Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słowacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słowacja. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 września 2014

[11] balkantrip cz. 5 (i ostatnia): Słowenia i Jarocin


Była ledwie godzina 16, kiedy przekroczyłyśmy granice miasta Koper. Od chłopaków dostałyśmy cynk, że również będą tu niebawem, więc – nie mając większych celów prócz „rozejrzeć się za miejscem do spania”, co jednak stało się standardem po przyjeździe w każde nowe miejsce – udałyśmy się spacerowym krokiem w stronę promenady. Zdążyłyśmy zrobić parę widokowych zdjęć…

…zanim niebezpiecznie ciemne chmury wyrzuciły z siebie porządny deszcz. Szczęśliwie tuż obok znajdował się wypasiony plac zabaw dla dzieci; jak można łatwo wydedukować, nie zawahałyśmy się ani przez moment decydując, że naszą bazą stanie się domek pod zjeżdżalnią.

Rozłożyłyśmy się wygodnie na domkowej podłodze, wyciągnęłyśmy z czeluści plecaków wszystko co tylko nadawało się do zjedzenia (a wcale nie było tego zbyt wiele) i zabrałyśmy się za pałaszowanie. Słoweńskim dzieciakom nie przeszkadzało ani trochę, że jakieś dwie turystki obładowane jak wielbłądy robią sobie ucztę w miejscu ich zabawy; tak samo zresztą, jak nie przeszkadzał im padający w najlepsze deszcz. Około dziesiątka dzieci z przekroju wiekowego od 1 do 10  biegała boso po trawniku, nad brzegiem morza i nad naszymi głowami. Musiałyśmy być czujne – co jakiś czas któryś dzieciak przebiegał ze świstem przez nasze terytorium, a kiepsko byłoby, gdyby w końcu zdarzyło się mu wdepnąć w nasz ostatni pasztet.
W końcu chłopaki do nas dotarli, taszcząc  - ku naszej szczerej uciesze – ogromną połówkę arbuza. Zaczęliśmy się na serio zastanawiać nad miejscem noclegu: jedyny namiot, który posiadaliśmy był mikroskopijną dwójką. Właściwie domek na placu zabaw był bardzo dobrą miejscówką, jednak przypomniało mi się, że poznani dzień wcześniej Ola z Piotrkiem wspominali, że byli w Koprze i spali w jakimś fajnym miejscu. Szybko wysłałam smsa z pytaniem, po kilku minutach dostałam odpowiedź:
„Spaliśmy u Gregora z couchsurfingu, tutaj macie do niego numer, zadzwońcie, na pewno was przygarnie. To przyczepa na działce, bez prądu i wody, ale chyba wam to nie przeszkadza.”
Nie marzyliśmy o dachu nad głową, a co dopiero o przyczepie! Seba zadzwonił pod podany numer, wytłumaczył hostowi co, kto, jak, gdzie i dlaczego.
- Idźcie do jakiegoś sklepu albo baru i zapytajcie o adres miejsca, w którym jesteście, a potem do mnie zadzwońcie i czekajcie tam. Przyjadę po was za 15 minut.
Jak obiecał, tak zrobił. Pół godziny później siedzieliśmy w przyczepie działkowej Gregora, który dał nam mapy miasta, pokazał na nich miejsca warte zobaczenia, tanią knajpę, stację benzynową, wylotówkę i wszystko, co mogło się nam przydać. Powiedział, że wieczorem wróci do przyczepy para Walijczyków, którzy śpią u niego od kilku dni. Pozwolił nam zostać na ile chcemy, pod warunkiem, że będzie miejsce – umówieni goście mieli pierwszeństwo. Walijczycy planowo mieli wyjechać nazajutrz, a ich miejsce miał zająć jakiś Rosjanin.
Uznaliśmy, że Koper jest dobrym miejscem na dwa dni resetu i odpoczynku od ciągłego bycia w trasie. Otworzyliśmy więc kupione wcześniej piwo i zajęliśmy się słodkim nicnierobieniem.
Cydr gruszkowy Somersby – polecam bardzo gorąco!

Nasz nowy, Koprowy dom. Żyliśmy sobie po prostu jak królowie :)

Następnego dnia spaliśmy do oporu. Właściwie od momentu przebudzenia mieliśmy plan iść na plażę, jednak w efekcie zebraliśmy się na nią dopiero po południu. Przy okazji zrobiliśmy porządną rundkę po mieście, które okazało się być przeurocze. Koper znajduje się w Istrii, bardzo blisko granicy z Włochami, więc klimat jest tam iście włoski, a właściwie większość mieszkańców dwujęzyczna, tak samo zresztą jak napisy na budynkach, w menu, drogowskazy i informacje turystyczne.

