Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gozo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gozo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 marca 2016

[68] Malta: czym się poruszać?

W relacji z Gozo wspomniałam, że transport na Malcie to nie tak prosta sprawa jak mogłoby się wydawać. Fakt, że wyspa jest malutka wcale niczego nie ułatwia. Brak tu pociągów, a autobusy jeżdżą jak chcą. Ukształtowanie terenu też nie jest zbyt pomocne. W takim razie jaki sposób transportu najlepiej sprawdza się na Malcie?

Autobus
Tę opcję wybrałyśmy my i najprawdopodobniej na samym początku zadziałałyśmy w najmniej przemyślany sposób z możliwych.
Autobusy w większości przypadków jeżdżą tu co godzinę (najbardziej popularne linie trochę częściej). Jeden bilet ważny jest przez dwie godziny i kosztuje 1,5 euro. Niby dwie godziny to sporo, ale w rzeczywistości wygląda to nieco inaczej. Jako że autobusy nie lubią trzymać się zbyt mocno rozkładów jazdy, łatwo jest przegapić kurs. Każde „wyrobienie się” w dwie strony na jednym bilecie uważałyśmy za duży sukces – często autobusy przyjeżdżają 15-20 minut wcześniej albo sporo się spóźniają. Warto też pamiętać, że kierowcy nie zatrzymują się tu na każdym przystanku; kiedy widzą, że nikogo nie ma, a w pojeździe nikt nie wcisnął STOP, prują dalej.
Sporym minusem jest też fakt, że bardzo często by dostać się z punktu A do punktu B, trasa musi wyglądać: punkt A – stolica – punkt B (o ile na wyspie Malta czasem udaje się ominąć Vallettę, na Gozo praktycznie zawsze trzeba przesiąść się w Rabacie). Dodając do tego ciągłe oczekiwanie na autobus, który albo właśnie uciekł albo się spóźnia, każdy jednorazowy przejazd trzeba dobrze rozplanować.
Trzeba jednak przyznać, że transport autobusowy dociera właściwie w każde miejsce na wyspie. Coś za coś.
Istnieje możliwość kupienia biletu tygodniowego – kosztuje on około 20 euro. My popełniłyśmy błąd i tego nie zrobiłyśmy, bo przecież na pewno nie będziemy jeździć autobusami aż tak dużo, żeby miało nam się to zwrócić. Tylko że w niedzielę jeszcze nie wiedziałyśmy tego wszystkiego, co napisałam wyżej. A w czwartek już się nie opłacało.

Samochód
Maltańczycy kochają samochody. Nasz host powiedział, że na jednego mieszkańca Malty przypadają prawie 3 samochody! Sądząc po gęsto zastawionych ulicach, jest to całkowita prawda.
Osobiście podczas kolejnej godziny spędzonej na czekanie na autobus podjęłam decyzję: jeśli kiedykolwiek wrócę na Maltę, zainwestuję w wynajem samochodu. Nie wiem wprawdzie na ile się to opłaca, jednak przypuszczam, że przy czterech osobach nie kosztuje majątku, a pozwala oszczędzić wiele czasu.
Jednak trzeba mieć na uwadze jeszcze jedną ważną rzecz: Maltańczycy NAPRAWDĘ kochają samochody. Już pierwszego wieczoru na Gozo ostrzegł nas przed tym nasz host. „Gdziekolwiek idziecie, szczególnie wieczorami, starajcie się trzymać krawędzi jak najdalej drogi”. Maltańczykom względnie często zdarza się wracać do domu pod wpływem alkoholu. A jeśli nie pod wpływem, to szaleńczo. Lubią jeździć szybko, nie przejmują się za bardzo zasadami ruchu drogowego. Lepiej mieć oczy dookoła głowy.


