Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nocleg na dziko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nocleg na dziko. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

[50] Dziki (prawie) zachód: o tym dlaczego nie warto planować

Czas: 10-22.08
Dystans: ok. 4000 km
Hajs: ok. 110 €

Od dłuższego czasu wszyscy pytali: to dokąd w końcu jedziecie? „Gdzieś na zachód, może Francja” – odpowiadałyśmy obie. Miałyśmy kierować się w stronę Czech, potem Niemiec, a potem gdzie wyjdzie.

Lądujemy w Barwinku. Dlatego, że początek jest trudny – dużo czekania, podwózki po kilka kilometrów. Za to po przekroczeniu granicy ze Słowacją udaje nam się złapać tira aż do Miskolca. W ten sposób poznajemy pana Jurka, a przez CB jego kolegę - pana Janka. Pod Miskolcem obaj panowie zaczynają szukać nam transportu na dalszą drogę.
- Panowie, jedzie któryś w stronę Francji? Dwie dziewczyny do zabrania.
- Cześć Jurek!
- O, cześć Marcin! Jedziesz na Francję?
- Nie jadę, ale powiedz dziewczynom, że jadę do Istambułu i jeśli chcą, to mogą się zabrać.
Patrzymy na siebie porozumiewawczo. Kebab prosto z Turcji? Taka oferta tuż po wyruszeniu? Brzmi idealnie! Już prawie mówimy „tak, jedziemy do Istambułu”, kiedy Agnieszka przypomina o głośnych ostatnio zamieszkach w Turcji. Innym razem.
Wysiadamy na całkiem porządnym parkingu przy autostradzie; takim z ubikacją i dużą ilością krzaków, za którymi z powodzeniem można rozbić namiot. Właściwie od początku jesteśmy na to nastawione, więc niespiesznie robimy kanapki, a ja odkrywam zabawną rzecz – duża paczka chusteczek nawilżanych, które kupiłam na wyjazd okazuje się dużą paczką jednorazowych woreczków na brudne pieluchy o zapachu świeżej pieluchy. Gdyby w tamtym momencie ktoś zapytał co z nimi zrobię, odpowiedziałabym, że na pewno się nie przydadzą. A jednak.

Siadamy przy wyjeździe z parkingu, by być chociaż odrobinę widoczne z autostrady i leniwie machamy kciukami, właściwie bardziej dla poczucia, że nie siedzimy bezczynnie niż dla faktycznego złapania kogokolwiek. Zajęte rozmową ledwo zauważamy zjeżdżającą nagle gwałtownie z autostrady na pobocze ciężarówkę. Węgierski kierowca pokazuje, żebyśmy wsiadały, jedzie w stronę Budapesztu i chętnie nas zabierze. Niestety, jedyny język w jakim mówi to węgierski, więc bardzo ciężko nam się dogadać. Zresztą, rozmowa byłaby bardzo trudna, bo z głośników non stop leci dziwne i bardzo głośne techno. Szybko wnioskuję, ze kierowca musi mieć adhd. Nie potrafi usiedzieć za kierownicą i skupić się tylko na jeździe – co chwilę rozmawia przez telefon, jeśli akurat tego nie robi to gra w jakieś telefonowe gry, w międzyczasie tańczy (!) w zabawny sposób. Staramy się jednak nie narzekać – w końcu mamy podwózkę.

Po jakichś 2 godzinach jazdy zatrzymujemy się nagle tuż przed rozjazdem na środku autostrady, a kierowca pokazuje nam kierunek na Budapeszt, tłumacząc, że on jedzie w prawo. Na nic zdają się nasze tłumaczenia, że Budapeszt był tylko kierunkiem odniesienia i wcale nie chcemy tam jechać. W końcu załapuje, że chcemy jechać z nim dalej, co kwituje słowami: „OK. Problem, car, serwis. OK?”. No chyba OK.
Jedziemy do tego nieszczęsnego serwisu, gdzie spędzamy godzinę. Po powrocie do samochodu kierowca znów wykonuje telefon. Krzyczy do niego, po czym podaje Agnieszce słuchawkę mówiąc: „English”. To jego brat, który faktycznie mówi po angielsku i tłumaczy nam, że kierowca jedzie nad Balaton. Idealnie! Żadna z nas nigdy nad Balatonem nie była. Ruszamy więc w drogę, a my obie szybko zasypiamy.
- Fonyod! Fonyod! Balaton! – budzi nas krzyk kierowcy. Patrzę na zegarek – 2.00 w nocy. Nie do końca obudzone dziękujemy i wysiadamy. Chcemy jak najszybciej znaleźć miejscówkę do spania, jednak okazuje się to nie takie proste. Sporo terenu przy samym jeziorze to prywatne posesje, a nie mamy najmniejszej ochoty robić sobie problemów. Na szczęście okazuje się, że blisko jest dworzec PKP, a przy nim ładne i wyglądające na wygodne podwórko wysypane żwirem. Bez dłuższego namysłu rozwijamy karimaty za krzakiem, tuż przy torach.