 






Włoskich klimatów w Koprze pod dostatkiem - a wyżej moje ulubione
zdjęcie zrobione w jakimś zaułku.
 Wieczorny koncert na promenadzie.
No i nadmorski zachód słońca w końcu złapaliśmy!

Wracając do przyczepy zaopatrzyliśmy się w wino (a konkretniej rzecz biorąc w wina) i planowaliśmy miło spędzić ostatni wieczór przed powrotem do Polski. Nasi walijscy znajomi wyjechali, toteż po cichu liczyliśmy, że zapowiadany przez Gregora kolejny gość okaże się na tyle w porządku, żeby napić się z nami i pointegrować. Nie myliliśmy się ani odrobinę. Wieczorem do przyczepy dotarł Sergey – Rosjanin pochodzący z Moskwy, żyjący i studiujący w Wiedniu perkusję jazzową; muzyk bijący w bębny w zespole Jazzator (który swoją drogą bardzo polecam!) i niesamowicie otwarty, sympatyczny i zabawny facet. Tematy rozmów się nie kończyły – zaczęło się od niewinnego „skąd jesteś, co robisz i jak ci się tu podoba”, a dwie butelki wina później rozkładaliśmy na czynniki pierwsze każde znane polskie i rosyjskie przekleństwo. Wymieniliśmy się oczywiście numerami i innymi fejsbukami. Nazajutrz rano z Kopru wyjeżdżałam bogatsza o kilka kontaktów i zaproszenie do austriackiej stolicy.
Przy wylotówce stałyśmy aż około godziny, kiedy w końcu zatrzymał się sympatyczny facet jadący wielkim samochodem. Właściwie w środku miejsca było prawie tyle co w busie. Podrzucił nas na stację benzynową przy obwodnicy Ljubljany, twierdząc, że zawsze swoi tam mnóstwo tirów. Owszem, tak było – jednak większość z nich była pusta bądź miała zaciągnięte zasłonki, co świadczyło o tym, że kierowca jeszcze śpi. Nic dziwnego, było całkiem wcześnie. Cierpliwie usiadłyśmy przy wyjeździe z dwoma kartkami – jedną z napisem MARIBOR, a drugą z optymistyczną POLSKĄ.
Po dwóch godzinach sterczenia w pełnym słońcu na betonowym parkingu, moja głowa błagała o amputację. Zostawiłam Zuzę z bagażami i poszłam na zwiady między tirami, licząc, że któryś z Polaków nie będzie już spał. Zauważyłam młodego gościa grzebiącego przy naczepie ciężarówki na polskich numerach.
- Dzień dobry! Jedzie pan może do Polski?
- Dzień dobry, jadę.
- A nie chce pan wziąć dwóch autostopowiczek?
- A dokąd konkretnie jedziecie?
- Ogólnie to do Jarocina, ale byle dalej, chcemy być najpóźniej jutro w Polsce.
- Za 5 minut będę jechał. Czekacie przy wyjeździe? Podjadę tam. Tylko uprzedzam, że mam bardzo małą kabinę.
Faktycznie, była bardzo mała. Pierwszy raz jechałam lorą (zamiast typowej naczepy ciągnęliśmy za sobą podwójną naczepę samochodów osobowych, ułożonych piętrowo. Hardcore!) i mogę powiedzieć, że jazda takim kolosem robi jeszcze większe wrażenie niż przejażdżka typowym tirem. Kierowca uprzedził, że tego dnia na pewno nie zdąży dojechać do Polski, bo niedługo kończy mu się czas, ale dowiezie nas aż do granicy z Węgrami i tam wysadzi na stacji benzynowej, która jest ostatnią przed wjazdem na autostradę, więc wszyscy kierowcy ciężarówek kupują tam winiety i na pewno uda nam się kogoś złapać. Po trzech godzinach jazdy zatrzymaliśmy się, pożegnaliśmy i już obrałyśmy sobie za cel tira na numerach z Dębicy, już kręciłyśmy się obok niego, czekając aż kierowca wróci ze sklepu, kiedy nasz kolega z lory wybiegł z budynku stacji krzycząc:
- Dziewczyny, czekajcie! Spotkałem właśnie kolegę, kiedyś go podwoziłem, więc on się teraz odwdzięczy i was zabierze. Właściwie zabiorą, bo jedzie ze swoim kolegą, na dwie ciężarówki.
Wtedy właśnie zaczął się chyba najzabawniejszy etap naszej podróży, zasługujący na całkiem osobny akapit. Ze sklepu wyszło dwóch gości; jeden na oko po czterdziestce, drugi trochę młodszy. Przedstawili się. Starszy Zbyszek, młodszy Leszek. Która z kim jedzie? Dobrze, no to w porządku, no to wsiadamy i w drogę. Ja ze Zbyszkiem, Zuza z Leszkiem, oni ze sobą przez CB radio. Chyba nigdy w życiu nie jechałam na stopa z kimś takim jak ta dwójka. Zbyszek okazał się człowiekiem jednoosobową imprezą – buzia mu się nie zamykała ani na moment; jeśli nie do mnie gadał coś cały czas, to do Leszka, jak nie do Leszka, to do swoich dzieci przez telefon. Opowiedział mi co ciekawsze anegdotki ze swojego życia, sytuacje z trasy, nie omieszkał rzucać co chwila głupimi żartami. Typ człowieka, który zaskarbia sobie sympatię słuchaczy w ciągu pierwszych dwudziestu