Pokazywanie postów oznaczonych etykietą host. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą host. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 grudnia 2014

[25] Couchsurfing - z czym to się je?


Pieję i pieję o tym Couchsurfingu wszędzie, zakładając z góry, że wszyscy wiedzą o co chodzi i na czym to polega. A to nieprawda, jak się ostatnio dowiedziałam, gdy kolejna osoba zapytała mnie „o co w tym całym Couchsurfingu chodzi”.

Couchsurfing.com to strona założona przez – jestem pewna! - świetnego i pozytywnego człowieka. Jest międzynarodowa i założyć na niej konto może absolutnie każda osoba mająca dostęp do internetu, mieszkająca w każdym miejscu na świecie. Po zarejestrowaniu tworzysz swój profil – piszesz o zainteresowaniach, pasjach, o tym jakie języki znasz, dodajesz zdjęcie, miejsce zamieszkania i już może znaleźć cię dowolny Hans z drugiego końca świata. Idea polega na wzajemnej gościnności: oferujesz innym nieodpłatne zakwaterowanie, zainteresowana osoba po skontaktowaniu się z tobą może przyjechać, pomieszkać z tobą przez kilka dni, poznać twój świat, przyjaciół, kulturę, zobaczyć jak wygląda codzienne życie w twojej rzeczywistości. A na końcu zazwyczaj padają słowa: „…a jeśli kiedykolwiek będziesz chciał odwiedzić mój kraj, zawsze jesteś mile widziany w moim domu!”. I tak to się właśnie kręci.
Nie jestem co prawda alfą i omegą w temacie Couchsurfingu, ale mogę powiedzieć, że mam jakieśtam doświadczenie. Zaczęłam na serio dopiero w tym roku i póki co jestem absolutnie zachwycona. Jednak prawidłowego Couchsurfingu także trzeba się nauczyć; ja akurat należę do osób, które raczej nie uwierzą, póki same się nie sparzą, więc zajęło mi to trochę czasu (w końcu kto by czytał kilkustronowe regulaminy i netykiety na każdej stronie, którą odwiedza). Koniec końców wyszło na dobre.

O czym warto pamiętać korzystając z Couchsurfingu?