Budzą nas śmiechy kolejnych przechodniów. Niespiesznie wstajemy, ogarniamy się w dworcowej toalecie i jemy śniadanie. Chcemy szybko dostać się na autostradę i złapać kogoś jadącego w przeciwnym kierunku niż ten nieszczęsny Budapeszt. Zatrzymana para podwozi nas kilka kilometrów, do wjazdu na autostradę i wysadza pod samym komisariatem policji. Tam próbujemy łapać stopa przez kolejne dwie godziny, po czym zgodnie kapitulujemy. Słońce praży mocno jak w Afryce, jest chyba z 40 stopni, a ramiona już po pół godzinie stania zaczynają nas parzyć. Podejmujemy decyzję, że lepszym wyjściem jest wrócenie nad jezioro i tam przeczekanie w cieniu największego upału. Tak robimy.
Fonyod to turystyczna miejscowość, jednak na pewno nie zatłoczona. Nad wodą jest spokojnie i w miarę cicho, co w połączeniu z miłym i chłodnym cieniem szybko mnie usypia. Budzę się po dwóch godzinach ze spuchniętą twarzą – jakiś złośliwy insekt uznał, że świetnym żartem będzie ugryzienie mnie w wargę.


Udaje nam się złapać stopa do miejscowości położonej 10 km dalej. Stamtąd decydujemy się na pociąg do kolejnej większej miejscowości, bo przecież bez sensu jest utknąć kilkaset kilometrów od domu. Idziemy na dworzec, gdzie kupujemy bilet i szukamy peronu, żeby przekoczować na nim do czasu odjazdu.
Na peronie zauważamy trójkę chłopaków z wielkimi plecakami, a że - jak to działa w podróży - swój zawsze swojego zaczepi, zagadujemy. Poznajemy dzięki temu pół Chińczyka – pół Japończyka, który wychował się w Anglii, a mieszka w Hongkongu, Francuza oraz Niemca, który chyba nie pała do nas zbytnią sympatią, bo usilnie stara się nas ignorować, a podczas rozmowy bez przerwy dłubie w nosie. Niemniej jednak dworcowa znajomość rozpoczyna dziwny ciąg alkoholowy towarzyszący nam przez cały czas trwania podróży.
- Hej dziewczyny, a chcecie może wino?
- ?
- Mamy butelkę wina i jakoś nie możemy go wypić, więc damy wam w prezencie.
- Jest zatrute, zepsute czy o co chodzi?
- Jest chyba w porządku, po prostu nie jesteśmy fanami wina.
Ta sytuacja powoduje lawinę. Od tej pory alkohol od obcych ludzi dostajemy niemal codziennie.

Przyjeżdża nasz pociąg, więc żegnamy się z nowymi znajomymi i wsiadamy. Stacja końcowa – Nagykanizsa. Na dworcu w tym mieście znów spotykamy podróżników, tym razem dwójkę młodych Francuzów, którzy zagadują nas pytaniem gdzie zamierzamy spać.
- Pewnie tutaj na dworcu, mają chyba jakąś poczekalnię, idziecie z nami?
Wyglądają na przestraszonych, ale ruszają z nami. W momencie kiedy rozkładamy karimaty w dworcowej poczekalni, wchodzi do niej dwójka pracowników stacji i pokazują, że musimy wyjść, bo poczekalnia zostanie zaraz zamknięta. Francuscy towarzysze przestraszeni zwijają manatki i postanawiają iść w stronę centrum miasta w poszukiwaniu hostelu. My jesteśmy na to zbyt leniwe (i zbyt biedne)  – przenosimy się z karimatami kilkanaście metrów dalej, przed drzwi poczekalni i kładziemy się po prostu pod ścianą na peronie. Ze stojącego przy nim pustego pociągu wychyla się jakiś ochroniarz czy konduktor i mruga do nas porozumiewawczo, pokazując na migi, że możemy spać spokojnie, że on tu będzie pilnował porządku. Nie musi powtarzać tego po raz drugi.


