czwartek, 21 stycznia 2016

[64] Zrób to taniej: spanie na dziko

 
Kwestia noclegu jest niewątpliwie jedną z najbardziej kosztownych składowych w podróży (zaraz obok transportu, ale o tym innym razem). Są osoby, które nade wszystko cenią sobie własny komfort i są w stanie wydać ostatnie pieniądze na wygodne łóżko w hotelu czy hostelu. Są tacy, którzy uwielbiają spać w namiocie i uparcie szukają kempingów w miejscach, w które się wybierają. Są fanatycy couchsurfingu, choć ta forma noclegu wciąż budzi o wielu osób kontrowersje (więcej o couchsurfingu możecie znaleźć w tym wpisie). O jeszcze większy niepokój przyprawia niektórych hasło „spanie na dziko”. Jak to? W niewyznaczonym do tego celu miejscu? Ryzykując niekiedy mandat, bliskie spotkanie z dziką zwierzyną lub okolicznym psychopatą, który na pewno nie robi nic innego, tylko czai się na mój plecak?

Poprosiłam polskich blogerów podróżniczych o pomoc w próbie udowodnienia, że noclegi na dziko wcale nie muszą być tak straszne i niebezpieczne jak mogłoby się wydawać. Częściej zachwycają niesamowitymi widokami, a chyba nie da się lepiej rozpocząć dnia niż pijąc kawę prosto z widokiem na resztę świata :)
Mam nadzieję, że po lekturze i inspiracji porządną dawką kolorowych zdjęć ci z Was, którzy teraz mają jeszcze jakieś wątpliwości co do rozbijania półlegalnych (bądź nielegalnych) obozów w dzikich miejscach zmienią nastawienie i następnym razem się odważą.


Ewelina Orzech
„Sardynia, wrzesień 2012. Tego wyjazdu nie planowałam jakoś szczególnie. Stwierdziłam, że jeśli znajdę tanie bilety, to jadę (jakiś miesiąc albo mniej do daty wylotu). Udało się i dołączyłam do koleżanek z liceum, które były w Cagliari już od kilku dni. Nasza koleżanka robiła tam Erasmus Placement. Nie miałyśmy szczególnych planów na kilkudniowy pobyt, więc wypożyczyłyśmy samochód i objechałyśmy całą wyspę, odwiedzając miejsca, które najbardziej nas interesowały, plus La Maddalena. 2 dni, 996 km. To 2 dni bez prysznica, drzemki na parkingach z butelką włoskiego taniego wina albo spanie na dziko na plaży, której nie zapomnimy. Dlaczego? Środek nocy, plaży nie znałyśmy, ale skoro widziałyśmy jakieś znaki, to postanowiłyśmy tam wstąpić. Jedna świecąca lampa, ale zapowiadało się spokojnie. Śpiwory w rękę i spacerek dróżką, która prowadziła do plaży. Próbowałyśmy zasnąć, ale bez skutku. Najpierw cisza, ale po chwili zerwał się silny wiatr, piasek wlatywał do oczu i uszu. My przytulone, ale i tak coś nie dawało nam spokoju. 4 dziewczyny, jedna bardziej przestraszona od drugiej... Każda wkręcała sobie niestworzone historie. Po kilku sekundach uciekłyśmy do samochodu, ile siły w nogach. Wyobraźcie sobie, że w pobliżu samochodu minął nas mężczyzna... Skąd on się tam wziął!? Dobre pytanie, nie wiemy, ale przeszedł obok i narobił niezłego strachu. Nawet przemówił, tyle, że nikt nic nie zrozumiał. Po powrocie do samochodu, spanikowane, odjechałyśmy trochę dalej, żeby zdrzemnąć się choć na chwilę, ale nie było łatwo! Takich podróży i ekstremów się nie zapomina.”