  • CS jest nieodpłatny, co nie zawsze znaczy, że jest darmowy. Pierwsza prośba o nocleg jaką wysłałam była skierowana do starszej Holenderki. Jednym z moich argumentów, by mnie przenocowała, był fakt, że jestem studentką, więc jak wiadomo nie stać mnie na hostel. Stop. Tak nigdy nie rób. Hości czują się wtedy często zwyczajnie urażeni, że traktuje się ich jedynie jak tanią opcję spania. Owszem, CS jest ogromnym ułatwieniem dla osób, które chcą podróżować tanio. Warto jednak pamiętać, że głównym założeniem jest poznawanie ludzi, tworzenie sieci znajomości wzdłuż i wszerz całej naszej pięknej kuli ziemskiej. Dobry host zawsze będzie chciał, żebyś został u niego dłużej niż tylko na jedną noc. Przeważnie zaproponuje wspólne wyjście na obiad, piwo, pozna cię ze swoimi przyjaciółmi, pokaże ci kawałek swojego świata. W zamian podaruj mu zainteresowanie, chęć spędzenia z nim czasu, rozmowę. Nie traktuj go tylko jak noclegownię.
  • Zanim wyślesz prośbę o nocleg, zawsze, ale to ZAWSZE dokładnie przeczytaj profil swojego hosta. Zwiększysz swoje szanse na sukces jeśli w wiadomości nawiążesz do jego zainteresowań; postaraj się znaleźć choć jedną rzecz, która was łączy. Może oboje jesteście fanami FC Barcelony, gracie na gitarze bądź należycie do Klubu Fanów Orzechów Laskowych. Jeśli o tym napiszesz, host zobaczy, że naprawdę zależy ci, żeby go poznać, a nie tylko usiłujesz oszczędzić pieniądze na spaniu.
  • Wyszukiwarka CS ma kilka fajnych okienek, poprzez których zaznaczenie można wybrać opcje jakie cię interesują. Oprócz miejsca zamieszkania możesz określić przedział wiekowy hosta, płeć , jakie zna języki i tego typu praktyczne rzeczy. Jeśli dobrze się przyjrzysz, znajdziesz również okienko z napisem „data ostatniego logowania”. Z doświadczenia wiem, że warto zaznaczyć tę najbliższą dacie aktualnej – czyli do trzech dni wstecz. Jeśli host loguje się często, masz większą szansę na to, że nie przeoczy twojej wiadomości. Zwróć też uwagę na „procent odpowiadalności” – w każdym profilu pod nickiem użytkownika widnieje napis „…% response rate”. Wiadomo, że im wyższy procent, tym bardziej wiarygodny i rzetelny host. Przeważnie nie ma zbyt wielkiego sensu odzywać się do ludzi, których odpowiadalność nie dobija nawet do połowy.
  • Obserwuj referencje! Każdy użytkownik CS ma na profilu osobną zakładkę z referencjami od osób, które go gościły, których gościł on lub które z nim podróżowały. Opinie dzielą się na pozytywne, neutralne i negatywne. Warto to skontrolować przed wysłaniem prośby. Analogicznie jak z odpowiadalnością – im więcej pozytywnych referencji, tym pewniej możesz zaufać hostowi.
  • Nie musisz być hostem jeśli nie chcesz. Sporo znajomych pyta, czy jeśli chcą założyć konto na CS i do kogoś pojechać, to również muszą potem udostępniać swoje mieszkanie innym podróżnikom. Nie ma takiego przymusu – w profilu są do zaznaczenia odpowiednie opcje: mogę przyjmować couchsurferów, być może mogę, nie mogę, chcę się spotkać. Jeśli twoje warunki mieszkaniowe pozwalają na przyjęcie gości, zaznaczasz opcję „mogę” lub „być może mogę”. Jeśli tego nie chcesz, klikasz w „nie mogę” bądź „chcę się spotkać”, jeśli mimo wszystko masz ochotę wyskoczyć wieczorem na imprezę z przybyszami z Peru. Jednak im częściej będziesz korzystać z CS w roli gościa i spotykać cudownych hostów, którzy będą przyjmować cię jakbyś był jego najbliższą rodziną, tym większa urośnie w tobie potrzeba odwdzięczenia się tym samym. Mimo że wymaga to trochę czasu, energii i niekiedy pomysłowości – naprawdę warto.
  • Pamiętaj o prostych komunikatach. Nieważne czy akurat przyjmujesz gości czy to ty nim jesteś – powiedz drugiej stronie o swoich planach. Dla hosta to ważne wiedzieć jak chcesz spędzić kolejny dzień. Niektórzy dają couchsurferom zapasowe klucze do mieszkania, ale inni (na przykład ja) tego nie robią, więc trzeba się jakoś dogadać co do tego kto i o której będzie w domu; łatwiej ustalić wieczorem, że między 8 rano a 16 następnego dnia jesteś na uczelni, więc coucherzy mogą dostać się do domu dopiero po twoim powrocie, niż histerycznie wydzwaniać do siebie nawzajem w ciągu dnia.
  • Osobista rada – jadąc do kogoś przywieź mu mały upominek. To nie musi być nic wymyślnego, czasem wystarczą zwykłe polskie krówki by sprawić komuś radość i zaskarbić sobie jego sympatię. Dlatego też fajnie przeczytać uważnie profil hosta przed spotkaniem z nim. Przykładowo, jadąc do Pragi wyczytałyśmy, że nasza hostka Michelle jest fanką białego wina i ma labradora; na wstępie dostała od nas flaszkę tegoż trunku, a psicy podarowałyśmy zabawkę. Obie były bardzo zadowolone :)
  • Jeśli hostujesz, traktuj swojego gościa jakby był twoim starym znajomym. A przynajmniej spróbuj. Miałam sytuację, kiedy po przyjściu do domu hosta nie usłyszałam prostego zdania „możesz położyć rzeczy tu i tu, usiądź i poczuj się jak u siebie, niczym się nie krępuj”. I właśnie przez to krępowałam się okropnie! Głupio mi było usiąść sobie na fotelu jakby nigdy nic, głupio było o cokolwiek zapytać, bo host założył, że wszystkiego domyślę się sama i nie będę się niczym przejmować. Choć był sympatyczny, zabrakło właśnie takiego upewnienia. Nawet jeśli dla ciebie oczywistym jest, że twój gość powinien czuć się swobodnie, nie będzie to dla ciebie ujma na honorze, jeśli powiesz mu, by czuł się jak u siebie. Uwierz – doceni.
  • To, o czym mówię ciągle i do znudzenia – odważ się! Kilka razy usłyszałam pytanie, czy się nie boję; nie wiem w końcu u kogo przyjdzie mi mieszkać bądź kto mnie odwiedzi. Jestem dosyć ufna i może i kiedyś wyjdę na tym jak Zabłocki na mydle, jednak póki co szczęście jest po mojej stronie. Poznałam przez Couchsurfing naprawdę cudownych ludzi, z większością do teraz mam dobry kontakt, pajęczyna znajomości rośnie i biorąc pod uwagę jakie mam plany na życie, liczę, że skorzystam kiedyś z tych wszystkich zaproszeń. 



Na zwieńczenie tego długiego wywodu zdjęcie dokumentujące kilka moich ostatnich dni (warto wspomnieć, że to selfie w 10 osób, docenić proszę! :D). Nasi Singapurczycy są okazali się prześwietni, a na wspólne piwo przyprowadzili trzy Hiszpanki, Amerykanina i Włocha. Nie było dla nich problemem zagadać do nich w muzeum podczas zwiedzania i dzięki temu spędziliśmy wspólnie przemiły wieczór. Dziś rano Jesse z Bryanem pojechali dalej w świat, a nam zostawili symboliczne prezenty: każda z nas trzech dostała wspólne minizdjęcie z polaroida i karteczkę z pięknymi podziękowaniami, takimi naprawdę od serca. Może uda nam się spotkać ponownie z chłopakami w styczniu – wszystko się okaże. Jednak morał mam tylko jeden: rzecz, w którą najbardziej na świecie warto inwestować to przyjaźnie.

piątek, 14 listopada 2014

[21] "To by się nigdy nie stało..." - czeski film.