Rano szybko zbieramy rozrzucone rzeczy i chcemy ruszać w stronę wylotówki. Idziemy jeszcze standardowo do dworcowej łazienki trochę się ogarnąć. Zaspana i nie do końca przytomna inteligentnie stwierdzam, że muszę umyć stopy, toteż balansując gdzieś między ścianą a drzwiami pakuję nogę bezpośrednio do umywalki. Gdy stoję tak z kończyną niemalże wyżej głowy, do toalety wchodzi jakaś kobieta, prawdopodobnie pracująca na dworcu i zaczyna mnie ochrzaniać. Tak przypuszczam, bo właściwie równie dobrze może pytać o przepis na barszcz z uszkami; cała jej węgierska wypowiedź brzmi dla mnie jak „ege szege buraki”, a kobieta ma zupełnie w nosie to, że co chwilę mówię jej to po polsku, to po angielsku, że naprawdę nic nie rozumiem.
Po tym burzliwym poranku w łazience znajdujemy drogę w stronę wylotówki. Po przejściu może kilometra zauważamy na sporym kawałku zieleni tuż przy chodniku dwie osoby z wielkimi plecakami, które zwijają namiot. Machamy im z daleka, oni odmachują, po czym krzyczą:
- Hej, chcecie może kawę?
Bez zastanowienia skręcamy w ich stronę. Kawa to zawsze rzecz, której najbardziej brakuje podczas podróży.
Dostajemy po dużym kubku pachnącego napoju i zaczynamy rozmowę, która właściwie koncentruje się wokół rozłożonej na mokrej jeszcze trawie mapie Europy. Nasi nowi znajomi są z Francji i okazuje się, że zawsze bardzo chcieli odwiedzić Kraków, więc od razu wymieniamy się kontaktami. Dwie kawy później żegnamy się i wracamy na trasę w stronę wylotówki.


Węgry to naprawdę miły kraj. Ładny, zadbany i czysty, ludzie są przesympatyczni i bardzo pomocni. Jedyne „ale” to ich niezbyt piękny język i fakt, że niewielu Węgrów mówi po angielsku. Nie chcę mówić, że łapanie stopa na Węgrzech również jest beznadziejne – może po prostu mamy pecha? Za to jakiego porządnego … Kolejni kierowcy podwożą nas dosłownie po kilka kilometrów. Oczywiście, każdy kilometr jest na wagę złota, szczególnie gdy z nieba leci żar parzący niemiłosiernie w głowę, w twarz, bijący od asfaltu. Jednak gdy kolejna osoba wysadza nas na środku drogi bez pobocza i kawałka cienia, stajemy się nieco poirytowane. Idziemy w końcu spory kawałek pod górkę, żeby znaleźć choć odrobinę chłodniejsze miejsce na przeczekanie największego upału. Na szczęście za górką są dwa przystanki autobusowe – jeden po stronie, w którą jedziemy, drugi po przeciwnej. Jako że właśnie ten przystanek po złej stronie jest w całości schowany w cieniu, robimy bardzo niemądrą rzecz – próbujemy złapać stopa w naszą stronę siedząc po stronie przeciwnej. Wbrew pozorom okazuje się to nie takie głupie i niektórzy się nawet zatrzymują, jednak nigdy nie jadą do Słowenii. W końcu zatrzymuje się starsza kobieta.
- Dokąd jedziecie dziewczyny?
- Do Słowenii, a pani?
- Mieszkam na Słowenii i będę tam jechać, ale dopiero za godzinę, bo teraz jadę coś załatwić. Jeśli nadal będziecie tu siedzieć, to was zabiorę.
- Super, dziękujemy!
- Nie ma problemu. Skąd jesteście? Z Danii?
- Eeee… Nie, z Polski.
- Aha. Ja z Kanady. Do zobaczenia później!
Idziemy trochę na łatwiznę i postanawiamy poczekać na panią ze Słowenii. Po godzinie faktycznie przyjeżdża. Wszystko byłoby idealnie kolorowe, gdyby nie fakt, ze ma bardzo mały, dwuosobowy samochód. Koniec końców, Agnieszka zajmuje miejsce pasażera, a ja siedzę razem z naszymi plecakami w bagażniku.
Nasza pani kierownica okazuje się bardzo sympatyczna. Opowiada trochę o swoich podróżach i miejscach, w których mieszkała. Wysadza nas na dużej stacji benzynowej tuż za granicą, życzy szczęścia i udanej podróży i prosi, żebyśmy na siebie uważały.