sekund. W międzyczasie byliśmy świadkami strasznego wypadku na Węgrzech – samochód osobowy po prostu wbił się w poprzek w kabinę tira. Na półtorej godziny utknęliśmy w korku, przez co mieliśmy na tyle duże opóźnienie, że pewnym było już, że nie dotrzemy tego dnia pod granicę polską. Chłopaki powiedzieli, że mogą spróbować znaleźć nam transport przez CB, jednak małe szanse, że ktoś pojedzie dalej niż do granicy. Miałyśmy więc dwie opcje – albo jedziemy i koczujemy w nocy gdzieś między dystrybutorem a toaletą, albo zostajemy ze Zbyszkiem i Leszkiem na miłym parkingu na Słowacji, pijemy piwo bądź trzy, a potem śpimy sobie wygodnie na łóżku w tirze. Wybór był prosty.
Tym sposobem spędziłyśmy świetny (i śmieszny) wieczór przy Złotym Bażancie z naszymi nowymi kolegami, po czym wskoczyłyśmy we dwie na górne łóżko w ciężarówce Zbyszka i zasnęłyśmy jeszcze zanim wygodnie się ułożyłyśmy.
O 7 rano obudziły nas stłumione rozmowy z zewnątrz, a chwilę później ktoś zaczął bujać naszą kabiną, która roztrzęsła się jak kurze nóżki w galarecie. Moment później usłyszałyśmy jak Zbyszek przewraca się na dole na drugi bok i siada na łóżku.
- Kurde, dziewczyny. Budzę się rano, patrzę do góry, a tam jakieś włosy zwisają! Myślę sobie: o kurwa. Czy ja jestem pijany czy o co chodzi? A potem sobie przypomniałem, że wy tam śpicie.
Poszłyśmy na stację na szybko toaletę w kranie, a jak wróciłyśmy, poznałyśmy trzeciego kierowcę jadącego z nami tego dnia – Tomka – po czym Zbyszek zaproponował kawę.
- Z mlekiem?
- Nie, bez.
- Czyli mogę wam zrobić taką, jaką ja zawsze piję? Czarną i smolistą?
- No jasne.
Wyjął ze schowka puszkę sypanej kawy i łyżkę stołową.
- Wiecie co, bo zgubiłem łyżeczkę i muszę teraz sypać łyżką. Ale chyba wam to nie przeszkadza, nie?
Po czym sypnął każdej z nas do kubka dwie kopiate łyżki kawy. Paliła przy przełykaniu, za to trzymała przez kolejną dobę.
Chłopaki na granicy odbijali w stronę Sandomierza, a uznali, że skoro jedziemy do Jarocina, łatwiej nam będzie dostać się na przejście graniczne w Cieszynie. Szybciutko zorganizowali nam więc przez CB kolejnego kierowcę – Mańka. Na pozór małomówny, starszy facet okazał się bardzo sympatyczny i zaangażowany w szukanie nam kolejnych kierowców. Dojechałyśmy z nim aż pod Częstochowę, gdzie zjechał na parking i z częstotliwością 2 razy na minutę powtarzał przez radio, że „dwie fajne dziewczyny szukają transportu w stronę Piotrkowa Trybunalskiego, do Jarocina jadą”. W końcu zgłosił się dla odmiany bardzo gadatliwy pan, który zawiózł nas pod Łódź, gdzie przechwycił nas następny kierowca z CB, jadący do Stryszowa. Ten ostatni przyznał, że jak usłyszał, że jedziemy na festiwal w Jarocinie, nie mógł nas zostawić, bo sam jest fanem mocnego grania i tego typu imprez. Przez całą drogę powtarzał na CB komunikat, że potrzebujemy transportu, ale nikt się nie zgłosił, więc wysadził nas w Stryszowie na stacji, życząc powodzenia. Tak czy inaczej bilans miałyśmy niezły – praktycznie od samej Ljubljany aż tutaj dojechałyśmy transportem radiowym.
Zuza poszła do ubikacji, a ja za ten czas weszłam do sklepu na stacji, żeby zorganizować kartony. W drzwiach zaczepił mnie jakiś koleś.
- Cześć, to wy jedziecie do Jarocina?
- Eeee… Cześć, no jedziemy, a ty też jedziesz?
- Niestety nie, ja na Toruń, ale słyszałem właśnie o was na CB, powodzenia, trzymam kciuki!
Eh, kto tego dnia o nas nie słyszał na CB – toż pół Polski zostało zaangażowanej w dowiezienie nas na festiwal.
Kolejnego stopa złapałyśmy w 10 minut. Zatrzymał się bardzo sympatyczny gość, jadący aż do Poznania. Okazało się, że jest wykładowcą na łódzkiej filmówce, więc poopowiadał nam trochę ciekawych rzeczy i droga z nim minęła bardzo szybko. Wysiadłyśmy na obwodnicy i za chwilkę zatrzymał się młody gość, który jechał do miasteczka jakieś 30 km od Jarocina. Na trasie zajmującej jakieś 20 minut zatrzymaliśmy się w sklepie dwa razy, no ale dostałyśmy colę w prezencie, więc nie było na co narzekać. Na ostatni kawałek trasy zatrzymał się tir, który wysadził nas w samiutkim centrum Jarocina.
Cóż, kolejne 4 dni spędziłyśmy w namiocie obcych ludzi (bo przecież nie miałyśmy namiotu na festiwal), w rowie, pod sceną; zarabiając na robieniu dredów, pijąc piwo i absolutnie się relaksując.