Czas: 7-11.11.2014
Dystans: ponad 1100 km
Hajs: ok. 570 CZK

Zastanawiałam się kiedy znajdę chwilę czasu na napisanie sensownej relacji, podzielenie się fajnymi zdjęciami i opowiedzenie o tym jak wesoło spędziłam miniony długi weekend. Wyszło jak wyszło i czasu szukać nie musiałam – to on mnie znalazł, przysyłając choróbsko, które skutecznie unieruchomiło mnie w łóżku z gorączką.
Trochę kręciłam z tym długoweekendowym wyjazdem. Najpierw miała być Finlandia, potem Ryga, Wiedeń, Toruń, Bydgoszcz, polskie morze… Za dużo pomysłów tłukło nam się po głowach. Kiedy już wszystkie za i przeciw wskazały na Toruń (bo nie tak daleko, bo nigdy nie byłam, bo warto Polskę zobaczyć), wywiązała się prosta konkluzja.
- Ej, wiecie, ale właściwie Praga jest bliżej niż Toruń, a ja nigdy nie byłam w Pradze, to może tam pojedziemy? Byłyście?
- Nie. Dobra, to jedźmy.
No to pojechałyśmy.
Plan był prosty – w piątek po zajęciach stopem z Krakowa do Wrocławia po Zuzę, a stamtąd następnego dnia prosto do Pragi. Jednak jak to mi się zwykle przydarza, łatwo było jedynie w teorii; w praktyce przygód czekało aż za wiele.

Pierwszego stopa łapałyśmy tuż za bramkami wjazdowymi na A4, na parkingu pod samiutkim komisariatem policji. Na szczęście superszybko, bo już po jakichś 5 minutach, zatrzymał się kierowca dostawczakiem, jadący niedaleko, bo tylko do Jaworzna, jednak jak już wielokrotnie podkreślałam – dla autostopowicza każdy kilometr jest jak spełnienie marzeń. Jechało się całkiem przyjemnie, dopóki kierowca (wydawało mi się, że wspominałam już na blogu o typie kierowcy, który nazywam Typowym Józkiem, ale przejrzałam wpisy i jednak nie. Może lepiej – nie będę spoilerować, napiszę o tym kiedyś) nie powiedział, że on już tu skręca na Jaworzno, a nasza droga jest prosto i musi nas wysadzić. Na środku autostrady, bo jakby inaczej. Historia lubi się powtarzać – znów czekała nas piesza droga do najbliższej stacji benzynowej, czyli jakieś 2 kilometry. Szczęście przez chwilę było po naszej stronie, rów na poboczu był głęboki, więc nie było nas aż tak widać, jednak po chwili grunt zrobił się podmokły dzięki odprowadzanym tamtędy ściekom, więc zrobiło się mniej kolorowo. Jednak wytrwale szłyśmy, przyśpiewując „Morskie opowieści” na zmianę ze „Speedy Gonzales”. Po drodze spotkałyśmy robotników, których miny na nasz widok były wprost bezcenne :). Jednak w pewnym momencie rów zaczął się niebezpiecznie zwężać, toteż postanowiłyśmy przejść na drugą stronę ogrodzenia. Kojarzycie zapewne takie zwykłe, druciane siatki, które są często rozstawione wzdłuż dróg ekspresowych i autostrad. Do dziś nie mam zielonego pojęcia jak udało nam się to zrobić, ale przecisnęłyśmy się pod taką, z plecakami i tartą niesioną przez całą drogę w ciężkiej, szklanej formie. Pozostałą część drogi przemierzałyśmy krzaczorami wszelkiej maści, aż dostałyśmy się na upragnioną stację benzynową.

Po blisko 40 minutach zatrzymał się młody biznesman wracający do domu przez Wrocław. W ostatecznym rozrachunku dotarłyśmy tam przed 17, wyruszywszy z Krakowa o 13, co uważam za sukces. Jeszcze nie wiedziałyśmy, że droga powrotna będzie gorsza.
Spędziłyśmy milutki wieczór przy domowej pizzy i piwie z Zuzą, snując plany i wyobrażenia o Pradze, którą wszyscy tak chwalili.
Następnego dnia rano czekało nas wyzwanie – przede wszystkim dostać się na wylotówkę. Jeśli ktoś kiedyś próbował ruszyć gdziekolwiek z Wrocławia to wie, że wyjazd z tego miasta nie należy do najłatwiejszych. Najpierw trzeba dostać się na Bielany, a potem kilka razy przeskoczyć przez barierkę, przebiec przez drogę (BARDZO ruchliwą drogę), przekroczyć kilka krzaków i wtedy pojawia się przystanek autobusowy z zatoczką. Stałyśmy na nim prawie dwie godziny, robiło się coraz zimniej, a my – ku widocznej uciesze ochroniarza z salonu samochodowego naprzeciwko – śpiewałyśmy w niebogłosy, próbowałyśmy łapać stopa stojąc na rękach i podnosząc się nawzajem. W końcu zatrzymał się młody chłopak jadący do Kłodzka, który jeszcze nadrobił drogi, by zawieźć nas na stację benzynową za miastem. Stamtąd zadziwiająco szybko złapałyśmy samochód do Jaromierza, miasta już w Czechach. Zatrzymała się starsza Czeszka, rewelacyjnie mówiąca po polsku. Bardzo się przejęła, że robi się ciemno i zimno i co będzie, jeśli utkniemy gdzieś w Jaromierzu? Gdzie będziemy spać? Przecież ona nie może na to pozwolić i zawiezie nas 20 km dalej niż jedzie, za miasto, bo tam na pewno będzie łatwiej coś złapać. Co prawda bywało lepiej, jednak faktycznie nie było aż tak źle – pół godziny później siedziałyśmy już w samochodzie z facetem jadącym z dwójką dzieci. Podwieźli nas co prawda tylko 20 km, ale później już szybko złapałyśmy ostatniego tego dnia stopa – czesko-słowacką parę jadącą do Pragi. Było dopiero koło 18, więc miałyśmy sporo czasu do spotkania z hostką. Dlatego właśnie jako pierwszy cel obrałyśmy sobie zgubienie się w metrze…

…a później szybki spacer po centrum.