Korzystamy z okazji, że jesteśmy na stacji i kupujemy chleb, który jest zdecydowanie za drogi w stosunku do swojej wielkości, uzupełniamy puste butelki wodą, piszemy na kartce „ITALY” i stajemy na wyjeździe ze stacji. Widocznie Słowenia decyduje się zadośćuczynić nam pecha doświadczonego na Węgrzech, bo zatrzymuje się przy nas trzeci wyjeżdżający samochód. Podchodzę do okna – w środku siedzi nagi od pasa w górę i całkiem przystojny kierowca.
- Cześć, dokąd jedziesz? – pytam.
Twarz chłopaka jaśnieje w uśmiechu.

cdn.

niedziela, 27 lipca 2014

[5] balkantrip cz. 1: Rumunia


Czas: 8 – 22.07.2014
Dystans: ponad 4500 km
Hajs: ok. 120 € + 100 zł

Ostatni egzamin miałam 7.07. Niecałą dobę później stałam już w Barwinku z ważącym ponad 10 kg plecakiem i z toną kartonów pod pachą razem z Zuzą, Sebą i Pawłem. Trasa wstępnie (a nawet bardzo niepewnie, jak się później okaże) zarysowana, misja na dzień pierwszy okraszona dozą optymizmu – uda nam się dotrzeć do Cluju-Napoca w Rumunii.
Na dobry początek zmuszeni byliśmy przejść się kilka kilometrów z naszej pierwszej miejscówki na lepiej usytuowaną stację benzynową. Tam podzieliliśmy się już definitywnie: pierwszego dnia ja jadę z Pawłem, a Zu z Sebą. Żeby sobie nawzajem nie przeszkadzać, my zostaliśmy na stacji, oni przenieśli się do zatoczki nieopodal. Typowo wakacyjna pogoda, słońce prażyło niemiłosiernie, co nie do końca wpływało na naszą korzyść, pięknych, młodych i pełnych energii podróżników, którzy niebawem mieli raczej sprawiać wrażenie styranych życiem przypalonych skwarek. Usiedliśmy więc z Pawłem na trawie przy wyjeździe ze stacji z kartką z napisem „Barwinek” (dzieliło nas od niego kilka kilometrów) oraz drugą o treści „Słowacja”. Po blisko pół godzinie podjechała do nas ciężarówka.
- Dokąd jedziecie?
- Na Słowację.
- A później?
- Na Węgry.
- No dobra, a jeszcze później gdzieś jedziecie?
- Właściwie to do Rumunii, ale nawet Słowacja nas zadowoli. A pan?
- Do Bukaresztu. To wsiadacie?
Nasze zdziwione miny były prawdopodobnie warte więcej niż milion dolarów. W ten prosty sposób poznaliśmy Pawła, który został naszym kompanem na najbliższych 10 godzin i okazał się świetnym opowiadaczem podróżniczo-pracowniczych historii. Swoją ciężarówką zwiedził praktycznie całą Europę oprócz Albanii i Czarnogóry. Tę ostatnią zaprezentował nam zresztą w tak ciekawy sposób, że niemal momentalnie uznaliśmy, że koniecznie musimy naciągnąć trochę planowaną trasę, by zahaczyć o ten kraj.
Przejazd przez Słowację i Węgry minął bez większych fajerwerków. Pomijając kwestię, że niejednokrotnie miałam okazję być – zarówno na dłużej jak i na krócej – w obu tych krajach, zwyczajnie nie jestem szczególną pasjonatką tych rejonów. O ile Węgry odbieram całkiem przyjemnie (wyłączając język węgierski, którego słuchając czuję się, jakby ktoś atakował mnie z każdej strony paczką gwoździ) i dobrze kojarzą mi się z dzieciństwem, tak Słowacja jest dla mnie kompletnie szara i nijaka. Niemniej jednak naszym celem tego dnia była malownicza Rumunia i kiedy po południu przekroczyliśmy węgiersko-rumuńską granicę, czuliśmy się jak zwycięzcy. Nasz kierowca z kolei utrzymywał wersję, że wcale nie męczy go nasze towarzystwo, wręcz przeciwnie – bardzo się cieszy, że z nim jedziemy, bo dzięki temu ani trochę mu się nie nudzi i w ogóle nie stał się senny. A Rumunia zachwyciła od samego początku.