Droga powrotna oczywiście stopem, jednak zamiast z kartką z napisanym celem, łapałyśmy na taki chwyt:

Okazał się skuteczny – sporo ludzi mówiło: „a, zatrzymałem się, bo rozśmieszyła mnie kartka”. Zresztą nie tylko kierowców bawiła…
I tak właśnie, będą sławne, niewyspane, opalone, przeszczęśliwe i wiozące w plecaku obok śmierdzących ubrań siedem kilo wspomnień, dotarłyśmy do domu, kończąc prawdopodobnie największą, choć z pewnością nie jedyną przygodę tych wakacji.


niedziela, 27 lipca 2014

[5] balkantrip cz. 1: Rumunia


Czas: 8 – 22.07.2014
Dystans: ponad 4500 km
Hajs: ok. 120 € + 100 zł

Ostatni egzamin miałam 7.07. Niecałą dobę później stałam już w Barwinku z ważącym ponad 10 kg plecakiem i z toną kartonów pod pachą razem z Zuzą, Sebą i Pawłem. Trasa wstępnie (a nawet bardzo niepewnie, jak się później okaże) zarysowana, misja na dzień pierwszy okraszona dozą optymizmu – uda nam się dotrzeć do Cluju-Napoca w Rumunii.
Na dobry początek zmuszeni byliśmy przejść się kilka kilometrów z naszej pierwszej miejscówki na lepiej usytuowaną stację benzynową. Tam podzieliliśmy się już definitywnie: pierwszego dnia ja jadę z Pawłem, a Zu z Sebą. Żeby sobie nawzajem nie przeszkadzać, my zostaliśmy na stacji, oni przenieśli się do zatoczki nieopodal. Typowo wakacyjna pogoda, słońce prażyło niemiłosiernie, co nie do końca wpływało na naszą korzyść, pięknych, młodych i pełnych energii podróżników, którzy niebawem mieli raczej sprawiać wrażenie styranych życiem przypalonych skwarek. Usiedliśmy więc z Pawłem na trawie przy wyjeździe ze stacji z kartką z napisem „Barwinek” (dzieliło nas od niego kilka kilometrów) oraz drugą o treści „Słowacja”. Po blisko pół godzinie podjechała do nas ciężarówka.
- Dokąd jedziecie?
- Na Słowację.
- A później?
- Na Węgry.
- No dobra, a jeszcze później gdzieś jedziecie?
- Właściwie to do Rumunii, ale nawet Słowacja nas zadowoli. A pan?
- Do Bukaresztu. To wsiadacie?
Nasze zdziwione miny były prawdopodobnie warte więcej niż milion dolarów. W ten prosty sposób poznaliśmy Pawła, który został naszym kompanem na najbliższych 10 godzin i okazał się świetnym opowiadaczem podróżniczo-pracowniczych historii. Swoją ciężarówką zwiedził praktycznie całą Europę oprócz Albanii i Czarnogóry. Tę ostatnią zaprezentował nam zresztą w tak ciekawy sposób, że niemal momentalnie uznaliśmy, że koniecznie musimy naciągnąć trochę planowaną trasę, by zahaczyć o ten kraj.
Przejazd przez Słowację i Węgry minął bez większych fajerwerków. Pomijając kwestię, że niejednokrotnie miałam okazję być – zarówno na dłużej jak i na krócej – w obu tych krajach, zwyczajnie nie jestem szczególną pasjonatką tych rejonów. O ile Węgry odbieram całkiem przyjemnie (wyłączając język węgierski, którego słuchając czuję się, jakby ktoś atakował mnie z każdej strony paczką gwoździ) i dobrze kojarzą mi się z dzieciństwem, tak Słowacja jest dla mnie kompletnie szara i nijaka. Niemniej jednak naszym celem tego dnia była malownicza Rumunia i kiedy po południu przekroczyliśmy węgiersko-rumuńską granicę, czuliśmy się jak zwycięzcy. Nasz kierowca z kolei utrzymywał wersję, że wcale nie męczy go nasze towarzystwo, wręcz przeciwnie – bardzo się cieszy, że z nim jedziemy, bo dzięki temu ani trochę mu się nie nudzi i w ogóle nie stał się senny. A Rumunia zachwyciła od samego początku.

Takie widoki towarzyszyły nam przez całe trzy dni przemierzenia kraju. Najpierw mrożące krew w żyłach kręte, wąskie i strome drogi wspinające się po górach, a następnie zapierające dech w piersiach pejzaże, które chciałby uwiecznić niejeden fotograf pasjonat. Pikanterii pokonywanym przez nas trasom dodawał fakt, że Rumunii kierowcy w ogóle nie boją się wyprzedzać, bynajmniej nie zawsze w tym pozytywnym wydźwięku. Niejednokrotnie zdarzyło się, że na drodze ze świstem mijał nas samochód, którego kierowca zupełnie nie zważał na to, że z naprzeciwka również jedzie auto. Obaj prowadzący podchodzili do sprawy zupełnie bezstresowo, starając się kulturalnie zjechać trochę na bok żeby uniknąć wypadku. Może Polakom też przydałaby się taka zimna krew?