W Czechach ozdoby i świąteczna atmosfera w każdym kątku!

Po 21 byłyśmy już w mieszkaniu Michelle, Petera i Simby (czyli ponownie świetnej pary czesko-słowackiej i ich kochanej labradorki). Po wstępnym zapoznaniu, krótkiej rozmowie i butelce wina zostałyśmy zaproszone na czeską Becherovkę do pobliskiego baru. Piłam ją pierwszy raz w życiu i mogę powiedzieć tylko tyle – jeśli jesteś w Czechach i jej nie spróbujesz, nie masz po co wracać do domu. Jest przepyszna!
Następnego dnia naszym jedynym planem było powłóczenie się trochę po mieście i chłonięcie praskiej atmosfery. Właściwie zdałam sobie w tym momencie sprawę, że przeważnie tak piszę – rzadko kiedy chodzę po muzeach czy przygotowuję listę check pointów wyjeżdżając gdziekolwiek. Mam co najwyżej kilka punktów, które chcę zobaczyć, ale o wiele bardziej wolę po prostu snuć się bez celu, podziwiać krajobrazy czy architekturę, przypatrywać się ludziom i ichniemu życiu w miejscu innym niż moje rodzime.
Apropos architektury – Praska powala na kolana! Każdy budynek wydaje się być projektowo dopieszczony do granic możliwości, precyzyjnie zaplanowany i wykonany. Dlatego każdy zachwyca. Jest wiele pięknych miast – chociażby Kraków, w którym aktualnie mieszkam. Jednak głównie centrum ma ten specyficzny klimat, okraszony pięknymi budynkami. Jeśli pojedzie się do dzielnic oddalonych od śródmieścia, spotyka się zwykłe, szare blokowiska. W moim odczuciu w Pradze tego nie ma – każda część ma swój urok, nie tylko ścisłe centrum miasta.







Tak więc snułyśmy się ulicami i uliczkami, obserwując dokładnie życie wokół. Trafiłyśmy nawet na pana robiącego wielkie bańki mydlane na Starym Mieście. Kama w całości oddała się fotografowaniu, a my z Zuzą jak te dziecioki bawiłyśmy się w pękanie baniek, noga w nogę (a raczej ręka w rękę) z dziećmi w wieku około przedszkolnym :).


Oczywiście nie obyło się bez narodowych symboli, czyli Mostu Karola i Krecika.



Po kilku godzinach wróciłyśmy do mieszkania hostów i zrobiłyśmy obiad dla wszystkich. Wieczorem chciałyśmy jeszcze wyjść, zobaczyć Pragę nocą i napić się dobrego czeskiego piwa.

Skończyło się na rundce po pubach, oczywiście według zasady „gdzie piwo tanie, tam dobrze”, a w końcu spróbowaniem piwa z domieszką tego, co w Czechach legalne.

Niestety koło północy moje zmęczenie wzięło górę, toteż wróciłam do mieszkania, a Zuza z Kamą poszły imprezować. Dotarły do mieszkania o 8 rano, akurat kiedy wstawałam, więc poszły spać, a ja wybrałam się na spacer w miejsca, których nie odwiedziłyśmy poprzedniego dnia. Jako że Zuza w nocy zgubiła mapę Pragi, którą dostałyśmy od Michelle, wsiadłam w pierwszy lepszy tramwaj, wysiadłam na losowym przystanku i po prostu poszłam przed siebie. Szybko odkryłam prawdziwość słów Michelle z dnia poprzedniego – „Let yoursefl get lost. It’s beautiful to get lost in Prague!”. Przyznaję, troszkę się zgubiłam i było super.
Wróciłam do mieszkania, dziewczyny wstały i poszłyśmy razem z Peterem spotkać się z Michelle w centrum. Ponownie zostałyśmy przez nich zaproszone, tym razem na kawę. Właściwie miało to większy cel – w kawiarni miałyśmy napisać nasze sentencje na kartkach.
Michelle realizuje projekt, którego temat w tłumaczeniu brzmi: „To by się nigdy nie stało”. Powiedziała nam, że Czesi bardzo często narzekają na swoje miasta czy ogólnie kraj, porównując go do innych miejsc na świecie. Przykładowo, zwyczajny obywatel Zdenek w godzinach szczytu tkwi w samochodzie w korku, mamrając pod nosem: „%$#*!, jaki korek, w Berlinie by się to na pewno nie wydarzyło”. Krótko mówiąc – trawa zawsze jest zieleńsza tam, gdzie nas nie ma. Dlatego Michelle poprosiła nas dzień wcześniej o uważne obserwowanie Pragi i próbę zauważenia czegoś, co nas ujmie i oczaruje; czegoś, z czym będziemy kojarzyć Czechy.
Od lewej: Kama, Michelle, ja, Zuza
Bo zdjęciach poszłyśmy już same zobaczyć zamek na Hradczanach i osławioną Złotą Uliczkę. Umówiłyśmy się z hostami, że w drodze powrotnej kupimy ser do smażenia i zrobimy wspólnie kolację.

 Widok na nocną Pragę ze wzgórza zamkowego.



 Złota Uliczka


 Katedra Świętych Wita, Wacława i Wojciecha


 Znalazłam dom wielkościowo idealny dla mnie!
Ale dziewczyny już się musiały trochę schylać...