Takie widoki towarzyszyły nam przez całe trzy dni przemierzenia kraju. Najpierw mrożące krew w żyłach kręte, wąskie i strome drogi wspinające się po górach, a następnie zapierające dech w piersiach pejzaże, które chciałby uwiecznić niejeden fotograf pasjonat. Pikanterii pokonywanym przez nas trasom dodawał fakt, że Rumunii kierowcy w ogóle nie boją się wyprzedzać, bynajmniej nie zawsze w tym pozytywnym wydźwięku. Niejednokrotnie zdarzyło się, że na drodze ze świstem mijał nas samochód, którego kierowca zupełnie nie zważał na to, że z naprzeciwka również jedzie auto. Obaj prowadzący podchodzili do sprawy zupełnie bezstresowo, starając się kulturalnie zjechać trochę na bok żeby uniknąć wypadku. Może Polakom też przydałaby się taka zimna krew?

Paweł wysadził nas w Cluju, gdzie wymieniliśmy się numerami, a następnie ustaliliśmy, że jeśli będziemy chcieli jechać gdzieś w świat, mamy prędko dać znać – może po skonsultowaniu trasy okaże się, że Paweł jedzie w to samo miejsce w tym samym terminie? :)
Na miejscu mieliśmy czekać na Zuzę i Sebę, którzy chwilę wcześniej napisali smsa, że są kilkadziesiąt kilometrów od Cluju. Z braku lepszej alternatywy (no dobra, tak naprawdę głównym powodem było to, że umieraliśmy z głodu po całym dniu bez jedzenie) poszliśmy na pobliską stację benzynową. Przy zamawianiu jedzenia okazało się, że sprzedawca ma problem z posługiwaniem się językiem angielskim. Gdy próbowaliśmy mu wytłumaczyć, że chcielibyśmy kanapki na ciepło, z zupełnie bezinteresowną pomocą przyszedł Rumun stojący w kolejce do kasy obok, który z kolei po angielsku mówił świetnie. Szybko dogadał się z nami, po czym przetłumaczył polecenia na rumuński sprzedawcy. Podziękowaliśmy ładnie, usiedliśmy przy stoliku i zajęliśmy się studiowaniem mapy. Nie minęło 5 minut, gdy nasz wybawca z kasy się do nas przysiadł.
- Cześć, przepraszam, że przeszkadzam, ale zauważyłem, że nie jesteście stąd i pomyślałem, że może potrzebujecie pomocy. Skąd przyjechaliście?
- Z Polski.
- Mogę wam jakoś pomóc? Może macie jakieś pytania? Ile czasu spędzicie w Cluju? Macie gdzie spać tej nocy?
- Dziękujemy, to bardzo miłe, że zagadałeś. Wszystko jest w porządku, chociaż właściwie… Może znasz jakieś miejsce nieopodal, gdzie moglibyśmy rozbić namiot?
- Namiot… Czekajcie, muszę zadzwonić.
(po minucie – jak mniemam – rozmowy na temat „gdzie pokierować miłych Polaków, żeby było przyzwoicie i tanio, ewentualnie za darmo”)
- Mój kolega dał mi numer do hostelu, zadzwonię i zapytam, czy mają tam pole namiotowe.
(kolejną minutę później)
- Niestety, nie mają miejsca na namioty, ale ceny za pokój wynoszą tyle i tyle. Chcecie żebym go dla was zarezerwował?
- Nie, nie trzeba, ale dziękujemy, bardzo nam pomogłeś.
- Nie ma problemu. Miłego wieczoru i pobytu w Cluju!
Przez kolejnych 15 minut uśmiech nie schodził mi z twarzy. Pierwsze starcie z miejscowymi, a już serdeczność kipi z każdego kąta. Zdecydowaliśmy się pójść do pobliskiego sklepu w celu kupienia rumuńskiego piwa i poczekania na naszych przyjaciół. W międzyczasie dokładnie obeszliśmy stację benzynową z każdej strony w poszukiwaniu kawałka trawy, na której moglibyśmy postawić namiot. Niestety, miejscówka była dosyć marna, należało więc uruchomić pokłady wyobraźni. Gdzie najczęściej można spotkać nocą spłukanych podróżników? Oczywiście, że na dworcu! A gdzie przeważnie znajdują się dworce? Na pewno nie na obrzeżach miasta; należy dostać się do centrum. Zagadałam do grupki dziewczyn stojących na przystanku autobusowym i ponownie zderzyłam się ze ścianą życzliwości: dostaliśmy dokładne dyrektywy czym, dokąd, jak i którędy. Na pytanie o bilety autobusowe usłyszeliśmy:
- E, nie martwcie się, już późno, na pewno nie będzie kontroli, a nawet jakby była, to jesteście turystami.
Na szczęście dziewczyny miały rację. Bez problemu dostaliśmy się do centrum (ponownie doświadczając serdeczności miejscowych, którzy dokładnie informowali nas na którym przystanku powinniśmy wysiąść. Pod tym względem Rumunia jest naprawdę cudowna – każdy stara się pomóc jak tylko może), skąd udaliśmy się prosto na dworzec. Byliśmy już niemal na sto procent zdecydowani, że spędzimy tam noc, jednak po pół godziny koczowania na plecakach atmosfera zaczęła się zagęszczać, tak samo jak liczba ludzi w poczekalni. Cyganie. Niektórzy przychodzili pojedynczo, inni całymi rodzinami. Siadali na ławce, by po chwili zerwać się i usiłować sprzedawać cięte tulipany ludziom oczekującym na pociąg. Mimo że staram się nie uprzedzać do ludzi bez powodu, cygańskie pielgrzymki nie wzbudziły mojego zaufania. Czym prędzej wyszliśmy z budynku.
Bardzo przykre, że rodowici Rumuni są postrzegani właśnie przez pryzmat Cyganów. Przyznam, że przed przyjazdem sama byłam niemal pewna, że prawdziwy Rumun ma śniadą cerę i gardzi pracą. Nic bardziej mylnego – to maksymalnie otwarci, sympatyczni i przyjaźni ludzie, którzy wciąż tracą na wizerunku przed cygańską mniejszość. Obiecałam sobie, że idąc obładowana bagażami i siatkami z Biedronki już nigdy nie powiem, że „idę jak Rumun”.
Ostatecznie, po dwóch godzinach krążenia po nocnym Cluju, maksymalnie zmęczeni, głodni i delikatnie już poirytowani zdecydowaliśmy się z bólem serca wydać pieniądze na hostel. (W międzyczasie dostaliśmy wiadomość od Zu i Seby, że są pod miastem, spędzą noc na stacji i dotrą do nas nazajutrz.)  Mimo szczerych chęci nie zdołaliśmy znaleźć najmniejszego kawałka trawnika, na którym można byłoby niepostrzeżenie rozłożyć namiot, a ze względu na panujące cygańskie okoliczności uznaliśmy, że spanie na chodniku jest kiepskim pomysłem. Obeszliśmy chyba wszystkie możliwe hostele w promieniu kilometra, pytając w międzyczasie o radę pana ze sklepu, panie w kasie na dworcu i policjanta. Ostatecznie wróciliśmy w pierwsze odwiedzone miejsce, które wydało się najtańsze ze wszystkich.
- Dzień dobry, jednak wróciliśmy. Zdecydujemy się na pokój, ale mamy pytanie: czy jest możliwość wzięcia dla naszej dwójki pokoju jednoosobowego? Wie pan, studenci…
- Hm… tak, jest. A nawet mogę wam dać dwójkę w jeszcze niższej cenie niż jedynka.
Pamiętajcie: zawsze warto się targować! Nawet jeśli jesteście niemal pewni, że nic nie ugracie. Nikt was nie pobije ani nie wyrzuci za pytanie, czy można taniej, a da się naprawdę sporo ugrać. Tym sposobem zapłaciliśmy za dwójkę jakieś 70% jej wyjściowej ceny. Nasze kieszenie zostały nieco uspokojone i z czystym sumieniem mogliśmy iść spać.
                                   
