezpieczniej. Ważne, żeby się schować przed ludzkim wzrokiem, a reszta jakoś sama się ułoży. W teorii to zawsze brzmi pięknie i prosto, jednak w praktyce... Możesz sobie wyobrazić czwórkę ludzi; każdy zmęczony, każdy głodny, bo ostatni posiłek przypadł na jakąś 13 czy 14, a jest druga w nocy. Jest ciemno, co prawda nie zimno, ale wystarczająco wykańczająco. Nikt nie zna okolicy i każdy marzy tylko o tym, żeby wreszcie położyć się spać, a przecież jeszcze trzeba znaleźć to zakichane miejsce i rozbić namiot…

Jezuuuu, po co nam był ten wyjazd?!

Próbujemy najpierw znaleźć plażę, którą obczaiłam wcześniej na mapie, jednak to nie takie proste w zupełnej ciemności. Droga w pewnym momencie się kończy – zawracamy więc. Jedziemy dalej, przed siebie, bez konkretnego planu, bo co mamy tak właściwie planować? Po prostu rozglądamy się uważnie, szukając dogodnego miejsca na nocleg.
Droga robi się coraz węższa i bardziej kręta, jedziemy nią w górę i w górę, coraz wyżej.

- Czekajcie! – ktoś krzyczy. – Tu jest zatoczka, może się zatrzymajmy i sprawdźmy, czy da się tu w okolicy schować, albo chociaż na mapę zobaczmy.

Tak też robimy. W zatoczce stoi już jakiś busik przerobiony na kampera, co daje nam do myślenia, że może to wcale nie jest takie głupie miejsce. Chłopaki idą na zwiady w okolicę. Pięć minut później wracają, całkiem rozentuzjazmowani.

- Znaleźliśmy IDEALNE miejsce na namiot!

Zabieramy więc potrzebne rzeczy i idziemy je wypróbować.
Miejsce faktycznie wydaje się idealne. Trzeba zejść z delikatnej skarpy, przedrzeć się przez krzaki, nie potknąć się w międzyczasie o śliskie kamienie i voilà: oto idealny kawałek płaskiej przestrzeni, osłonięty od drogi drzewami, z widokiem na morze. Co prawda całkiem niedaleko w dole majaczą domy, i w zasadzie istnieje spore prawdopodobieństwo, że jesteśmy na posesji prywatnej, jednak chyba nie za często uczęszczanej, bo nie wygląda na szczególnie zadbaną. Pal licho, myślę. Najwyżej ktoś nas za chwilę obudzi i wyprosi, wtedy będziemy się martwić.

Już dawno nie widziałam tylu gwiazd, co tej nocy. Droga mleczna pięknie rozciąga się nad głowami, niebo co chwilę przecinają Perseidy.

Padamy momentalnie po rozbiciu namiotów. Budzi mnie dopiero ptasie szczebiotanie; zerkam na telefon – ósma rano. Wygrzebuję się ze śpiwora, wychodzę z namiotu. Z domów na dole wybrzmiewają poranne dźwięki: brzęk naczyń, trzaskanie drzwi, koszenie trawy. Przeciągam się, rozglądając po okolicy, która przecież w dziennym świetle wygląda całkowicie inaczej. Patrzę w stronę, po której w nocy – jak mi się wydaje – było widoczne morze. I zamieram. Widok jest przepiękny, choć jeszcze przysłonięty poranną mgłą. Dla takich poranków podróżuję!






Słoweńskie wybrzeże jest bardzo niewielkie – ma niecałe 50 kilometrów długości. Bynajmniej nie ujmuje mu to uroku! Słynne jest przede wszystkim z iście włoskiego klimatu: miasteczka z wąskimi uliczkami, stare kamienice i pranie rozwieszone nad głowami przechodniów. Włoscy turyści przyjeżdżają tam na wakacje, a słoweńscy mieszkańcy wybrzeża zwykle mówią płynnie w obu językach.

Jako, że naszym celem było raczej spędzenie czasu z dala od miast, zahaczyliśmy tylko o jedno (za to jedno z popularniejszych) – Piran. Jak już niejednokrotnie wspominałam, nie jestem szczególną fanką małych miasteczek; a przynajmniej nie na dłuższą metę. Godzinka, dwie, żeby pospacerować – jak najbardziej. Ale co tam robić dłużej?

Piran to słoweńskie miasteczko z charakterystycznymi, czerwonymi dachami. Warto przejść się na wzgórze, żeby zobaczyć je z góry – świetny klimat!



Za to pirańskie wybrzeże to takie 2/10;
no ale wiecie jak to jest z "plażą" zaraz
przy ulicy...
Jeśli chodzi o plaże, to nie polecę żadnej konkretnej. My próbowaliśmy znaleźć dogodne zejście na jedną upatrzoną, ale nam nie wyszło i ostatecznie trzeba było zjeżdżać na nią na tyłku po stromych klifach (sic!), czego totalnie nie polecam. Pamiętajcie tylko, że słoweńskie plaże to żwir i kamienie, podobnie wygląda morskie dno, więc warto zaopatrzyć się w klapki z porządnymi podeszwami i grubszą matę zamiast cienkiego ręcznika.