Autostop
Nie jest kolorowo. I to nawet nie dlatego, że ludzie się nie zatrzymują. Tam zwyczajnie w większości przypadków nie ma gdzie stanąć, ponieważ spotykamy:
- miasto – tyczy się głównie wyspy Malta. Tam nie ma miast, tylko jedna aglomeracja, niemalże bez granic. Przeważnie nawet nie zauważa się tablicy mówiącej, że kończy się jakieś niewielkie miasteczko, a zaczyna stolica. Nie wspomnę nawet o czymś takim jak wylotówka.
- droga – wąska, kręta i bez pobocza. Serio nie przesadzam: nie zauważyłam innych na Malcie. Dodając do tego opisany wyżej maltański styl jazdy… Cóż, nie polecam. Tym bardziej biorąc pod uwagę fakt, że będąc na Malcie zaledwie tydzień, widziałyśmy groźnie wyglądający wypadek – samochód jadący z naprzeciwka naszego autobusu wypadł z ostrego zakrętu biorąc za duży łuk, wpadł w poślizg i wylądował maską na kamiennej ścianie. Na szczęście nikomu nic poważnego się nie stało, jednak sądzę, że gdybyśmy w tym momencie łapały sobie gdzieś tam mimochodem stopa, niewiele by z nas zostało.
- zadupie – czyli po prostu miejsce, gdzie zwykle znajduje się atrakcja turystyczna, do której wszyscy dojeżdżają autobusem. Ślepa uliczka, gdzie nie ma zupełnie ruchu samochodów.

Przykład hybrydy drogi i zadupia.
(a zdjęcie dziwne, bo Magda
akurat wyciągała mi drzazgę z dłoni)

Na piechotę
Fajną opcją jest zrobić sobie długi spacer. Tak jak wspomniałam, miasta płynnie w siebie przechodzą, a idąc wzdłuż wybrzeża nie czuć upływu kilometrów.


Promem
Jest to nieuniknione jeśli chce się zobaczyć Gozo czy Comino. Za rejs na Gozo nie płaci się płynąc z Malty, a dopiero na nią wracając. Jak dobrze pamiętam, wychodzi niecałe 5 euro za łebka.
Można również zrobić sobie krótki rejs z którejś z miejscowości w pobliżu stolicy do samej Valletty – kosztuje to tyle co autobus, więc nie ma tragedii, a Valletta z wody prezentuje się naprawdę pięknie.
 Łódków jak mrówków - do koloru, do wyboru.


Na promie fajnie być koksem. Joł.

Rowerem

Nie próbowałyśmy, niemniej myślę, że mogłaby to być całkiem nie głupia alternatywa pod warunkiem… W miarę dobrej kondycji. Chociaż Malta to kraj o względnie niewielkich wysokościach nad poziomem morza, jest dosyć mocno zróżnicowany. Jakby to ładniej ująć: pod górę, w dół, pod górę, w dół, pod górę i tak cały czas. Do często mocne zakręty. Jednak przy odrobinie samozaparcia i większej ilości czasu – czemu nie?

Alternatywa tylko dla hardkorów: transport huśtawkowy.
Podaję instrukcję:
1. Znajdź fajny plac zabaw.
2. Znajdź fajną i dużą huśtawkę bez dzieciaków
3. Baw się na niej tak dobrze, aż przegapisz autobus...
4. ...a następny za godzinę.
I tak się kręci ta maltańska karuzela śmiechu, ech.

niedziela, 13 marca 2016

[67] Malta: pierwsze kroki na Gozo

Malta to właściwie Malta i Gozo. Cały czas o tym zapominam; w mojej głowie Gozo widnieje raczej jako ta mniej ważna część, ot przylepek, który powstał blisko, więc wypadało przyłączyć go do jakiegoś kraju. Szczerze mówiąc, nie wiem nawet za bardzo co tam się znajduje (oprócz Azure Window). Paskudna ignorancja, tłumaczę się przed sobą sesją i przemęczeniem. Przecież i tak wszystko jak zawsze okaże się na miejscu.

Do ostatniej chwili nie wiemy gdzie spędzimy noc po przylocie. Dziwnym zbiegiem okoliczności odpowiedź od hosta dostajemy w momencie, gdy stoimy już w kolejce do bramki na lotnisku. „Mogę przenocować Was dzisiaj w Victorii, dajcie znać czy przyjedziecie”. Za każdym razem, gdy usiłujemy wpisać nazwę miasta w internet, znacznik na mapie przeskakuje na miasto Rabat znajdujące się na Gozo. Wtedy jeszcze nie wiemy, że to to samo miejsce – ma po prostu dwie nazwy. Informuje nas o tym fakcie facet stojący przed nami w kolejce.
- Macie jechać do Victorii? To jest na Gozo, ale jak wylądujemy to powinny jeszcze pływać promy. Możemy się spotkać na lotnisku i iść razem na autobus, to powiem wam co i jak; też muszę się dzisiaj dostać na Gozo.
Jest instruktorem nurkowania i leci na Maltę sprawdzić nowe miejsca, w których w wakacje ma przeprowadzić kursy.