Dzień pełen wrażeń. Wróciłyśmy do mieszkania zmęczone, zmarznięte i szczęśliwe, zrobiliśmy wszyscy kolację i otworzyliśmy kolejną butelkę wina. Tego dnia poszłyśmy spać dosyć szybko – w końcu następnego dnia chciałyśmy pokonać 600 km.
Od lewej: Kama, Zuza, Simba, ja, Michelle, Peter

Chwilę po 9 rano byłyśmy już na wylotówce. Miejsce kiepskie, bo na wysepce przy rozjeździe dróg, nie miałyśmy zbyt wielkiej nadziei, że uda nam się tam cokolwiek złapać. Jednak w końcu zatrzymał się dostawczak z młodym Czechem (Typowym Józkiem. W dostawczakach zawsze są oni) w środku. Angielskiego nie znał ani trochę, polskiego nie rozumiał, a my czeskiego tym bardziej. Z trudem wpakowałyśmy się do środka – dwuosobowe siedzenie obok kierowcy, a nas trzy i to jeszcze z bagażami. Żeby było śmieszniej, Zuza, która siedziała od strony drzwi trzasnęła nimi, a one nie do końca się zamknęły… I tak minęło nam kolejne 100 km – ściśnięte we trzy, z plecakami na kolanach, śmigając 150km/h po autostradzie. Ja prawie leżałam na skrzyni biegów, trzymając się kurczowo Kamy, bo przy każdy zakręcie spadałam na kierowcę. Kama trzymała Zuzę, która z kolei trzymała plecak i otwierające się drzwi. Na szczęście zleciało szybko. Kolejną godzinę spędziłyśmy stojąc na autostradzie, aż zatrzymał się przesympatyczny Czech, który powitał nas słowami:
- Stoicie w bardzo głupim miejscu, przecież nikt by wam się tu nie zatrzymał. Dlatego ja to zrobiłem.
Zawiózł nas do miejscowości Hradec Kralove, gdzie znalazłyśmy (w końcu!) idealne miejsce do łapania stopa – w zatoczce, między rondem a przejazdem kolejowym, dzięki czemu samochody jechały powoli. Mijało nas bardzo dużo Polaków, jednak byłyśmy przez nich brzydko ignorowane. Wziął nas starszy Niemiec jadący do Kłodzka. Niestety wyszło dosyć niekulturalnie – po 15 minutach rozmowy wszystkie zasnęłyśmy. Obudziłyśmy się dokładnie w momencie, gdy kierowca zatrzymał się dosłownie na poboczu (a raczej jego braku) mówiąc:
- To już, ja tu skręcam, musicie wysiąść, do widzenia.
Nie do końca obudzone i świadome wytoczyłyśmy się z samochodu i wytrwale łapałyśmy dalej. Zaskakująco szybko zatrzymała się para jadąca do Warszawy przez Wrocław. Na nasze nieszczęście, kierowca nie znał za dobrze miasta i zamiast wysadzić nas na Bielanach, wjechał do centrum… Powtórka z rozrywki. Po pożegnaniu się z Zuzą ponownie wpakowałyśmy się w tramwaj, spędziłyśmy w nim o wiele za dużo czasu, potem zgubiłyśmy się na tych wszystkich wiaduktach, drogach i przejściach podziemnych, aż dotarłyśmy na właściwą stację benzynową przy A4. A tam jak na złość policja. Poczekałyśmy grzecznie aż sobie pojadą i zajęłyśmy miejsce na poboczu. Zatrzymał się trzeci mijający nas pojazd – spory busik wiozący na naczepie samochód. Za kierownicą starszy facet, na miejscu pasażera młoda dziewczyna, a z tyłu rozłożony na dwóch siedzeniach chłopak. Jechali do Krapkowic i byli chyba najdziwniejszą ekipą wiozącą nas podczas tej podróży. Kierowca cały czas puszczał bardzo dziwną muzykę – niektóre utwory były naprawdę dobre, a inne brzmiały jakby wytrzasnął je z kiepskiej produkcji bollywoodzkiej. Do tego głośność podkręcona była na maksa, kompletnie nie słyszałyśmy swoich myśli, a jakakolwiek rozmowa nie wchodziła nawet w grę. Oddałyśmy się więc głośnemu śpiewaniu – i tak nikt nas nie słyszał w tym hałasie.
W Krapkowicach wysiadłyśmy na sporym Lotosie, a tam… umarł w butach. Godzina 20 i mnóstwo tirów na pauzie, bo święto narodowe i zakaz ruchu do 22. Może jeździć tylko spożywka. Zrobiłyśmy rundkę po kierowcach i od wszystkich usłyszałyśmy to samo – „jadę do Krakowa, ale rano”. Zrezygnowane stanęłyśmy przy wyjeździe ze stacji, gdy zauważyłyśmy, że przy dystrybutorze paliwa stoi tir z Tesco. Zagadałyśmy do kierowcy i już po chwili siedziałyśmy z nim w kabinie, jadąc w stronę Gliwic. Przed ostatnią stacją podał na CB radio i zgrabnie zostałyśmy przerzucone do kolejnej ciężarówki. Przegadałyśmy z kierowcą 45 minut pauzy, po czym ruszyliśmy w stronę upragnionego Krakowa. Chwilę po północy kierowca wysadził nas na przystanku autobusowym, skąd miałyśmy transport praktycznie pod samo mieszkanie.

I w tym momencie koło się zamyka. Właśnie wtedy załatwiłam swoje gardło, zatoki i wszystko inne. Jak to ładnie skwitowała Zuza: "Czyli trzeba zapamiętać, że stanie na środku autostrady, kiedy tak strasznie piździ nie jest najlepszym pomysłem".