Karolina Wudniak
„Jeden z najdziwniejszych, ale zarazem najlepiej wspominanych noclegów, to ten w... zjeżdżalni w ogródku McDonald's w austriackim Graz. Jechałam z kumpelą stopem do Chorwacji i pech chciał, że nasz ostatni stop tego dnia jechał do Graz, w którym nie było żadnego całodobowo czynnego miejsca. Najdłużej czynny był McDonald's (do 2 w nocy), więc tam koczowałyśmy z przemiłą obsługą, która niestety nie mogła zostawić nas w środku... Zatem zostałyśmy w ogródku, żeby nie włóczyć się nocą po nieznanym nam mieście. Trochę wiało i zaczynało nam być zimno, więc szukałyśmy miejsca osłaniającego przed wiatrem. Jedynym takim miejscem była zjeżdżalnia ze specyficznym daszkiem. Wygodnie nie było, szczególnie, że musiałyśmy zmieścić tam także plecaki, ale to była jedna z najlepszych nocy - większość przegadałyśmy, chwilę pospałyśmy, a rano całe obolałe poszłyśmy łapać kolejny stop :) To jest ta noc, którą pamiętam ze szczegółami, jakby to było wczoraj! I właśnie dlatego jest dla mnie tak wyjątkowa :) Na zdjęciu moja towarzyszka podróży.”


Łukasz Kocewiak
Kartka z Podróży

„Słońce nieubłaganie zbliżało się do linii horyzontu, ostatni promienie ogrzewały jeszcze zaczerwienione policzki i coraz wyraźniej dawało się odczuć gwałtownie spadającą temperaturę. Zapowiadała się mroźna noc, którą przyszło mi spędzić w namiocie wewnątrz krateru. Śnieg skrzypiał pod nogami podczas, gdy mróz tworzył na brodzie finezyjne kryształki lodu z wydychanej pary wodnej.
Jak najszybciej do namiotu, żeby rozgrzać wychłodzone ciało i rozmasować przemrożone palce. Niestety w środku wcale nie było cieplej. Rozpoczął się mozolny proces gotowania wody i w tych surowych warunkach po raz pierwszy maszynka odmawiała współpracy doprowadzając użytkowania do skrajnych emocji graniczących z załamaniem nerwowym. Do dziś pamiętam ten niepowtarzalny smak herbaty przesiąkniętej dymem i łapczywie popijanej z okopconego garnka. W takich momentach nic na świecie się nie liczy, tylko ten jeden łyk ciepłej herbaty.
Na zewnątrz dudniło, zmęczenie dawało się we znaki, a mimowolne skurcze mięśni nóg były naprawdę uciążliwe. Zasypiałem z nadzieją, że jutro będzie lampa i temperatura o kilka stopni wyższa. Kiedy w nocy temperatura w namiocie drastycznie spadła, obudziłem się w konwulsjach. Organizm automatycznie bronił się przed wyziębieniem. Co tu wiele gadać, miotało mną jak szatan i do pierwszych promieni wschodzącego słońca było jeszcze daleko.”


Magdalena Bodnari
Magdalena Bodnari blog

„Dojechałyśmy z koleżanką do Ulcinj na południowym krańcu Czarnogóry po godz. 22. Wysiadłyśmy na dworcu z autobusu i nie wiedziałyśmy co dalej. Zapytałyśmy kierowcę gdzie mogłybyśmy znaleźć jakieś miejsce, w którym da się przenocować. Miły pan zadzwonił do kolegi, który za chwilę przyjechał po nas starym mercedesem i przywiózł pod hotel. Wprowadził do stróżówki i powiedział, że on teraz idzie na imprezę, i że do 6 rano mamy się zmyć. Były dwa łózka, była łazienka z ciepłą wodą (!) i ściana z kartonowych pudeł do recepcji.”


Agata Stoszek
STO Historii

„W zeszłym roku udało mi się spełnić moje marzenie mikrowyprawy - czyli robocze przeze mnie nazwanej wycieczki w bardzo bliskie miejsce, gdzie zawsze chciałam zanocować pod namiotem. Razem z Olasem, spakowaliśmy się w jeden plecak na cały weekend i w piątek po pracy pojechaliśmy autobusem dzielnicę dalej na... dziką plażę :) Wcześniej przygotowaliśmy sobie jedzenie na cały weekend, rozpaliliśmy ognisko na kiełbaski i budziliśmy się przez dwa dni przy szumiącym morzu. W ciągu dnia grzaliśmy się na słońcu, czytaliśmy książki i moczyliśmy nogi w chłodnym Bałtyku. 
Naprawdę nie trzeba jechać daleko, żeby było fajnie!”