Następnego ranka, po skompletowaniu się już we czwórkę ruszyliśmy zwiedzać miasto. Właściwie słowo „zwiedzać” nie jest najtrafniej dobrane – był to raczej rekreacyjny spacer, którego celem po jakimś czasie okazało się szukanie ławki. A tych jak na złość w Cluju jak na lekarstwo!


Mimo wszystko miasto bardzo mnie urzekło i momentalnie dopisałam je do listy miejsc, które chcę ponownie odwiedzić, tym razem z większym zapasem czasu. Widać, że wciąż się rozwija, póki co jest mocno rozkopane i cały czas remontowane, jednak ma wiele klimatycznych i tajemniczych zaułków, w które warto się zapuścić i podglądnąć jak wygląda życie w Cluju od kuchni.
Moje wspomnienia jak zwykle nie są zbyt spójne i kolejna – choć może mało ważna – rzecz, która zapadła mi w pamięć to okropna melodia z dworca PKP. Zapomniałam wspomnieć, że to on stał się naszą śniadaniową jadalnią i już po 15 minutach w towarzystwie niecichnącej melodyjki, która poprzedzała każdą zapowiedź pociągu byliśmy bliscy zwariowania.
Spacerując po mieście całkiem przypadkiem spotkaliśmy całkiem nieznajomą parę w postaci Tomka i Uli, którzy również przyjechali do Rumunii autostopem. Był to naprawdę miły akcent i żałuję, że nie wymieniliśmy się numerami.
Po kilku godzinach nadszedł najgorszy moment dla każdego autostopowicza – czas znaleźć wylotówkę w stronę nas interesującą, czyli w tym wypadku na Timisoarę. Zajęło nam to – bagatela – kolejną godzinę. Tym razem miałam łapać okazję z Sebą. Pierwszy samochód, który się zatrzymał, prowadził francuz, z którym dosyć ciężko było się dogadać, jednak metodą „Kali jeść, Kali pić” doszliśmy do porozumienia i zawiózł nas do Turdy. Wysiedliśmy na stacji benzynowej i tam po raz pierwszy w życiu miałam okazję zobaczyć kobiety wykonujące najstarszy zawód świata w takim zagęszczeniu! Było ich chyba z 5 czy 7, kulturalnie czekały w kolejce, żeby nie zabierać sobie nawzajem klientów. Widać zasady dobrego zachowania obowiązują i w tej profesji.
Z Turdy szybko złapaliśmy kolejnego stopa do Sebes. Tym razem wziął nas przemiły młody (i notabene całkiem przystojny; szalenie kojarzył mi się z Chetem Fakerem) architekt, który do tego świetnie mówił po angielsku, więc droga upłynęła na miłej konwersacji. Niestety wszystko co przyjemne szybko się kończy i po kilkudziesięciu minutach znów staliśmy na drodze machając kciukiem. Trasa Sebes – Deva dla mnie minęła o wiele za szybko, ponieważ po jakichś 10 minutach jazdy zasnęłam na tylnym siedzeniu, a umilaniem kierowcy czasu rozmową zajął się Seba. Obudziły mnie słowa „Magda, to już” i zanim zdążyłam przetrzeć oczy, zauważyłam, jak kierowca daje Sebie do ręki 50 lei ze słowami, że na pewno jesteśmy bardzo głodni i koniecznie musimy iść coś zjeść. Kolejny piękny gest ze strony Rumunów.
Został nam do pokonania ostatni odcinek trasy do Timisoary. Pogoda zrobiła się wybitnie psia i mokra, może dlatego kierowca tira nie pozwolił nam stać w zatoczce dłużej niż 10 minut. Starszy pan o poczciwym uśmiechu, rozumiejący pojedyncze słowa po angielsku. Wspólnymi siłami ustaliliśmy, że jedzie w tym samym kierunku co my. Zagadywał nas po rumuńsku i po niemiecku, jednak bezskutecznie. W końcu zapytał skąd jesteśmy.
- Jesteśmy z Polski.
- Aaaaa, Polska! Jak się masz? Dobrze. Proszę. Proszę bardzo. Kurwa mać. Dziękuję. Dzień dobry.