Paweł wysadził nas w Cluju, gdzie wymieniliśmy się numerami, a następnie ustaliliśmy, że jeśli będziemy chcieli jechać gdzieś w świat, mamy prędko dać znać – może po skonsultowaniu trasy okaże się, że Paweł jedzie w to samo miejsce w tym samym terminie? :)
Na miejscu mieliśmy czekać na Zuzę i Sebę, którzy chwilę wcześniej napisali smsa, że są kilkadziesiąt kilometrów od Cluju. Z braku lepszej alternatywy (no dobra, tak naprawdę głównym powodem było to, że umieraliśmy z głodu po całym dniu bez jedzenie) poszliśmy na pobliską stację benzynową. Przy zamawianiu jedzenia okazało się, że sprzedawca ma problem z posługiwaniem się językiem angielskim. Gdy próbowaliśmy mu wytłumaczyć, że chcielibyśmy kanapki na ciepło, z zupełnie bezinteresowną pomocą przyszedł Rumun stojący w kolejce do kasy obok, który z kolei po angielsku mówił świetnie. Szybko dogadał się z nami, po czym przetłumaczył polecenia na rumuński sprzedawcy. Podziękowaliśmy ładnie, usiedliśmy przy stoliku i zajęliśmy się studiowaniem mapy. Nie minęło 5 minut, gdy nasz wybawca z kasy się do nas przysiadł.
- Cześć, przepraszam, że przeszkadzam, ale zauważyłem, że nie jesteście stąd i pomyślałem, że może potrzebujecie pomocy. Skąd przyjechaliście?
- Z Polski.
- Mogę wam jakoś pomóc? Może macie jakieś pytania? Ile czasu spędzicie w Cluju? Macie gdzie spać tej nocy?
- Dziękujemy, to bardzo miłe, że zagadałeś. Wszystko jest w porządku, chociaż właściwie… Może znasz jakieś miejsce nieopodal, gdzie moglibyśmy rozbić namiot?
- Namiot… Czekajcie, muszę zadzwonić.
(po minucie – jak mniemam – rozmowy na temat „gdzie pokierować miłych Polaków, żeby było przyzwoicie i tanio, ewentualnie za darmo”)
- Mój kolega dał mi numer do hostelu, zadzwonię i zapytam, czy mają tam pole namiotowe.
(kolejną minutę później)
- Niestety, nie mają miejsca na namioty, ale ceny za pokój wynoszą tyle i tyle. Chcecie żebym go dla was zarezerwował?
- Nie, nie trzeba, ale dziękujemy, bardzo nam pomogłeś.
- Nie ma problemu. Miłego wieczoru i pobytu w Cluju!
Przez kolejnych 15 minut uśmiech nie schodził mi z twarzy. Pierwsze starcie z miejscowymi, a już serdeczność kipi z każdego kąta. Zdecydowaliśmy się pójść do pobliskiego sklepu w celu kupienia rumuńskiego piwa i poczekania na naszych przyjaciół. W międzyczasie dokładnie obeszliśmy stację benzynową z każdej strony w poszukiwaniu kawałka trawy, na której moglibyśmy postawić namiot. Niestety, miejscówka była dosyć marna, należało więc uruchomić pokłady wyobraźni. Gdzie najczęściej można spotkać nocą spłukanych podróżników? Oczywiście, że na dworcu! A gdzie przeważnie znajdują się dworce? Na pewno nie na obrzeżach miasta; należy dostać się do centrum. Zagadałam do grupki dziewczyn stojących na przystanku autobusowym i ponownie zderzyłam się ze ścianą życzliwości: dostaliśmy dokładne dyrektywy czym, dokąd, jak i którędy. Na pytanie o bilety autobusowe usłyszeliśmy:
- E, nie martwcie się, już późno, na pewno nie będzie kontroli, a nawet jakby była, to jesteście turystami.
Na szczęście dziewczyny miały rację. Bez problemu dostaliśmy się do centrum (ponownie doświadczając serdeczności miejscowych, którzy dokładnie informowali nas na którym przystanku powinniśmy wysiąść. Pod tym względem Rumunia jest naprawdę cudowna – każdy stara się pomóc jak tylko może), skąd udaliśmy się prosto na dworzec. Byliśmy już niemal na sto procent zdecydowani, że spędzimy tam noc, jednak po pół godziny koczowania na plecakach atmosfera zaczęła się zagęszczać, tak samo jak liczba ludzi w poczekalni. Cyganie. Niektórzy przychodzili pojedynczo, inni całymi rodzinami. Siadali na ławce, by po chwili zerwać się i usiłować sprzedawać cięte tulipany ludziom oczekującym na pociąg. Mimo że staram się nie uprzedzać do ludzi bez powodu, cygańskie pielgrzymki nie wzbudziły mojego zaufania. Czym prędzej wyszliśmy z budynku.
Bardzo przykre, że rodowici Rumuni są postrzegani właśnie przez pryzmat Cyganów. Przyznam, że przed przyjazdem sama byłam niemal pewna, że prawdziwy Rumun ma śniadą cerę i gardzi pracą. Nic bardziej mylnego – to maksymalnie otwarci, sympatyczni i przyjaźni ludzie, którzy wciąż tracą na wizerunku przed cygańską mniejszość. Obiecałam sobie, że idąc obładowana bagażami i siatkami z Biedronki już nigdy nie powiem, że „idę jak Rumun”.
Ostatecznie, po dwóch godzinach krążenia po nocnym Cluju, maksymalnie zmęczeni, głodni i delikatnie już poirytowani zdecydowaliśmy się z bólem serca wydać pieniądze na hostel. (W międzyczasie dostaliśmy wiadomość od Zu i Seby, że są pod miastem, spędzą noc na stacji i dotrą do nas nazajutrz.)  Mimo szczerych chęci nie zdołaliśmy znaleźć najmniejszego kawałka trawnika, na którym można byłoby niepostrzeżenie rozłożyć namiot, a ze względu na panujące cygańskie okoliczności uznaliśmy, że spanie na chodniku jest kiepskim pomysłem. Obeszliśmy chyba wszystkie możliwe hostele w promieniu kilometra, pytając w międzyczasie o radę pana ze sklepu, panie w kasie na dworcu i policjanta. Ostatecznie wróciliśmy w pierwsze odwiedzone miejsce, które wydało się najtańsze ze wszystkich.
- Dzień dobry, jednak wróciliśmy. Zdecydujemy się na pokój, ale mamy pytanie: czy jest możliwość wzięcia dla naszej dwójki pokoju jednoosobowego? Wie pan, studenci…
- Hm… tak, jest. A nawet mogę wam dać dwójkę w jeszcze niższej cenie niż jedynka.
Pamiętajcie: zawsze warto się targować! Nawet jeśli jesteście niemal pewni, że nic nie ugracie. Nikt was nie pobije ani nie wyrzuci za pytanie, czy można taniej, a da się naprawdę sporo ugrać. Tym sposobem zapłaciliśmy za dwójkę jakieś 70% jej wyjściowej ceny. Nasze kieszenie zostały nieco uspokojone i z czystym sumieniem mogliśmy iść spać.
                                   