Iwona Gogulska
Szeroką Drogą

„Podróżujemy przeważnie motocyklem i z uwagi na sprzęt staramy się nie nocować „na dziko”. Jednak zdarzały się takie sytuacje, kiedy nie było innego wyjścia. Tak na przykład było na wschodzie Łotwy, podczas naszej wyprawy do Estonii. Przez większość dnia jechaliśmy drogami szutrowymi, mijając tylko lasy i od czasu do czasu wsie. Żadnego większego miasta. Przed wyjazdem przygotowaliśmy bazę noclegów. Gdy dojechaliśmy do miejscowości Zvartavas, okazało się, że coś co miało być campingiem, jest zarośniętym ogrodem przy opuszczonej willi. Wyglądało to bardzo ponuro i nie mieliśmy ochoty tam zostawać. Dziwnym trafem na swojej drodze spotkaliśmy kobietę, która mówiła biegle po angielsku (przez cały dzień nie spotykaliśmy ludzi prawie wcale). Poleciła nam nocleg nad pobliskim jeziorem. Miejsce okazało się malownicze, a także bardzo zadbane. Była drewniana toaleta, parawan, stoły – trochę dziwny widok, tak „pośrodku niczego”. Po mniej więcej 2 godzinach naszego biwakowania zaczęli zjeżdżać się okoliczni mieszkańcy, by wykąpać się w jeziorze. Byli chyba jeszcze bardziej zaskoczeni naszą obecnością niż my ich. W nocy obyło się już bez większych wrażeń, a nad ranem przywitał nas najpiękniejszy wschód słońca jaki w życiu widzieliśmy.”
Piotr Brewczyński
Jedź, baw się

„Mój wyjazd na Filipiny w 2012 roku ogólnie obfitował w dziwne przygody, często niebezpośrednio spowodowane cenami alkoholu na miejscu, a także tym, że na tę wyprawę zabrałem ze sobą aż 5 osób. Podczas całego wyjazdu zdarzyło nam się zostać zamkniętymi w parku, włamać się niechcący do kościoła czy prawie spóźnić się na samolot, bo jeden z chłopaków zbyt długo flirtował z Francuzką, spotkaną w największym klubie Manili. Niemniej, najdziwniejszy nocleg sprokurowaliśmy sobie pod sam koniec wyjazdu, kiedy to wracaliśmy z Filipin samolotem linii El-Al, z 14-godzinnym (i nocnym) transferem w Tel Avivie. Zamiast spędzić noc na lotnisku, postanowiliśmy wyjść ze wszystkimi bambetlami na miasto i przenocować gdzie bądź. Po krótkim zwiedzaniu starej części miasta trafiliśmy do części portowej – sam już właściwie nie wiem jak. Tu grupa doszła do wniosku, że nie ma siły iść dalej i po prostu rozłożyła się z gratami tam, gdzie stała. Spaliśmy na miejscu do 6:00 i – co dziwne – przez ten czas nikt nie zwrócił nam uwagi, mimo iż z samego rana miejsce okazało się bardzo ruchliwe. Niski komfort portowych desek zrekompensowała nam poranna kąpiel w Morzu Śródziemnym, przy czym wszyscy postanowiliśmy przemilczeć fakt, że zamiast na kei mogliśmy po prostu przejść te 200 metrów i przespać się na plaży.”


Justyna Sekuła

„Tego dnia wędrowaliśmy łącznie jakieś 12 h. Kiedy dotarłam do schroniska znajdującego się opodal Rajsko Pryskało - najwyższego wodospadu w Bułgarii i w całych Bałkanach - Słońce powoli chowało się już za horyzontem. Po kolacji udaliśmy się do najlepszego na świecie apartamentu z widokiem na góry. Miliony gwiazdek jakości! W oddali słychać było konie, które pasły się, gdzie chciały, pobrzękując zawieszonymi na szyjach dzwonkami. Księżyc świecił na tyle jasno, że doskonale było widać, jak błyszczą nam oczy. Louis Armstrong wychwalał piękno tego świata, a ja, po cichu, wraz z nim. Chwilę potem dźwięki bułgarskiej muzyki splotły się z grą koników polnych, by ostatecznie przejść w gitarowy duet, który idealnie skomponował się z tamtą chwilą. Nad naszymi głowami krążyły międzynarodowe stacje kosmiczne, pojawiały się kolejne gwiazdy, świat, jak gdyby nigdy nic, pędził naprzód. Leżałam wyciągnięta na karimacie i marzyłam o tym, by być tutaj w sierpniu, podczas deszczu meteorów. Gdzieś obok pojawiły się konie, wygrywając swoimi dzwonkami najpiękniejszą kołysankę. Dzyń, dzyń-dzyń, dzyń. Zasypiałam uśmiechając się do nieba.”