A to nasze piękne selfie w jakiejś toalecie przy wylotówce.

A za piękne zdjęcia tym razem dziękuję najlepszemu fotografowi podróżnemu, czyli Kamie i jej super aparatowi :)

środa, 3 września 2014

[11] balkantrip cz. 5 (i ostatnia): Słowenia i Jarocin


Była ledwie godzina 16, kiedy przekroczyłyśmy granice miasta Koper. Od chłopaków dostałyśmy cynk, że również będą tu niebawem, więc – nie mając większych celów prócz „rozejrzeć się za miejscem do spania”, co jednak stało się standardem po przyjeździe w każde nowe miejsce – udałyśmy się spacerowym krokiem w stronę promenady. Zdążyłyśmy zrobić parę widokowych zdjęć…

…zanim niebezpiecznie ciemne chmury wyrzuciły z siebie porządny deszcz. Szczęśliwie tuż obok znajdował się wypasiony plac zabaw dla dzieci; jak można łatwo wydedukować, nie zawahałyśmy się ani przez moment decydując, że naszą bazą stanie się domek pod zjeżdżalnią.

Rozłożyłyśmy się wygodnie na domkowej podłodze, wyciągnęłyśmy z czeluści plecaków wszystko co tylko nadawało się do zjedzenia (a wcale nie było tego zbyt wiele) i zabrałyśmy się za pałaszowanie. Słoweńskim dzieciakom nie przeszkadzało ani trochę, że jakieś dwie turystki obładowane jak wielbłądy robią sobie ucztę w miejscu ich zabawy; tak samo zresztą, jak nie przeszkadzał im padający w najlepsze deszcz. Około dziesiątka dzieci z przekroju wiekowego od 1 do 10  biegała boso po trawniku, nad brzegiem morza i nad naszymi głowami. Musiałyśmy być czujne – co jakiś czas któryś dzieciak przebiegał ze świstem przez nasze terytorium, a kiepsko byłoby, gdyby w końcu zdarzyło się mu wdepnąć w nasz ostatni pasztet.
W końcu chłopaki do nas dotarli, taszcząc  - ku naszej szczerej uciesze – ogromną połówkę arbuza. Zaczęliśmy się na serio zastanawiać nad miejscem noclegu: jedyny namiot, który posiadaliśmy był mikroskopijną dwójką. Właściwie domek na placu zabaw był bardzo dobrą miejscówką, jednak przypomniało mi się, że poznani dzień wcześniej Ola z Piotrkiem wspominali, że byli w Koprze i spali w jakimś fajnym miejscu. Szybko wysłałam smsa z pytaniem, po kilku minutach dostałam odpowiedź:
„Spaliśmy u Gregora z couchsurfingu, tutaj macie do niego numer, zadzwońcie, na pewno was przygarnie. To przyczepa na działce, bez prądu i wody, ale chyba wam to nie przeszkadza.”
Nie marzyliśmy o dachu nad głową, a co dopiero o przyczepie! Seba zadzwonił pod podany numer, wytłumaczył hostowi co, kto, jak, gdzie i dlaczego.
- Idźcie do jakiegoś sklepu albo baru i zapytajcie o adres miejsca, w którym jesteście, a potem do mnie zadzwońcie i czekajcie tam. Przyjadę po was za 15 minut.
Jak obiecał, tak zrobił. Pół godziny później siedzieliśmy w przyczepie działkowej Gregora, który dał nam mapy miasta, pokazał na nich miejsca warte zobaczenia, tanią knajpę, stację benzynową, wylotówkę i wszystko, co mogło się nam przydać. Powiedział, że wieczorem wróci do przyczepy para Walijczyków, którzy śpią u niego od kilku dni. Pozwolił nam zostać na ile chcemy, pod warunkiem, że będzie miejsce – umówieni goście mieli pierwszeństwo. Walijczycy planowo mieli wyjechać nazajutrz, a ich miejsce miał zająć jakiś Rosjanin.
Uznaliśmy, że Koper jest dobrym miejscem na dwa dni resetu i odpoczynku od ciągłego bycia w trasie. Otworzyliśmy więc kupione wcześniej piwo i zajęliśmy się słodkim nicnierobieniem.
Cydr gruszkowy Somersby – polecam bardzo gorąco!

Nasz nowy, Koprowy dom. Żyliśmy sobie po prostu jak królowie :)

Następnego dnia spaliśmy do oporu. Właściwie od momentu przebudzenia mieliśmy plan iść na plażę, jednak w efekcie zebraliśmy się na nią dopiero po południu. Przy okazji zrobiliśmy porządną rundkę po mieście, które okazało się być przeurocze. Koper znajduje się w Istrii, bardzo blisko granicy z Włochami, więc klimat jest tam iście włoski, a właściwie większość mieszkańców dwujęzyczna, tak samo zresztą jak napisy na budynkach, w menu, drogowskazy i informacje turystyczne.

 






Włoskich klimatów w Koprze pod dostatkiem - a wyżej moje ulubione
zdjęcie zrobione w jakimś zaułku.
 Wieczorny koncert na promenadzie.
No i nadmorski zachód słońca w końcu złapaliśmy!