Góry

Z wybrzeża kierujemy się na północ, w Alpy Julijskie. Chcemy przede wszystkim zobaczyć osławione jezioro Bled i inne, niekoniecznie opisane w przewodnikach, miejsca. Z każdym kilometrem na północ widoki są coraz piękniejsze – bezkresne góry i lasy; jeszcze zielone, ale już błyskające rudościami. Znowu trochę przysypiam, bo noc była wyjątkowo krótka. Co kilka minut budzi mnie tylko szturchnięcie i słowa: „Magda, patrz!”. Zawsze patrzę. Zawsze się zachwycam.



Droga na północ trwa kilka dobrych godzin, bo w zasadzie w ogóle się nie spieszymy. Jedyny cel na ten wieczór to znalezienie miejsca na nocleg zanim zapadnie zmrok. No, i kupienie czegoś na kolację, bo od śniadania złożonego z burków i owoców nie jedliśmy zupełnie nic i głód zaczyna dawać nam się we znaki.

Następny przystanek:


Jezioro Bled

Jestem pewna, że kojarzycie z Internetu takie zdjęcia, na których jest jezioro, wokół niego góry, a na środku mała wysepka, na której znajduje się kościół. To właśnie Jezioro Bled.



Szczerze przyznam, że miałam tak zwane parcie na zobaczenie Bled. Tylu zachwytów się o nim naczytałam, a tymczasem… Byłam totalnie rozczarowana.

Samo miasteczko (przynajmniej w okresie turystycznym) jest maksymalnie zatłoczone, parking kosztuje krocie, nie wspomnę już, że gruba kasa zdzierana jest nawet na toaletach publicznych (ja ogólnie jestem przeciwniczką płacenia za czynności fizjologiczne gdziekolwiek, a w turystycznych miejscach to już w ogóle nóż mi się w kieszeni otwiera, gdy widzę wejście do ubikacji za 1€+). Brzeg dookoła jest maksymalnie zagospodarowany – betonowy, z zielonymi przestrzeniami obok, na których i tak widnieją tabliczki głoszące o zakazie siadania/stawania/patrzenia na trawę. Zakaz wchodzenia do wody, zakaz opalania, zakaz leżenia na kocu… Można co prawda wynająć kajak, by popłynąć na wysepkę na środku, ale szczerze mówiąc, z ilością ludzi wokół i hałasem nie miałam za bardzo ochoty zostawać tam na dłużej. Zresztą nie tylko ja. Zrobiliśmy sobie jeszcze krótki spacer i po niecałej godzinie nad Bledem wróciliśmy do samochodu.





Triglavski Park Narodowy

Niedaleko Jeziora Bled znajduje się Triglavski Park Narodowy, a w nim inne miejsce, które bardzo chcę zobaczyć: Jezioro Bohinjsko. Po pierwszym rozczarowaniu nie jestem już tak entuzjastycznie nastawiona. Zresztą wciąż mamy przecież sporo czasu, więc postanawiamy zupełnie niespiesznie pojeździć po Parku, zobaczyć trochę lasu, trochę jeziora, zrobić zakupy i znaleźć idealne miejsce na biwak.

- Jakby co, to ja się uważnie rozglądam i jak zobaczę fajną miejscówkę, to będę krzyczeć – mówię, przyklejając nos do szyby. – O! Tam przy rzece jest jakiś niby parking, ale chyba bardziej nieoficjalna miejscówka do spania na dziko, bo stoi kilka kamperów. Pamiętajmy, w razie czego możemy tu wrócić trochę później.

W sklepie kupujemy chleb, ajwar i wielki słoik oliwek. No, i jeszcze parę piw, bo w końcu należy nam się po całym dniu upału.

Im dalej w Park, tym więcej lasu. Zatrzymujemy się w jakimś przypadkowym miejscu, żeby zrobić sobie jeszcze przed snem krótki spacer. Słychać potok, więc idziemy w tamtą stronę. A tu nagle, nie wiadomo kiedy, jesteśmy w Kanadzie!





Zostaje nam jeszcze Jezioro Bohinjskie. Góry wokół niego zdają się być wyższe, niż w okolicy Bledu – nie wiem, czy tak jest naprawdę, czy tylko mi się wydaje.