Gdy po lądowaniu udaje nam się znaleźć nasz wielki plecak wypchany namiotem i karimatami oraz znaleźć naszego nowego kolegę Leona, rozpoczynamy poszukiwania autobusu, który dowiezie nas do Cirkewwy, skąd odpływają promy. W międzyczasie zaznajamiamy się jeszcze z dwoma Polakami, którzy częstują nas whisky. Sympatycznie się zaczyna.
Autobus zdaje się pokonywać tych 30 kilometrów całą wieczność. Kiedy wreszcie udaje nam się dostać do portu i wsiąść na prom, zaczynam mieć nadzieję, że to już bliżej niż dalej. Jednak morze jest bardzo niespokojne i buja nami jak szalone; kolejne 20 minut mija mi na siedzeniu bez ruchu z zamkniętymi oczami i powtarzanie w głowie: „tylko nie puść pawia, tylko nie puść pawia, zaciskaj zęby mocno, wytrzymaj jeszcze chwilę”. W międzyczasie Leon wymyśla nowy plan: z portu ma przyjechać po niego kolega, więc podrzucą nas do tego nieszczęsnego Rabatu, przecież nie będziemy o tej porze łapać stopa.
Choć wysadzają nas niemal pod wskazanym adresem, dla zasady mylimy kierunki i idziemy w dokładnie odwrotną stronę niż powinnyśmy. Toczymy się z plecakami po pustych, nocnych ulicach Rabatu, cieszymy się ciepłym powietrzem i trochę gubimy w wąskich i ciemnych uliczkach. Kiedy docieramy do naszego hosta, zostają nam ledwie jakieś 4 godziny snu – o szóstej rano czeka nas niestety pobudka, bo Filip musi zebrać się do pracy. Padamy momentalnie.
śpiący poranny Rabat tuż przed wschodem słońca

W sumie nawet dobrze wychodzi z tym porannym wstawaniem – mamy mnóstwo czasu na zobaczenie na Gozo wszystkiego, co sobie wymyśliłyśmy. Na pierwszy ogień idzie oczywiście Azure Window. Jesteśmy tam wcześnie, zanim jeszcze słońce na dobre odważy się wyjść zza chmur, toteż aura nie robi zbyt dobrego pierwszego wrażenia. Za to jest cicho, zupełnie pusto i całkowicie spokojnie; cały księżycowy krajobraz wokół mamy tylko i wyłącznie dla siebie. Zastanawiam się skąd wzięły się te dziwne i bolące w stopy skały. Wyglądają jak mocno perforowana gąbka, przez co na całej przestrzeni wybrzeża tworzą się miniaturowe kałuże. Jest bajecznie.










Z okolic Dwejry kierujemy się z powrotem do Rabatu. Chcemy zobaczyć cytadelę – ogromny kompleks sprawujący pieczę nad miastem ze szczytu wzgórza. Widok na stolicę Gozo jest oszałamiający. Chwilami wydaje mi się, że jestem w jakimś arabskim kraju – ciasna zabudowa, budynki niemal się od siebie nie różnią kolorem ani kształtem; każdy z nich jest zwieńczony płaskim dachem, przeważnie używanym jako taras. Na co drugim suszy się pranie bądź stoją drzewka mandarynkowe w doniczkach. Gdy błądzimy tak między murami cytadeli, spotykamy starszego pana, który bardzo gorąco namawia nas do odwiedzenia znajdujących się nieopodal piwnic (pod cytadelą oczywiście). Nie zastanawiamy się długo i wchodzimy w wąskie korytarze. Ściany są dziwnego, trochę rdzawego koloru (a może to tylko tak wygląda w ciemności?), a sufit na tyle nisko, że trzeba iść pochylonym. Po chwili docieramy do pomieszczenia kształtem przypominającego trochę miniaturowy amfiteatr. Zresztą nie tylko kształtem – akustyka jest tam niesamowita! Najmniejszy szept wybrzmiewa głośno przez dobrych kilka sekund. Nie możemy się powstrzymać i korzystając z okazji, że jesteśmy tam same, śpiewamy ile wlezie.



pełnia wiosny na jednym zdjęciu!