Możecie wyobrazić sobie naszą reakcję. Droga do Timisoary minęła w świetnej atmosferze i rozmowach po rumuńsku-angielsku-polsku. Po dojechaniu do miasta kierowca zapytał, gdzie nas wysadzić.
- Właściwie najlepiej byłoby na wylotówce, ale to pewnie na drugim końcu miasta. To może jest tu jakaś stacja z prysznicem?
Jeden telefon, drugi.
- Nie ma tu pryszniców na stacjach.
- To możemy wysiąść gdziekolwiek, gdzie panu wygodnie.
- Bo ta wylotówka… to bym musiał na drugi koniec, nie, to daleko.
- To może być na najbliższym przystanku.
- Aż przez całe miasto bym musiał.
- To bez sensu, niech pan nas wysadzi tutaj.
- Eeee.
Gaz i popędziliśmy z naszym nowym rumuńskim kolegą prosto na stację na samiutkiej wylotówce. Tam poczekaliśmy na Zuzę i Pawła, którzy dotarli do nas chwilę później. Jedyną alternatywą na nocleg było rozbicie namiotu na stacji, ale dla zachowania przyzwoitości postanowiliśmy uprzedzić o tym pracowników. Nie robili najmniejszego problemu, więc znaleźliśmy miłą miejscówkę za opuszczonym tirem, wypiliśmy kupione dzień wcześniej piwo i poszliśmy spać.


Ranek obudził nas zapachem smaru i ujadaniem psów. Szybka toaleta w umywalce na stacji, załatwienie kolejnych kartonów u pracownika stacji i czas lecieć dalej. Stopując w Rumunii nie trzeba nawet specjalnie się wysilać -  gdy czekałyśmy z Zu aż chłopaki skończą składać namiot jakiś samochód sam się przy nas zatrzymał i zostałyśmy zbombardowane pytaniami dokąd jedziemy i czy potrzebujemy podwózki.



W miejscowości Moravita znajdującej się kilka kilometrów od granicy byliśmy (tym razem znów z Pawłem) po jakichś 2 godzinach. Dzień zdecydowanie nam nie sprzyjał – w pełnym słońcu staliśmy w Moravicie kolejne dwie godziny. Bezskutecznie; ruch był znikomy, droga do granicy z Serbią tylko jedna, a mimo wszystko kierowcy kręcili głowami pokazując, że jadą gdzie indziej. W końcu zlitował się nad nami starszy pan, który łamanym angielskim przeplatanym z niemieckim poradził, byśmy przeszli granicę pieszo, bo jest blisko i tam łatwiej będzie nam coś złapać. Swoją skomplikowaną wypowiedź skończył słowami „God bless you every day”, które, jak się później okazało, ani trochę nie przyniosły nam szczęścia. Jednak granica została przekroczona bez problemów, co więcej – celnicy byli nadzwyczaj mili. Ten fakt sprawił nam wiele radości, choć jak to mówią: nie chwal dnia przed zachodem słońca.



A co jeszcze do owego zachodu się stało, opowiem po powrocie z Woodstocku, na który ruszam już jutro. Tym razem z o wiele mniejszym plecakiem ;) Co jak co, ale po dwóch tygodnia z nadbagażem okazuje się, że tak naprawdę jedynymi niezbędnymi rzeczami wyjazdowymi jest czysta bielizna i mydło.

Miłego tygodnia pełnego wrażeń!