Wracając do przyczepy zaopatrzyliśmy się w wino (a konkretniej rzecz biorąc w wina) i planowaliśmy miło spędzić ostatni wieczór przed powrotem do Polski. Nasi walijscy znajomi wyjechali, toteż po cichu liczyliśmy, że zapowiadany przez Gregora kolejny gość okaże się na tyle w porządku, żeby napić się z nami i pointegrować. Nie myliliśmy się ani odrobinę. Wieczorem do przyczepy dotarł Sergey – Rosjanin pochodzący z Moskwy, żyjący i studiujący w Wiedniu perkusję jazzową; muzyk bijący w bębny w zespole Jazzator (który swoją drogą bardzo polecam!) i niesamowicie otwarty, sympatyczny i zabawny facet. Tematy rozmów się nie kończyły – zaczęło się od niewinnego „skąd jesteś, co robisz i jak ci się tu podoba”, a dwie butelki wina później rozkładaliśmy na czynniki pierwsze każde znane polskie i rosyjskie przekleństwo. Wymieniliśmy się oczywiście numerami i innymi fejsbukami. Nazajutrz rano z Kopru wyjeżdżałam bogatsza o kilka kontaktów i zaproszenie do austriackiej stolicy.
Przy wylotówce stałyśmy aż około godziny, kiedy w końcu zatrzymał się sympatyczny facet jadący wielkim samochodem. Właściwie w środku miejsca było prawie tyle co w busie. Podrzucił nas na stację benzynową przy obwodnicy Ljubljany, twierdząc, że zawsze swoi tam mnóstwo tirów. Owszem, tak było – jednak większość z nich była pusta bądź miała zaciągnięte zasłonki, co świadczyło o tym, że kierowca jeszcze śpi. Nic dziwnego, było całkiem wcześnie. Cierpliwie usiadłyśmy przy wyjeździe z dwoma kartkami – jedną z napisem MARIBOR, a drugą z optymistyczną POLSKĄ.
Po dwóch godzinach sterczenia w pełnym słońcu na betonowym parkingu, moja głowa błagała o amputację. Zostawiłam Zuzę z bagażami i poszłam na zwiady między tirami, licząc, że któryś z Polaków nie będzie już spał. Zauważyłam młodego gościa grzebiącego przy naczepie ciężarówki na polskich numerach.
- Dzień dobry! Jedzie pan może do Polski?
- Dzień dobry, jadę.
- A nie chce pan wziąć dwóch autostopowiczek?
- A dokąd konkretnie jedziecie?
- Ogólnie to do Jarocina, ale byle dalej, chcemy być najpóźniej jutro w Polsce.
- Za 5 minut będę jechał. Czekacie przy wyjeździe? Podjadę tam. Tylko uprzedzam, że mam bardzo małą kabinę.
Faktycznie, była bardzo mała. Pierwszy raz jechałam lorą (zamiast typowej naczepy ciągnęliśmy za sobą podwójną naczepę samochodów osobowych, ułożonych piętrowo. Hardcore!) i mogę powiedzieć, że jazda takim kolosem robi jeszcze większe wrażenie niż przejażdżka typowym tirem. Kierowca uprzedził, że tego dnia na pewno nie zdąży dojechać do Polski, bo niedługo kończy mu się czas, ale dowiezie nas aż do granicy z Węgrami i tam wysadzi na stacji benzynowej, która jest ostatnią przed wjazdem na autostradę, więc wszyscy kierowcy ciężarówek kupują tam winiety i na pewno uda nam się kogoś złapać. Po trzech godzinach jazdy zatrzymaliśmy się, pożegnaliśmy i już obrałyśmy sobie za cel tira na numerach z Dębicy, już kręciłyśmy się obok niego, czekając aż kierowca wróci ze sklepu, kiedy nasz kolega z lory wybiegł z budynku stacji krzycząc:
- Dziewczyny, czekajcie! Spotkałem właśnie kolegę, kiedyś go podwoziłem, więc on się teraz odwdzięczy i was zabierze. Właściwie zabiorą, bo jedzie ze swoim kolegą, na dwie ciężarówki.
Wtedy właśnie zaczął się chyba najzabawniejszy etap naszej podróży, zasługujący na całkiem osobny akapit. Ze sklepu wyszło dwóch gości; jeden na oko po czterdziestce, drugi trochę młodszy. Przedstawili się. Starszy Zbyszek, młodszy Leszek. Która z kim jedzie? Dobrze, no to w porządku, no to wsiadamy i w drogę. Ja ze Zbyszkiem, Zuza z Leszkiem, oni ze sobą przez CB radio. Chyba nigdy w życiu nie jechałam na stopa z kimś takim jak ta dwójka. Zbyszek okazał się człowiekiem jednoosobową imprezą – buzia mu się nie zamykała ani na moment; jeśli nie do mnie gadał coś cały czas, to do Leszka, jak nie do Leszka, to do swoich dzieci przez telefon. Opowiedział mi co ciekawsze anegdotki ze swojego życia, sytuacje z trasy, nie omieszkał rzucać co chwila głupimi żartami. Typ człowieka, który zaskarbia sobie sympatię słuchaczy w ciągu pierwszych dwudziestu sekund. W międzyczasie byliśmy świadkami strasznego wypadku na Węgrzech – samochód osobowy po prostu wbił się w poprzek w kabinę tira. Na półtorej godziny utknęliśmy w korku, przez co mieliśmy na tyle duże opóźnienie, że pewnym było już, że nie dotrzemy tego dnia pod granicę polską. Chłopaki powiedzieli, że mogą spróbować znaleźć nam transport przez CB, jednak małe szanse, że ktoś pojedzie dalej niż do granicy. Miałyśmy więc dwie opcje – albo jedziemy i koczujemy w nocy gdzieś między dystrybutorem a toaletą, albo zostajemy ze Zbyszkiem i Leszkiem na miłym parkingu na Słowacji, pijemy piwo bądź trzy, a potem śpimy sobie wygodnie na łóżku w tirze. Wybór był prosty.