Ġgantija jest naszym kolejnym punktem dnia. Są to świątynie, zaliczane do najstarszych wolnostojących megalitycznych budowli na świecie. Od początku jestem niesamowicie podjarana tym miejscem; skoro znajdują się na liście UNESCO, muszą naprawdę robić wrażenie. Cóż… myślę, że o wiele bardziej spodobałyby się komuś, kto mocno siedzi w tematach prehistorycznych. Choć część multimedialna jest całkiem ciekawie zorganizowana, sam kompleks zachwyca o wiele mniej niż się spodziewałam (nie wspomnę o tym, że wejście na teren świątyń kosztuje 9 euro). Może dlatego, że stojące na środku rusztowania psują odbiór całości? Nie wiem. Za to bardzo ujmują mnie biegające wokół niemal stadnie maleńkie jaszczurki.




 Kinnie to napój produkowany na Malcie. Gazowany, o dziwnym
smaku gorzkich pomarańczy.
 no i wyszło jak to naprawdę wygląda...

 Dziewczyny z naszym nowym psim kumplem
o roboczym imieniu Robert. Dotrzymywał
nam towarzystwa cały czas dopóki...
...jego szef nie zaczął na niego szczekać z dachu.

Tutaj może warto wspomnieć kilka słów o transporcie na Malcie (choć jest to na tyle istotna kwestia, że planuję poświęcić jej osobny wpis). Autobusy jeżdżą jak chcą. Nikt nie przejmuje się zbytnio rozkładem jazdy, dzięki czemu skutecznie przegapiamy kolejne kursy. Warunki autostopowe też nie są tu najlepsze, dlatego jedyna podwózka, jaką udaje nam się złapać jest właśnie z Ggantiji do Rabatu. Zatrzymuje się młoda dziewczyna, która specjalnie zawraca, żeby nas zabrać.
Jest wczesne popołudnie, słońce naprawdę porządnie praży, więc uznajemy, że to najlepszy moment na zobaczenie podobno najpiękniejszej plaży na Gozo – jedziemy na Ramla Bay.
Piasek ma tu inny kolor niż na jakiejkolwiek plaży, którą w życiu widziałam – jest dziwnie czerwonawy i jakby milszy w dotyku. Stąd wzięła się nazwa plaży: Ramla il-Ħamra oznacza tyle co „Plaża Czerwonego Piasku”. Okalają ją skaliste zbocza, wśród których znajduje się mitologiczna jaskinia Kalipso – nimfy, która według wierzeń właśnie w tym miejscu więziła Odyseusza. Jakoś tak miło spędza się 29. dzień lutego chodząc boso po plaży i wbiegając co i rusz do w miarę ciepłego morza.








Po porządnej dawce leniuchowania na Ramli chcemy odwiedzić tego dnia jeszcze jedno miejsce – Żebbuġ. O tym miasteczku powiedział nam Filip i jeśli wierzyć jego słowom, serwują tu najsmaczniejszą pizzę na całej wyspie.
Docieramy do miejscowości gdy robi się już ciemno i wymarle wokół. Dosłownie – na ulicy żywej duszy, tylko wiatr hula. Błądzimy uliczkami szukając śladu cywilizacji. Gdy po dłuższej chwili tracimy już nadzieję, naszym oczom ukazuje się ogromny kościół, a tuż przy nim plac, na którym – o dziwo! – są jacyś ludzie. Obok przystanek autobusowy i… jest! Upragniony szyld „Francesco’s pizza”. Od rana jesteśmy o jednej bułce, więc jak na skrzydłach wbiegamy do budynku.
Wyobraźcie sobie typową stołówkę, gdzieś na totalnym zadupiu. Długi ciemny korytarz i kamienna posadzka, do tego ściany obklejone portretami Maryi. Jedno pomieszczenie, które jest jednocześnie miejscem, w którym się je, kuchnią oraz barem. W kącie tabliczka caffeteria; pod nią stolik z czajnikiem, słoikiem kawy i plastikowymi kubkami, a pod sufitem telewizor z włoskimi wiadomościami. Wszystko to robi piorunujące wrażenie. Jednak pizza za 3 euro jest dla nas w tym momencie ważniejsza niż wszystkie niedogodności. Poza tym rodzina za barem, która jednocześnie gotuje, liczy i obsługuje klientów jest przemiła.

Pizza też niczego sobie!




cdn.