Po raz pierwszy widzimy Bohinj przejeżdżając przez jakieś małe miasteczko. Owszem, nad jeziorem jest trochę ludzi, ale mam wrażenie, że co najmniej trzy razy mniej niż nad Bledem. Brak tu betonowego brzegu, turyści (i tubylcy) swobodnie leżą na brzegu i wchodzą do wody. Jedziemy jeszcze kawałek dalej, by zatrzymać się w przypadkowej zatoczce przy drodze. Przedzieramy się przez krzaki, docieramy do wąziutkiej, żwirowej plaży. A tam…




Jezioro Bohinjskie

Nie będę przedłużać – to jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie widziałam. Krystalicznie czysta woda, mieniąca się tysiącami odcieni zieleni i błękitu, wysokie, budzące respekt góry, cisza i święty spokój. To nie tak, że to jezioro jest niepopularne wśród turystów – oczywiście, że nie! Owszem, jest mniej słynne, niż Bled, choć wcale – moim zdaniem – tak być nie powinno. Ale może to i lepiej? Dzięki temu nie jest obsypane z każdej możliwej strony hotelami, miasteczkami, sztucznie wykreowanymi plażami. Ba! – wokół całego Jeziora Bled jest mnóstwo ścieżek rowerowych i spacerowych. Przy Bohinj są tylko z jednej strony, choć i tak większość otoczenia to góry i las. Jest za to mnóstwo dzikich miejscówek: wystarczy zejść na brzeg, gdzie można się dostać bardzo łatwo, a prawdopodobieństwo, że spotka się tam ludzi, jest minimalne.

My spędziliśmy czas nad Jeziorem Bohinjskim zarówno wieczorem, przy złotym świetle zachodzącego słońca (zdjęcia powyżej), jak i rano. Co prawda na sam wschód wstać nam się nie udało, ale i tak nie mogliśmy się powstrzymać, żeby o siódmej rano nie zwinąć namiotów i nie pojechać nad wodę. O tej porze dnia brzeg był pusty, woda lodowata, jej kolory jeszcze piękniejsze, a nad samą taflą wody unosiła się mgła (a może to była chmura?).





Jezioro Bohinjskie to zdecydowanie miejsce, które zachwyciło mnie najbardziej podczas tej krótkiej podróży. Aż strach pomyśleć jak niesamowicie musi wyglądać jesienią, z rudymi górami dookoła!


Nocleg na dziko

Na drugą noc ostatecznie wróciliśmy do tego miejsca, które zauważyłam z drogi. Przestronny, dziki parking nad rzeką, schowany za drzewami (była jeszcze druga jego część, której nie sposób było zauważyć z głównej trasy). Wystarczająco daleko od ludzi, nie było opcji, żeby komuś w tym miejscu przeszkadzać. No i przede wszystkim poza terenem parku narodowego.

Zwykle przed podróżą – szczególnie taką roadtripową, z namiotem – czytam informacje, jak w danym kraju wygląda kwestia spania na dziko. Przykładowo Skandynawowie nie mają z tym problemów: wychodzą z założenia, że natura jest dla wszystkich, dlatego też rzadko się zdarza, żeby na przykład wejścia na szlaki czy do jakichś przyrodniczych atrakcji były płatne. Podobnie jest ze spaniem na dziko. Możesz rozbić namiot w zasadzie w dowolnym miejscu (uwaga: nie mam pewności tak zasada odnosi się do parków narodowych), byle był przynajmniej 100 metrów od czyjejś posesji.

Niestety, wszelkie informacje o Słowenii, które znalazłam w Internecie, nie wyglądały już tak kolorowo. Park Narodowy (co zrozumiałe) lepiej wybić sobie z głowy, a wszystkie inne miejsca też są raczej kiepskim wyborem, szczególnie w sezonie.

Ostatecznie było dobrze, obyło się bez bliskiego spotkania z policją. Myślę, że znaleźliśmy po prostu spoko miejscówki, gdzie nie rzucaliśmy się nikomu w oczy.




Spanie na dziko spaniem na dziko, ale zęby myć trzeba!


Wodospad Savica

Znajduje się niedaleko Jeziora Bohinjskiego, a że nazajutrz rano wciąż mieliśmy sporo czasu, postanowiliśmy wybrać się na szlak. Nie jest on ani długi ani wymagający – pół godziny w jedną stronę, średnio stromo. Co prawda, byliśmy nieco rozczarowani, że za taką mikroskopijną trasę musimy zapłacić po 3 euro od osoby, ale ostatecznie, z bólem portfeli, skusiliśmy się.
Warto. Nie jestem co prawda do końca pewna, że jest to widok wart biletu wstępu, ale umówmy się – aż tak drogo nie jest, żeby sobie odmawiać.







W drodze powrotnej zahaczyliśmy jeszcze o Lublanę, ale po pierwsze – nie spędziliśmy tam na tyle dużo czasu, żebym czuła się na siłach udawać speca i o niej pisać. Po drugie – nie powiem, żeby mnie jakoś szalenie urzekła. Zdecydowanie bardziej zachwyciły mnie góry, lasy, woda; nawet z urlopowiczami.


Jeśli tylko macie okazję – nie zastanawiajcie się dwa razy. Jedźcie do Słowenii! Zgubcie się na szlaku, odpocznijcie nad jeziorem, wtopcie się w naturę! Absolutnie warto; co więcej, myślę, że wrzesień jest na to idealnym czasem. Jeszcze nie jesień, a już nie lato – łagodny stan pomiędzy, gdy temperatury są jeszcze wystarczająco wysokie, a kolory już kojąco piękne. Obiecuję, że nie pożałujecie!