Tym sposobem spędziłyśmy świetny (i śmieszny) wieczór przy Złotym Bażancie z naszymi nowymi kolegami, po czym wskoczyłyśmy we dwie na górne łóżko w ciężarówce Zbyszka i zasnęłyśmy jeszcze zanim wygodnie się ułożyłyśmy.
O 7 rano obudziły nas stłumione rozmowy z zewnątrz, a chwilę później ktoś zaczął bujać naszą kabiną, która roztrzęsła się jak kurze nóżki w galarecie. Moment później usłyszałyśmy jak Zbyszek przewraca się na dole na drugi bok i siada na łóżku.
- Kurde, dziewczyny. Budzę się rano, patrzę do góry, a tam jakieś włosy zwisają! Myślę sobie: o kurwa. Czy ja jestem pijany czy o co chodzi? A potem sobie przypomniałem, że wy tam śpicie.
Poszłyśmy na stację na szybko toaletę w kranie, a jak wróciłyśmy, poznałyśmy trzeciego kierowcę jadącego z nami tego dnia – Tomka – po czym Zbyszek zaproponował kawę.
- Z mlekiem?
- Nie, bez.
- Czyli mogę wam zrobić taką, jaką ja zawsze piję? Czarną i smolistą?
- No jasne.
Wyjął ze schowka puszkę sypanej kawy i łyżkę stołową.
- Wiecie co, bo zgubiłem łyżeczkę i muszę teraz sypać łyżką. Ale chyba wam to nie przeszkadza, nie?
Po czym sypnął każdej z nas do kubka dwie kopiate łyżki kawy. Paliła przy przełykaniu, za to trzymała przez kolejną dobę.
Chłopaki na granicy odbijali w stronę Sandomierza, a uznali, że skoro jedziemy do Jarocina, łatwiej nam będzie dostać się na przejście graniczne w Cieszynie. Szybciutko zorganizowali nam więc przez CB kolejnego kierowcę – Mańka. Na pozór małomówny, starszy facet okazał się bardzo sympatyczny i zaangażowany w szukanie nam kolejnych kierowców. Dojechałyśmy z nim aż pod Częstochowę, gdzie zjechał na parking i z częstotliwością 2 razy na minutę powtarzał przez radio, że „dwie fajne dziewczyny szukają transportu w stronę Piotrkowa Trybunalskiego, do Jarocina jadą”. W końcu zgłosił się dla odmiany bardzo gadatliwy pan, który zawiózł nas pod Łódź, gdzie przechwycił nas następny kierowca z CB, jadący do Stryszowa. Ten ostatni przyznał, że jak usłyszał, że jedziemy na festiwal w Jarocinie, nie mógł nas zostawić, bo sam jest fanem mocnego grania i tego typu imprez. Przez całą drogę powtarzał na CB komunikat, że potrzebujemy transportu, ale nikt się nie zgłosił, więc wysadził nas w Stryszowie na stacji, życząc powodzenia. Tak czy inaczej bilans miałyśmy niezły – praktycznie od samej Ljubljany aż tutaj dojechałyśmy transportem radiowym.
Zuza poszła do ubikacji, a ja za ten czas weszłam do sklepu na stacji, żeby zorganizować kartony. W drzwiach zaczepił mnie jakiś koleś.
- Cześć, to wy jedziecie do Jarocina?
- Eeee… Cześć, no jedziemy, a ty też jedziesz?
- Niestety nie, ja na Toruń, ale słyszałem właśnie o was na CB, powodzenia, trzymam kciuki!
Eh, kto tego dnia o nas nie słyszał na CB – toż pół Polski zostało zaangażowanej w dowiezienie nas na festiwal.
Kolejnego stopa złapałyśmy w 10 minut. Zatrzymał się bardzo sympatyczny gość, jadący aż do Poznania. Okazało się, że jest wykładowcą na łódzkiej filmówce, więc poopowiadał nam trochę ciekawych rzeczy i droga z nim minęła bardzo szybko. Wysiadłyśmy na obwodnicy i za chwilkę zatrzymał się młody gość, który jechał do miasteczka jakieś 30 km od Jarocina. Na trasie zajmującej jakieś 20 minut zatrzymaliśmy się w sklepie dwa razy, no ale dostałyśmy colę w prezencie, więc nie było na co narzekać. Na ostatni kawałek trasy zatrzymał się tir, który wysadził nas w samiutkim centrum Jarocina.
Cóż, kolejne 4 dni spędziłyśmy w namiocie obcych ludzi (bo przecież nie miałyśmy namiotu na festiwal), w rowie, pod sceną; zarabiając na robieniu dredów, pijąc piwo i absolutnie się relaksując.



Droga powrotna oczywiście stopem, jednak zamiast z kartką z napisanym celem, łapałyśmy na taki chwyt:

Okazał się skuteczny – sporo ludzi mówiło: „a, zatrzymałem się, bo rozśmieszyła mnie kartka”. Zresztą nie tylko kierowców bawiła…
I tak właśnie, będą sławne, niewyspane, opalone, przeszczęśliwe i wiozące w plecaku obok śmierdzących ubrań siedem kilo wspomnień, dotarłyśmy do domu, kończąc prawdopodobnie największą, choć z pewnością nie jedyną przygodę tych wakacji.