Następnego ranka, po skompletowaniu się już we czwórkę ruszyliśmy zwiedzać miasto. Właściwie słowo „zwiedzać” nie jest najtrafniej dobrane – był to raczej rekreacyjny spacer, którego celem po jakimś czasie okazało się szukanie ławki. A tych jak na złość w Cluju jak na lekarstwo!


Mimo wszystko miasto bardzo mnie urzekło i momentalnie dopisałam je do listy miejsc, które chcę ponownie odwiedzić, tym razem z większym zapasem czasu. Widać, że wciąż się rozwija, póki co jest mocno rozkopane i cały czas remontowane, jednak ma wiele klimatycznych i tajemniczych zaułków, w które warto się zapuścić i podglądnąć jak wygląda życie w Cluju od kuchni.
Moje wspomnienia jak zwykle nie są zbyt spójne i kolejna – choć może mało ważna – rzecz, która zapadła mi w pamięć to okropna melodia z dworca PKP. Zapomniałam wspomnieć, że to on stał się naszą śniadaniową jadalnią i już po 15 minutach w towarzystwie niecichnącej melodyjki, która poprzedzała każdą zapowiedź pociągu byliśmy bliscy zwariowania.
Spacerując po mieście całkiem przypadkiem spotkaliśmy całkiem nieznajomą parę w postaci Tomka i Uli, którzy również przyjechali do Rumunii autostopem. Był to naprawdę miły akcent i żałuję, że nie wymieniliśmy się numerami.
Po kilku godzinach nadszedł najgorszy moment dla każdego autostopowicza – czas znaleźć wylotówkę w stronę nas interesującą, czyli w tym wypadku na Timisoarę. Zajęło nam to – bagatela – kolejną godzinę. Tym razem miałam łapać okazję z Sebą. Pierwszy samochód, który się zatrzymał, prowadził francuz, z którym dosyć ciężko było się dogadać, jednak metodą „Kali jeść, Kali pić” doszliśmy do porozumienia i zawiózł nas do Turdy. Wysiedliśmy na stacji benzynowej i tam po raz pierwszy w życiu miałam okazję zobaczyć kobiety wykonujące najstarszy zawód świata w takim zagęszczeniu! Było ich chyba z 5 czy 7, kulturalnie czekały w kolejce, żeby nie zabierać sobie nawzajem klientów. Widać zasady dobrego zachowania obowiązują i w tej profesji.
Z Turdy szybko złapaliśmy kolejnego stopa do Sebes. Tym razem wziął nas przemiły młody (i notabene całkiem przystojny; szalenie kojarzył mi się z Chetem Fakerem) architekt, który do tego świetnie mówił po angielsku, więc droga upłynęła na miłej konwersacji. Niestety wszystko co przyjemne szybko się kończy i po kilkudziesięciu minutach znów staliśmy na drodze machając kciukiem. Trasa Sebes – Deva dla mnie minęła o wiele za szybko, ponieważ po jakichś 10 minutach jazdy zasnęłam na tylnym siedzeniu, a umilaniem kierowcy czasu rozmową zajął się Seba. Obudziły mnie słowa „Magda, to już” i zanim zdążyłam przetrzeć oczy, zauważyłam, jak kierowca daje Sebie do ręki 50 lei ze słowami, że na pewno jesteśmy bardzo głodni i koniecznie musimy iść coś zjeść. Kolejny piękny gest ze strony Rumunów.
Został nam do pokonania ostatni odcinek trasy do Timisoary. Pogoda zrobiła się wybitnie psia i mokra, może dlatego kierowca tira nie pozwolił nam stać w zatoczce dłużej niż 10 minut. Starszy pan o poczciwym uśmiechu, rozumiejący pojedyncze słowa po angielsku. Wspólnymi siłami ustaliliśmy, że jedzie w tym samym kierunku co my. Zagadywał nas po rumuńsku i po niemiecku, jednak bezskutecznie. W końcu zapytał skąd jesteśmy.
- Jesteśmy z Polski.
- Aaaaa, Polska! Jak się masz? Dobrze. Proszę. Proszę bardzo. Kurwa mać. Dziękuję. Dzień dobry.