Ania Alboth

„W naszych rodzinnych, wielomiesięcznych podróżach, zazwyczaj spędzamy każdą noc gdzie indziej. Śpiąc czasem w namiocie, czasem w aucie, a najczęściej u ludzi. Chyba najpiękniejszym porankiem, jaki przeżyłam w drodze, był poranek na Pacyfiku. Na samym środku Pacyfiku - gdzieś między Królestwem Tonga a Fidżi. Udało nam się złapać jachtostop, na wielkim katamaranie. Nigdy nie byłam na oceanie, nigdy nie czułam się tak mała, a jednocześnie tak zachłanna całego świata, jak tam.”

Natalia Kielur

„Tę noc mieliśmy spędzić w Braszowie. Poszukiwania odpowiedniego noclegu (takiego, który dogodziłby wszystkim) nie przyniosły jednak rezultatów. Zdecydowaliśmy poszukać kawałka bezpańskiej łąki poza miastem. Miejsce trafiło się nam jak ślepej kurze ziarno. Piękna płaszczyzna trawy pod lasem (czyli będzie ciepła kolacja), kilkanaście kroków dalej źródełko (czyli umyjemy się prawie jak cywilizowani ludzie), w zasięgu wzroku pasie się krowa (czyli trzeba będzie oczarować właścicielkę, coby nas mleczkiem albo innym serkiem poczęstowała). Wprost wymarzone miejsce do tego, aby się rozmnażać. Spędziliśmy tam jedną noc i zamierzaliśmy spędzić następną, a potem następną... wszak okolica obfituje w ciekawe szlaki i miasteczka. Sielankę zakłóciły nam jednak służby mundurowe. Najpierw usłyszeliśmy warkot silnika, potem zobaczyliśmy terenówkę żandarmerii wojskowej. Nie było innej możliwości - jechali prosto na nas. Po kilkunastu minutach rozmowy w czterech językach (trochę po rumuńsku, trochę po angielsku, trochę po polsku i trochę na migi), doszliśmy do tego, że panowie przyjechali nas ostrzec. W okolicy grasował lekko agresywny niedźwiedź. Dzień wcześniej zaatakował człowieka. Co robić w takiej sytuacji? Spytaliśmy czy mimo wszystko możemy zostać... Panowie nie oponowali. Uprzedzili tylko lojalnie, że jeśli coś się będzie stało, to możemy do nich oczywiście zadzwonić, ale nie obiecują, że zdążą nam pomóc. Tym optymistycznym akcentem pożegnali się, uścisnęli nasze dłonie i odjechali. Co zrobiliśmy my? Przestawiliśmy samochód tak, aby w razie czego wskoczyć do niego prosto z namiotu i odjechać, wszystkie rzeczy spakowaliśmy do środka, łącznie z wonnymi śmieciami, ustaliliśmy co robić, gdyby ktoś z naszej czwórki został obudzony przez jakieś podejrzane dźwięki i... poszliśmy spać. I nie była to nasza ostatnia noc w tym miejscu.”


Magda Ciach-Baklarz
Italia poza szlakiem

„To było lato 1997 roku. Arktyczne lato. W praktyce to oznacza dzień polarny i temperatury między 0 a 5 stopni Celsjusza. Byłam wtedy na studiach oceanograficznych i wzięłam udział w kilkutygodniowej wyprawie naukowej na Spitsbergen. Mieliśmy ze sobą dwa namioty - większy - stacjonarna baza i mniejszy, z którym wędrowaliśmy.
Pewnego dnia spaliśmy gdzieś w terenie, po drugiej stronie fiordu. Obudziłam się nad ranem i postanowiłam wyjść z namiotu. I wtedy mnie zamurowało. Zobaczyłam całe stado spokojnie skubiących trawę reniferów. Nie było szans na zrobienie zdjęcia, renifery są bardzo płochliwe, zresztą po chwili i tak mnie poczuły i spokojnie odbiegły. Jednak ten widok beżowo-burego stada nadal stoi mi przed oczami.