Możecie wyobrazić sobie naszą reakcję. Droga do Timisoary minęła w świetnej atmosferze i rozmowach po rumuńsku-angielsku-polsku. Po dojechaniu do miasta kierowca zapytał, gdzie nas wysadzić.
- Właściwie najlepiej byłoby na wylotówce, ale to pewnie na drugim końcu miasta. To może jest tu jakaś stacja z prysznicem?
Jeden telefon, drugi.
- Nie ma tu pryszniców na stacjach.
- To możemy wysiąść gdziekolwiek, gdzie panu wygodnie.
- Bo ta wylotówka… to bym musiał na drugi koniec, nie, to daleko.
- To może być na najbliższym przystanku.
- Aż przez całe miasto bym musiał.
- To bez sensu, niech pan nas wysadzi tutaj.
- Eeee.
Gaz i popędziliśmy z naszym nowym rumuńskim kolegą prosto na stację na samiutkiej wylotówce. Tam poczekaliśmy na Zuzę i Pawła, którzy dotarli do nas chwilę później. Jedyną alternatywą na nocleg było rozbicie namiotu na stacji, ale dla zachowania przyzwoitości postanowiliśmy uprzedzić o tym pracowników. Nie robili najmniejszego problemu, więc znaleźliśmy miłą miejscówkę za opuszczonym tirem, wypiliśmy kupione dzień wcześniej piwo i poszliśmy spać.


Ranek obudził nas zapachem smaru i ujadaniem psów. Szybka toaleta w umywalce na stacji, załatwienie kolejnych kartonów u pracownika stacji i czas lecieć dalej. Stopując w Rumunii nie trzeba nawet specjalnie się wysilać -  gdy czekałyśmy z Zu aż chłopaki skończą składać namiot jakiś samochód sam się przy nas zatrzymał i zostałyśmy zbombardowane pytaniami dokąd jedziemy i czy potrzebujemy podwózki.



W miejscowości Moravita znajdującej się kilka kilometrów od granicy byliśmy (tym razem znów z Pawłem) po jakichś 2 godzinach. Dzień zdecydowanie nam nie sprzyjał – w pełnym słońcu staliśmy w Moravicie kolejne dwie godziny. Bezskutecznie; ruch był znikomy, droga do granicy z Serbią tylko jedna, a mimo wszystko kierowcy kręcili głowami pokazując, że jadą gdzie indziej. W końcu zlitował się nad nami starszy pan, który łamanym angielskim przeplatanym z niemieckim poradził, byśmy przeszli granicę pieszo, bo jest blisko i tam łatwiej będzie nam coś złapać. Swoją skomplikowaną wypowiedź skończył słowami „God bless you every day”, które, jak się później okazało, ani trochę nie przyniosły nam szczęścia. Jednak granica została przekroczona bez problemów, co więcej – celnicy byli nadzwyczaj mili. Ten fakt sprawił nam wiele radości, choć jak to mówią: nie chwal dnia przed zachodem słońca.



A co jeszcze do owego zachodu się stało, opowiem po powrocie z Woodstocku, na który ruszam już jutro. Tym razem z o wiele mniejszym plecakiem ;) Co jak co, ale po dwóch tygodnia z nadbagażem okazuje się, że tak naprawdę jedynymi niezbędnymi rzeczami wyjazdowymi jest czysta bielizna i mydło.

Miłego tygodnia pełnego wrażeń!