Norwegia ponownie oczarowała mnie 5 lat później. Świeżo po ślubie pojechaliśmy z mężem do niewielkiej miejscowości ok. 130 km na południowy-wschód od Bergen. Nasi znajomi mieli swój niewielki domek w górach, z którego pozwolili nam skorzystać. W domku były typowo norweskie drewniane naczynia starego typu, a leżąc na ręcznie robionych drewnianych łóżkach piętrowych zauważyłam na suficie odrysowane długopisem rączki i stópki ich dzieci, gdy były małe. W chatce nie było ani bieżącej wody ani prądu, więc wieczór spędzaliśmy przy lampach oliwnych. Przyzwyczajona do miasta oświetlonego nocą, otworzyłam drzwi domku i przeżyłam szok. Już zapomniałam, jak ciemna może być noc, a niebo jak bardzo może być usiane gwiazdami. Większość tej nocy spędziłam na dworze, siedziałam w śpiworze przyglądając się gwiazdom.”

Piotr Płoszajski
Podróżomania

„Zdjęcie pochodzi z Hiszpanii, pierwszy dzień jak wjechałem w góry Sierra Nevada. Zobaczyłem właśnie oto taki wielki kamień i postanowiłem, że się na nim prześpię; nagrzany przez słońce był idealnym miejscem na chłodną noc. No i widok na góry… ;)”


Olka Zagórska-Chabros
Bałkany Rudej

„Nasz chyba najwspanialszy nocleg na dziko miał miejsce w kwietniu 2012 roku. Od ponad dwóch tygodni przemierzaliśmy Bałkany. Ja po prawie 2 latach miałam okazję wrócić do Czarnogóry i nad Zatokę Kotorską. Wreszcie zaczęła dopisywać nam pogoda i Kotor oraz jego okolice prezentowały się wprost bajkowo. Wieczór postanowiliśmy spędzić w górach, w paśmie Lovocen, skąd rozciąga się piękny widok na Kotor oraz Zatokę Herceg Novi, a także lotnisko w Tivat. Idealne wprost miejsce na nocleg znaleźliśmy przy jednym z 27 zakrętów. Choć nie dało się robić namiotu, a w zatoczce, w której zaparkowaliśmy Kiankę było trochę śmieci, to widok na okolicę był wprost powalający. Niestety nocleg w tym miejscu możliwy jest jedynie poza sezonem, gdyż latem przejeżdża tamtędy mnóstwo turystów.”


Emilia Smolka

W Indiach spałam w różnych dziwnych miejscach, m.in. na dziedzińcach świątyń podczas hinduistycznych świąt, ale najbardziej zapadł mi w pamięć nocleg na odizolowanej plaży w Goa. Głównie dlatego, że nie było łatwo się tam dostać (szczególnie po ciemku!), i dlatego, że były tam olbrzymie nietoperze, prawie wielkości Batmana :P, coś niesamowitego! Przeraźliwy wręcz szum fal oceanu, krewetki z ogniska, a na śniadanie jeszcze świeży kokos znaleziony pod palmą sprawiły, że aż sama się do siebie uśmiechałam, bo zawsze mi się coś takiego marzyło. Ciepło było, spaliśmy więc pod gołym niebem, bez żadnych namiotów, śpiworów czy karimat. Dopiero rano mogłam zobaczyć jak ta plaża wygląda - to dopiero było wielkie wow!”

Natalia Fraś
Zapiski ze świata

„Jeśli miałabym wybrać nocleg z kategorii „najbardziej farciarski”, nie może to być nic innego, jak włoski taras z widokiem na morze i zachodzące słońce nad Monako.  Patrząc na warunki, w jakich mieszka Fabienne, która nas do siebie zaprosiła (apartament w małej, włoskiej wiosce, dostęp do basenu na tarasie i  jedna z najbardziej luksusowych łazienek jakie widziałam), trudno nazwać to spaniem „na dziko”, jednak okoliczności, dzięki którym się tam znaleźliśmy – jak najbardziej. Był  to lipcowy piątek, godzina dziewiętnasta, szanse na złapanie stopa w Monako spadały z każdą sekundą. Aż tu nagle, po napisaniu tabliczki „Anywhere”, zatrzymała się ona: sympatyczna blondynka koło czterdziestki, która nigdy w życiu nie brała nikogo „na stopa”.  Miała nas dowieźć tylko do autostrady, jednak po kilku minutach stwierdziła, że skoro zaraz zrobi się ciemno, pokaże nam bezpieczny park, w którym możemy się przespać. Po kolejnej minucie uznała, że i tak z nerwów nie mogła by zasnąć, bo z pewnością coś nam się w nocy stanie, więc zaprasza do siebie. Najpierw na basen, potem na kolację, a potem na nocleg! Co jest w tej historii najfajniejsze? To, że do tej pory mamy ze sobą kontakt i jest szansa, że wkrótce znów się spotkamy!”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz