Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stacja benzynowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stacja benzynowa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 sierpnia 2014

[9] balkantrip cz. 3: Czarnogóra

Pierwsza rzecz, jaką zrobiliśmy po przejechaniu granicy z Czarnogórą i wyjściu z samochodu było zaopatrzenie się w nowe kartony na stacji benzynowej. Za ladą młody gość, oczywiście nie obeszło się bez wytłumaczenia po co, dlaczego, skąd, dokąd, kiedy i za ile. Po wymienieniu zdawkowych uśmiechów i ulokowaniu się na wyjeździe ze stacji z kartką „Podgorica” minęło ledwie kilka minut, gdy zauważyliśmy wspomnianego pracownika stacji idącego w naszą stronę ze swoją koleżanką po fachu i… pytającego, czy mogą zrobić sobie z nami zdjęcie. Wzbudziliśmy niemałą sensację w tej spokojnej przygranicznej wiosce.

Po 20 minutach zatrzymał się tir, a w nim człowiek, który zakrawał o typowy stereotyp prawdziwego kierowcy ciężarówki: w zębach papieros, na ręce tatuaż, całkowicie luzacka postawa. I ponownie niemal zerowa znajomość angielskiego. Wytłumaczył, że jedzie prawie do samej Podgoricy, więc nie zastanawialiśmy się długo.


Po kilkudziesięciu kilometrach na drogę wyszedł policjant pokazujący, że mamy się zatrzymać. W pierwszym odruchu przestraszyłam się, że będzie kazał jednemu z nas wysiąść, bo w kabinie było miejsce tylko dla kierowcy i jednego pasażera; Paweł siedział na łóżku. Jednak po chwili rozmowy ruszyliśmy dalej. Kierowca powiedział, że musimy zjechać na najbliższy parking, bo jest teraz duży ruch turystyczny i w takiej sytuacji tiry mogą ponownie ruszyć w trasę po 22. Mieliśmy więc nieco ponad godzinę czekania.
Kilka kilometrów dalej znaleźliśmy parking, a obok obskurny przydrożny bar przypominający trochę mordownię ze starych westernów. Weszliśmy do środka – całkowicie pusto, na ścianie telewizor, a jedyną żywą duszą był podchmielony młody barman. Przywitaliśmy się, kierowca wspomniał (prawdopodobnie), że jesteśmy autostopowiczami, na co chłopak zwrócił się do nas po angielsku:
- Skąd jesteście?
- Z Polski.
- O, Polska. Wisła Kraków!
Mam nadzieję, że skojarzenia z drużyną miał dobre.
Usiedliśmy przy stoliku, kierowca porozmawiał z barmanem, a ten po chwili postawił przed nami na stoliku po serbskim piwie Jelen. Chwilę później dostaliśmy kolejną dostawę, a gdy chcieliśmy się rozliczyć z kierowcą, ten kategorycznie zaprzeczył stukając się palcem w głowę. Mimo że nasze próby porozumienia się były trudne, bardzo gestykulacyjne i polegały na wymienianiu słów w każdym znajomym języku jaki przyszedł nam na myśl, kierowca zdecydowanie nas polubił; zresztą z wzajemnością. Prawdopodobnie właśnie dlatego dowiózł nas do samiutkiej Podgoricy, gdzie zatrzymał się centralnie na środku ronda, nie przejmując się zupełnie ruchem drogowym. Chcąc odwdzięczyć się za piwo, podwózkę i miło spędzone popołudnie wyciągnęliśmy w jego stronę paczkę papierosów, które kupiliśmy jeszcze w Polsce i do tej pory czekały na specjalnie zasłużonego kierowcę w plecaku. Tirowiec ponownie popukał się w głowę i zupełnie nie chciał przyjąć prezentu. W takich sytuacjach warto użyć jednego mocnego argumentu.
- Musi pan wziąć. To prezent z Polski!
- Aaa, z Polski…
Przyjął, podziękował, pożyczył nam szczęścia i zawrócił w swoją stronę.
Była północ. Od Zuzy i Seby dostaliśmy informację, że kierują się w stronę wybrzeża, prawdopodobnie do miejscowości Bar bądź gdzieś niedaleko niej. Uznaliśmy, że ruch nie jest na tyle mały, żeby niemożliwym było dojechanie do nich dzisiaj, ruszyliśmy więc w poszukiwaniu wylotówki. Po kilku konfrontacjach z miejscowymi postanowiliśmy zaczepić jeszcze grupę młodych ludzi siedzących na skwerze.
- Cześć, chcemy dotrzeć na wylotówkę w stronę Baru i Budvy, wiecie w którą to stronę?
- Nie wiemy, ale może chcecie z nami zajarać?
Druga propozycja w ciągu jednego dnia i ponownie musieliśmy odmówić.
Kilka minut stania i już siedzieliśmy w kolejnym samochodzie. Choć może „siedzieliśmy” to zbyt cywilizowane słowo: tak konkretnie do Paweł zajmował miejsce pasażera z przodu, a ja gniotłam się z tyłu pod dwoma plecakami i bez możliwości zapięcia pasa. Nie było by w tym jeszcze nic nadzwyczajnego i niepokojącego gdyby nie fakt, że kierowca ruszył z zatoczki z kosmicznym przyspieszeniem i już po chwili mknął po stolicy Czarnogóry z prędkością 120 km/h wyprzedzając wszystkich po drodze. Jak na ironię, w radio zabrzmiało w tym momencie „Knockin’ on Heaven’s door”. Miałam nadzieję, że jednak tak szybko nie zapukamy.
Na szczęście jechaliśmy w ten sposób jedynie około 20 minut, ponieważ kierowca jechał tylko jakieś 30 km za Podgoricę. Choć może „na szczęście” nie jest do końca trafne w tej sytuacji. Zostaliśmy wysadzeni dokładnie pośrodku niczego. Bez koloryzowania. Wąska droga, żadnej latarni w promieniu kilkunastu kilometrów. Obok równolegle biegnące tory, a z dwóch stron ogromne jezioro. Żeby dodać pikanterii, na zegarku godzina 1 w nocy, a ruch samochodowy wynosił średnio jedno auto na 10 minut. Bez ściemniania, byliśmy po prostu w dupie. Tak czy inaczej, nie uśmiechało nam się w tej dupie zostać do rana. Od Baru dzieliło nas jakieś 20 km, więc z dużą dozą samozaparcia ruszyliśmy do przodu po torach kolejowych (po części dlatego, by się nie zgubić, ale drugim czynnikiem był fakt, że przy drodze nie było pobocza, a my nie mieliśmy przy sobie niczego odblaskowego, co siłą rzeczy czyniło nas kompletnie niewidocznymi dla kierowców i mogło źle się skończyć). Z każdym przejeżdżającym samochodem stawałam na murku wychylając się maksymalnie i machając kartkami „Bar” i „Budva”. W ten sposób minęła godzina, podczas której naszymi jedynymi towarzyszami byli jasno świecący księżyc i głośno rechoczące żaby. W pewnym momencie tory zaczęły skręcać w las, a droga główna szła dokładnie w przeciwną stronę, więc zmuszeni byliśmy zejść na pobocze (a raczej jego brak). Ujrzeliśmy nadjeżdżający z dużą prędkością samochód, więc z nikłą nadzieją wyciągnęłam kartki. Ten jednak śmignął obok nas nawet nie zwalniając. Zatrzymał się kilkaset metrów dalej i… wrzucił wsteczny, po czym równie szybko jak przyjechał, cofnął się po nas. W samochodzie ojciec z na oko około 18-letnim synem, jadą do Baru, chętnie nas wezmą. Wsiedliśmy, w środku całkiem miła atmosfera; rozmowy łamanym angielskim, a z głośników na cały regulator ryczało jakieś czarnogórskie disco polo (jeśli myślicie, że nie ma nic gorszego od słabej techniawy na imprezie, grubo się mylicie. Bałkańskie disco o 2 w nocy ryje mózg o wiele bardziej).
Wysadzili nas na stacji benzynowej w Barze. Aura nie sprzyjała – zimno i deszczowo, a my znów byliśmy bez perspektyw na spędzenie nocy. Gdy siedzieliśmy pod kawałkiem dachu zastanawiając się co ze sobą zrobić, zatrzymał się przy nas samochód, a w środku 4 gości, śmiejących się w niebogłosy. Po kilku minutach uchylili okno.
- Cześć. Chcieliśmy zapytać, czy chcecie z nami zajarać.
Kolejna propozycja tego dnia. Zaczęłam już podejrzewać, że w Czarnogórze marihuana jest legalna. Ponownie odmówiliśmy i poszliśmy rozejrzeć się po okolicy w poszukiwaniu dobrego miejsca na nocleg. Gdy utwierdziliśmy się w przekonaniu, że w Barze brak daszków czy innych zakamarków nadających się do spędzenia ostatnich kilku nocnych godzin, zdążyliśmy już przemoknąć do suchej nitki i postanowiliśmy przekoczować na przystanku autobusowym. Zrobiła się 3 nad ranem, więc perspektywa trzech godzin nie wydawała się taka straszna. Owinęłam się szczelnie śpiworem i kocem i udało mi się nawet przez chwilę zdrzemnąć, w pozycji półleżącej i z plecakiem pod głową. Choć noc nie należała do najwygodniejszych, poranne widoki wszystko wynagrodziły.


Zuza i Seba czekali na nad w Budvie, miejscowości oddalonej od Baru niecałe 40 km. Dosyć szybko złapaliśmy pierwszego stopa do znajdującej się po drodze miejscowości Sutomore - wzięła nas przemiła Ukrainka. Z Sutomore równie szybko zatrzymała się Serbka, która zawiozła nas pod Budvę. Widoki na trasie były niesamowite.


A miały być jeszcze lepsze! W ogóle trudno jest przemierzać Czarnogórę bez ciągłego zachwytu. Kiedy wydaje się, że nie może już być piękniej, widoki za rogiem okazują się jeszcze bardziej niesamowite. Kraj jest bardzo czysty, ludzie życzliwi, pogoda sprzyjająca, czego chcieć więcej?
Dostaliśmy się miejskim busem do centrum Budvy, gdzie poczekaliśmy na naszych towarzyszy w lokalnej knajpie przy pysznej smażonej rybie (a biorąc pod uwagę, że był to pierwszy ciepły posiłek od paru dni, nawet gdyby była półsurowa i niedoprawiona, nie śmiałabym narzekać). Po przyjściu Zuzy i Seby uznaliśmy, że to idealny moment, by znaleźć pocztę i wysłać pocztówki wszystkim, którym to obiecaliśmy. No i chcieliśmy koniecznie posłać kartkę Pawłowi, naszemu kierowcy ciężarówki z trasy do Cluju. Ja i Zu uwinęłyśmy się z adresowaniem całkiem szybko, więc zostawiłyśmy chłopaków z bagażami pod pocztą, a same postanowiłyśmy się przejść na plażę.



Na żywo wszystko prezentowało się jeszcze co najmniej osiemdziesiąt razy lepiej.
Pozostała jeszcze kwestia załatwienia nowych kartonów. Udaliśmy się więc na stację benzynową, choć tak naprawdę ta wycieczka miała jeszcze jeden ukryty cel. Od początku podróży stacjowe toalety stały się naszymi sprzymierzeńcami – myliśmy się praktycznie tylko na nich. Przeważnie bezpłatne, często całkiem duże i komfortowe; wprost idealne miejsce wspomagające podróżującemu utrzymanie jako takiej higieny. Gdy już wszyscy się ogarnęliśmy, oznajmiłam, że idę załatwić kartony, bo jestem w tym przecież świetna.
- Dzień dobry, mówi pani po angielsku?
- Tak.
Wyjęłam zza pleców zdezelowany karton po przejściach.
- Czy ma pani może coś takiego?
Kobieta podała mi z uśmiechem marker.
- Nie, nie o to chodzi, mam marker, potrzebuję kartonu, bo mam tylko jeden, a chciałabym mieć dwa.
Kobieta wyciągnęła rękę prosząc o tekturę. Zdezorientowana podałam jej ją, a ona przedarłszy na pół naszą ostatnio pisalną powierzchnię, oddała mi ze szczerym uśmiechem dwa postrzępione kawałki. No tak, teraz miałam dwa kartony, tak jak chciałam. Na szczęście za budynkiem stacji znaleźliśmy spory śmietnik, a w nim bardzo dużo tekturowych pudełek.


Znów nadszedł ten najgorszy moment, czyli dostanie się na wylotówkę. Po wypytaniu kilkorga ludzi o najlepsze miejsce do łapania stopa w stronę Chorwacji, dowiedzieliśmy się, że stacja wprost idealna do tego przedsięwzięcia znajduje się 4 km dalej, a droga do niej jest wąska, ruchliwa, bardzo pod górę i z tunelem po drodze. Ciekawiej być nie mogło! W żółwim tempie pokonywaliśmy kolejne metry, za to widoki ponownie zapierały dech.


Budva widziana coraz bardziej z góry :)




Po wejściu na górę, a następnie zejściu z niej z drugiej strony, zobaczyliśmy wreszcie upragnioną stację. Ponownie mieliśmy się przemieszać parami i dotrzeć w kombinacjach ja + Seba i Zu + Paweł do Splitu. Przed stanięciem przy drodze postanowiłam skorzystać jeszcze z faktu, że na stacji jest ubikacja. Nie minęły jednak dwie minuty, gdy usłyszałam wołanie Zuzy.
- Magdaaaaa, pospiesz się, macie transport.
Okazało się, że w międzyczasie Seba zagadał do dwóch panów, wyglądających na biznesmenów. Jechali w naszą stronę, pod sam Tivat na lotnisko. Stamtąd znów bardzo szybko złapaliśmy dostawczy samochód do miasta. Za kierownicą młody chłopak, cały czas uśmiechnięty. Podwiózł nas te kilkanaście kilometrów, zatrzymał się w zatoczce i gdy już mieliśmy wysiadać, powiedział:
- No, to za ten kurs należy się 25 euro.
Kompletnie nas zatkało i spojrzeliśmy na niego jednocześnie zakłopotani i z żądzą mordu w oczach. Widząc nasze miny chłopak roześmiał się.
- Przecież żartuję, wysiadajcie i powodzenia w dalszej drodze!
W Tivacie wsiedliśmy w busa, który zawiózł nas prosto na prom. Warto wspomnieć, że – ku naszej szczerej uciesze – przepłynięcie na drugą stronę było bezpłatne dla pieszych.
Po zejściu z promu tuż obok nas zmaterializowała się budka z lodami, której nie zdołaliśmy się oprzeć. I właśnie w tym momencie, balansując z dwunastokilogramowym plecakiem na murku oddzielającym brzeg morza od ulicy, jedząc lody i mrużąc oczy przez słońce, POCZUŁAM WAKACJE. To była niewątpliwie jedna z milszych chwil.
Stojąc w kolejnej zatoczce postanowiliśmy zjeść coś przed dalszym łapaniem. Wybór był prosty, bo właściwie nie mieliśmy niczego prócz chleba i ajwaru.

Jest to bałkański przysmak – pasta, której postawą jest papryka i bakłażan. Pysznie smakuje zarówno z chlebem, jak i jako dodatek do makaronu. Można go kupić w każdym z krajów bałkańskich, praktycznie we wszystkich supermarketach i sklepach spożywczych. W Polsce również jest dostępny, jednak smakiem nie umywa się do tego prawdziwego, południowego.
Chwilę po zjedzeniu siedzieliśmy już w samochodzie (który wielkością przypominał raczej busa) sympatycznego francuza, mknąc w stronę Herceg Novi. Zdecydowanie mieliśmy tego dnia szczęście – martwiliśmy się, że wyjeżdżając o 14 z Budvy mamy niewielkie szanse na dotarcie do Splitu tego samego dnia, jednak los miał nam sprzyjać do samego wieczora. Kolejnych kilkanaście minut później zatrzymał się przed nami samochód na niemieckich numerach. Naszym towarzyszem na następne godziny został około czterdziestoletni Niemiec, bardzo sympatyczny i całkiem rozgadany. Po poprzedniej ciężkiej nocy już prawie zasypiałam na stojąco, więc Seba usiadł z przodu i wspomniał, że idę do tyłu, bo pewnie za chwilę zasnę. Kierowca zareagował żywiołowo i chciał złożyć fotele, żebym mogła wygodnie się położyć, jednak w zupełności wystarczył mi kawałek miękkiego siedzenia. Zdołałam jeszcze zachować świadomość do momentu przekroczenia granicy z Chorwacją, a po sprawdzeniu przez celnika dowodów zrobiło mi się bardzo, ale to bardzo smutno i postanowiłam sobie, że pewnego dnia na pewno wrócę do Czarnogóry. Na pewno na o wiele dłużej.

niedziela, 27 lipca 2014

[5] balkantrip cz. 1: Rumunia


Czas: 8 – 22.07.2014
Dystans: ponad 4500 km
Hajs: ok. 120 € + 100 zł

Ostatni egzamin miałam 7.07. Niecałą dobę później stałam już w Barwinku z ważącym ponad 10 kg plecakiem i z toną kartonów pod pachą razem z Zuzą, Sebą i Pawłem. Trasa wstępnie (a nawet bardzo niepewnie, jak się później okaże) zarysowana, misja na dzień pierwszy okraszona dozą optymizmu – uda nam się dotrzeć do Cluju-Napoca w Rumunii.
Na dobry początek zmuszeni byliśmy przejść się kilka kilometrów z naszej pierwszej miejscówki na lepiej usytuowaną stację benzynową. Tam podzieliliśmy się już definitywnie: pierwszego dnia ja jadę z Pawłem, a Zu z Sebą. Żeby sobie nawzajem nie przeszkadzać, my zostaliśmy na stacji, oni przenieśli się do zatoczki nieopodal. Typowo wakacyjna pogoda, słońce prażyło niemiłosiernie, co nie do końca wpływało na naszą korzyść, pięknych, młodych i pełnych energii podróżników, którzy niebawem mieli raczej sprawiać wrażenie styranych życiem przypalonych skwarek. Usiedliśmy więc z Pawłem na trawie przy wyjeździe ze stacji z kartką z napisem „Barwinek” (dzieliło nas od niego kilka kilometrów) oraz drugą o treści „Słowacja”. Po blisko pół godzinie podjechała do nas ciężarówka.
- Dokąd jedziecie?
- Na Słowację.
- A później?
- Na Węgry.
- No dobra, a jeszcze później gdzieś jedziecie?
- Właściwie to do Rumunii, ale nawet Słowacja nas zadowoli. A pan?
- Do Bukaresztu. To wsiadacie?
Nasze zdziwione miny były prawdopodobnie warte więcej niż milion dolarów. W ten prosty sposób poznaliśmy Pawła, który został naszym kompanem na najbliższych 10 godzin i okazał się świetnym opowiadaczem podróżniczo-pracowniczych historii. Swoją ciężarówką zwiedził praktycznie całą Europę oprócz Albanii i Czarnogóry. Tę ostatnią zaprezentował nam zresztą w tak ciekawy sposób, że niemal momentalnie uznaliśmy, że koniecznie musimy naciągnąć trochę planowaną trasę, by zahaczyć o ten kraj.
Przejazd przez Słowację i Węgry minął bez większych fajerwerków. Pomijając kwestię, że niejednokrotnie miałam okazję być – zarówno na dłużej jak i na krócej – w obu tych krajach, zwyczajnie nie jestem szczególną pasjonatką tych rejonów. O ile Węgry odbieram całkiem przyjemnie (wyłączając język węgierski, którego słuchając czuję się, jakby ktoś atakował mnie z każdej strony paczką gwoździ) i dobrze kojarzą mi się z dzieciństwem, tak Słowacja jest dla mnie kompletnie szara i nijaka. Niemniej jednak naszym celem tego dnia była malownicza Rumunia i kiedy po południu przekroczyliśmy węgiersko-rumuńską granicę, czuliśmy się jak zwycięzcy. Nasz kierowca z kolei utrzymywał wersję, że wcale nie męczy go nasze towarzystwo, wręcz przeciwnie – bardzo się cieszy, że z nim jedziemy, bo dzięki temu ani trochę mu się nie nudzi i w ogóle nie stał się senny. A Rumunia zachwyciła od samego początku.

Takie widoki towarzyszyły nam przez całe trzy dni przemierzenia kraju. Najpierw mrożące krew w żyłach kręte, wąskie i strome drogi wspinające się po górach, a następnie zapierające dech w piersiach pejzaże, które chciałby uwiecznić niejeden fotograf pasjonat. Pikanterii pokonywanym przez nas trasom dodawał fakt, że Rumunii kierowcy w ogóle nie boją się wyprzedzać, bynajmniej nie zawsze w tym pozytywnym wydźwięku. Niejednokrotnie zdarzyło się, że na drodze ze świstem mijał nas samochód, którego kierowca zupełnie nie zważał na to, że z naprzeciwka również jedzie auto. Obaj prowadzący podchodzili do sprawy zupełnie bezstresowo, starając się kulturalnie zjechać trochę na bok żeby uniknąć wypadku. Może Polakom też przydałaby się taka zimna krew?

Paweł wysadził nas w Cluju, gdzie wymieniliśmy się numerami, a następnie ustaliliśmy, że jeśli będziemy chcieli jechać gdzieś w świat, mamy prędko dać znać – może po skonsultowaniu trasy okaże się, że Paweł jedzie w to samo miejsce w tym samym terminie? :)
Na miejscu mieliśmy czekać na Zuzę i Sebę, którzy chwilę wcześniej napisali smsa, że są kilkadziesiąt kilometrów od Cluju. Z braku lepszej alternatywy (no dobra, tak naprawdę głównym powodem było to, że umieraliśmy z głodu po całym dniu bez jedzenie) poszliśmy na pobliską stację benzynową. Przy zamawianiu jedzenia okazało się, że sprzedawca ma problem z posługiwaniem się językiem angielskim. Gdy próbowaliśmy mu wytłumaczyć, że chcielibyśmy kanapki na ciepło, z zupełnie bezinteresowną pomocą przyszedł Rumun stojący w kolejce do kasy obok, który z kolei po angielsku mówił świetnie. Szybko dogadał się z nami, po czym przetłumaczył polecenia na rumuński sprzedawcy. Podziękowaliśmy ładnie, usiedliśmy przy stoliku i zajęliśmy się studiowaniem mapy. Nie minęło 5 minut, gdy nasz wybawca z kasy się do nas przysiadł.
- Cześć, przepraszam, że przeszkadzam, ale zauważyłem, że nie jesteście stąd i pomyślałem, że może potrzebujecie pomocy. Skąd przyjechaliście?
- Z Polski.
- Mogę wam jakoś pomóc? Może macie jakieś pytania? Ile czasu spędzicie w Cluju? Macie gdzie spać tej nocy?
- Dziękujemy, to bardzo miłe, że zagadałeś. Wszystko jest w porządku, chociaż właściwie… Może znasz jakieś miejsce nieopodal, gdzie moglibyśmy rozbić namiot?
- Namiot… Czekajcie, muszę zadzwonić.
(po minucie – jak mniemam – rozmowy na temat „gdzie pokierować miłych Polaków, żeby było przyzwoicie i tanio, ewentualnie za darmo”)
- Mój kolega dał mi numer do hostelu, zadzwonię i zapytam, czy mają tam pole namiotowe.
(kolejną minutę później)
- Niestety, nie mają miejsca na namioty, ale ceny za pokój wynoszą tyle i tyle. Chcecie żebym go dla was zarezerwował?
- Nie, nie trzeba, ale dziękujemy, bardzo nam pomogłeś.
- Nie ma problemu. Miłego wieczoru i pobytu w Cluju!
Przez kolejnych 15 minut uśmiech nie schodził mi z twarzy. Pierwsze starcie z miejscowymi, a już serdeczność kipi z każdego kąta. Zdecydowaliśmy się pójść do pobliskiego sklepu w celu kupienia rumuńskiego piwa i poczekania na naszych przyjaciół. W międzyczasie dokładnie obeszliśmy stację benzynową z każdej strony w poszukiwaniu kawałka trawy, na której moglibyśmy postawić namiot. Niestety, miejscówka była dosyć marna, należało więc uruchomić pokłady wyobraźni. Gdzie najczęściej można spotkać nocą spłukanych podróżników? Oczywiście, że na dworcu! A gdzie przeważnie znajdują się dworce? Na pewno nie na obrzeżach miasta; należy dostać się do centrum. Zagadałam do grupki dziewczyn stojących na przystanku autobusowym i ponownie zderzyłam się ze ścianą życzliwości: dostaliśmy dokładne dyrektywy czym, dokąd, jak i którędy. Na pytanie o bilety autobusowe usłyszeliśmy:
- E, nie martwcie się, już późno, na pewno nie będzie kontroli, a nawet jakby była, to jesteście turystami.
Na szczęście dziewczyny miały rację. Bez problemu dostaliśmy się do centrum (ponownie doświadczając serdeczności miejscowych, którzy dokładnie informowali nas na którym przystanku powinniśmy wysiąść. Pod tym względem Rumunia jest naprawdę cudowna – każdy stara się pomóc jak tylko może), skąd udaliśmy się prosto na dworzec. Byliśmy już niemal na sto procent zdecydowani, że spędzimy tam noc, jednak po pół godziny koczowania na plecakach atmosfera zaczęła się zagęszczać, tak samo jak liczba ludzi w poczekalni. Cyganie. Niektórzy przychodzili pojedynczo, inni całymi rodzinami. Siadali na ławce, by po chwili zerwać się i usiłować sprzedawać cięte tulipany ludziom oczekującym na pociąg. Mimo że staram się nie uprzedzać do ludzi bez powodu, cygańskie pielgrzymki nie wzbudziły mojego zaufania. Czym prędzej wyszliśmy z budynku.
Bardzo przykre, że rodowici Rumuni są postrzegani właśnie przez pryzmat Cyganów. Przyznam, że przed przyjazdem sama byłam niemal pewna, że prawdziwy Rumun ma śniadą cerę i gardzi pracą. Nic bardziej mylnego – to maksymalnie otwarci, sympatyczni i przyjaźni ludzie, którzy wciąż tracą na wizerunku przed cygańską mniejszość. Obiecałam sobie, że idąc obładowana bagażami i siatkami z Biedronki już nigdy nie powiem, że „idę jak Rumun”.
Ostatecznie, po dwóch godzinach krążenia po nocnym Cluju, maksymalnie zmęczeni, głodni i delikatnie już poirytowani zdecydowaliśmy się z bólem serca wydać pieniądze na hostel. (W międzyczasie dostaliśmy wiadomość od Zu i Seby, że są pod miastem, spędzą noc na stacji i dotrą do nas nazajutrz.)  Mimo szczerych chęci nie zdołaliśmy znaleźć najmniejszego kawałka trawnika, na którym można byłoby niepostrzeżenie rozłożyć namiot, a ze względu na panujące cygańskie okoliczności uznaliśmy, że spanie na chodniku jest kiepskim pomysłem. Obeszliśmy chyba wszystkie możliwe hostele w promieniu kilometra, pytając w międzyczasie o radę pana ze sklepu, panie w kasie na dworcu i policjanta. Ostatecznie wróciliśmy w pierwsze odwiedzone miejsce, które wydało się najtańsze ze wszystkich.
- Dzień dobry, jednak wróciliśmy. Zdecydujemy się na pokój, ale mamy pytanie: czy jest możliwość wzięcia dla naszej dwójki pokoju jednoosobowego? Wie pan, studenci…
- Hm… tak, jest. A nawet mogę wam dać dwójkę w jeszcze niższej cenie niż jedynka.
Pamiętajcie: zawsze warto się targować! Nawet jeśli jesteście niemal pewni, że nic nie ugracie. Nikt was nie pobije ani nie wyrzuci za pytanie, czy można taniej, a da się naprawdę sporo ugrać. Tym sposobem zapłaciliśmy za dwójkę jakieś 70% jej wyjściowej ceny. Nasze kieszenie zostały nieco uspokojone i z czystym sumieniem mogliśmy iść spać.
                                   
Następnego ranka, po skompletowaniu się już we czwórkę ruszyliśmy zwiedzać miasto. Właściwie słowo „zwiedzać” nie jest najtrafniej dobrane – był to raczej rekreacyjny spacer, którego celem po jakimś czasie okazało się szukanie ławki. A tych jak na złość w Cluju jak na lekarstwo!


Mimo wszystko miasto bardzo mnie urzekło i momentalnie dopisałam je do listy miejsc, które chcę ponownie odwiedzić, tym razem z większym zapasem czasu. Widać, że wciąż się rozwija, póki co jest mocno rozkopane i cały czas remontowane, jednak ma wiele klimatycznych i tajemniczych zaułków, w które warto się zapuścić i podglądnąć jak wygląda życie w Cluju od kuchni.
Moje wspomnienia jak zwykle nie są zbyt spójne i kolejna – choć może mało ważna – rzecz, która zapadła mi w pamięć to okropna melodia z dworca PKP. Zapomniałam wspomnieć, że to on stał się naszą śniadaniową jadalnią i już po 15 minutach w towarzystwie niecichnącej melodyjki, która poprzedzała każdą zapowiedź pociągu byliśmy bliscy zwariowania.
Spacerując po mieście całkiem przypadkiem spotkaliśmy całkiem nieznajomą parę w postaci Tomka i Uli, którzy również przyjechali do Rumunii autostopem. Był to naprawdę miły akcent i żałuję, że nie wymieniliśmy się numerami.
Po kilku godzinach nadszedł najgorszy moment dla każdego autostopowicza – czas znaleźć wylotówkę w stronę nas interesującą, czyli w tym wypadku na Timisoarę. Zajęło nam to – bagatela – kolejną godzinę. Tym razem miałam łapać okazję z Sebą. Pierwszy samochód, który się zatrzymał, prowadził francuz, z którym dosyć ciężko było się dogadać, jednak metodą „Kali jeść, Kali pić” doszliśmy do porozumienia i zawiózł nas do Turdy. Wysiedliśmy na stacji benzynowej i tam po raz pierwszy w życiu miałam okazję zobaczyć kobiety wykonujące najstarszy zawód świata w takim zagęszczeniu! Było ich chyba z 5 czy 7, kulturalnie czekały w kolejce, żeby nie zabierać sobie nawzajem klientów. Widać zasady dobrego zachowania obowiązują i w tej profesji.
Z Turdy szybko złapaliśmy kolejnego stopa do Sebes. Tym razem wziął nas przemiły młody (i notabene całkiem przystojny; szalenie kojarzył mi się z Chetem Fakerem) architekt, który do tego świetnie mówił po angielsku, więc droga upłynęła na miłej konwersacji. Niestety wszystko co przyjemne szybko się kończy i po kilkudziesięciu minutach znów staliśmy na drodze machając kciukiem. Trasa Sebes – Deva dla mnie minęła o wiele za szybko, ponieważ po jakichś 10 minutach jazdy zasnęłam na tylnym siedzeniu, a umilaniem kierowcy czasu rozmową zajął się Seba. Obudziły mnie słowa „Magda, to już” i zanim zdążyłam przetrzeć oczy, zauważyłam, jak kierowca daje Sebie do ręki 50 lei ze słowami, że na pewno jesteśmy bardzo głodni i koniecznie musimy iść coś zjeść. Kolejny piękny gest ze strony Rumunów.
Został nam do pokonania ostatni odcinek trasy do Timisoary. Pogoda zrobiła się wybitnie psia i mokra, może dlatego kierowca tira nie pozwolił nam stać w zatoczce dłużej niż 10 minut. Starszy pan o poczciwym uśmiechu, rozumiejący pojedyncze słowa po angielsku. Wspólnymi siłami ustaliliśmy, że jedzie w tym samym kierunku co my. Zagadywał nas po rumuńsku i po niemiecku, jednak bezskutecznie. W końcu zapytał skąd jesteśmy.
- Jesteśmy z Polski.
- Aaaaa, Polska! Jak się masz? Dobrze. Proszę. Proszę bardzo. Kurwa mać. Dziękuję. Dzień dobry.


Możecie wyobrazić sobie naszą reakcję. Droga do Timisoary minęła w świetnej atmosferze i rozmowach po rumuńsku-angielsku-polsku. Po dojechaniu do miasta kierowca zapytał, gdzie nas wysadzić.
- Właściwie najlepiej byłoby na wylotówce, ale to pewnie na drugim końcu miasta. To może jest tu jakaś stacja z prysznicem?
Jeden telefon, drugi.
- Nie ma tu pryszniców na stacjach.
- To możemy wysiąść gdziekolwiek, gdzie panu wygodnie.
- Bo ta wylotówka… to bym musiał na drugi koniec, nie, to daleko.
- To może być na najbliższym przystanku.
- Aż przez całe miasto bym musiał.
- To bez sensu, niech pan nas wysadzi tutaj.
- Eeee.
Gaz i popędziliśmy z naszym nowym rumuńskim kolegą prosto na stację na samiutkiej wylotówce. Tam poczekaliśmy na Zuzę i Pawła, którzy dotarli do nas chwilę później. Jedyną alternatywą na nocleg było rozbicie namiotu na stacji, ale dla zachowania przyzwoitości postanowiliśmy uprzedzić o tym pracowników. Nie robili najmniejszego problemu, więc znaleźliśmy miłą miejscówkę za opuszczonym tirem, wypiliśmy kupione dzień wcześniej piwo i poszliśmy spać.


Ranek obudził nas zapachem smaru i ujadaniem psów. Szybka toaleta w umywalce na stacji, załatwienie kolejnych kartonów u pracownika stacji i czas lecieć dalej. Stopując w Rumunii nie trzeba nawet specjalnie się wysilać -  gdy czekałyśmy z Zu aż chłopaki skończą składać namiot jakiś samochód sam się przy nas zatrzymał i zostałyśmy zbombardowane pytaniami dokąd jedziemy i czy potrzebujemy podwózki.



W miejscowości Moravita znajdującej się kilka kilometrów od granicy byliśmy (tym razem znów z Pawłem) po jakichś 2 godzinach. Dzień zdecydowanie nam nie sprzyjał – w pełnym słońcu staliśmy w Moravicie kolejne dwie godziny. Bezskutecznie; ruch był znikomy, droga do granicy z Serbią tylko jedna, a mimo wszystko kierowcy kręcili głowami pokazując, że jadą gdzie indziej. W końcu zlitował się nad nami starszy pan, który łamanym angielskim przeplatanym z niemieckim poradził, byśmy przeszli granicę pieszo, bo jest blisko i tam łatwiej będzie nam coś złapać. Swoją skomplikowaną wypowiedź skończył słowami „God bless you every day”, które, jak się później okazało, ani trochę nie przyniosły nam szczęścia. Jednak granica została przekroczona bez problemów, co więcej – celnicy byli nadzwyczaj mili. Ten fakt sprawił nam wiele radości, choć jak to mówią: nie chwal dnia przed zachodem słońca.



A co jeszcze do owego zachodu się stało, opowiem po powrocie z Woodstocku, na który ruszam już jutro. Tym razem z o wiele mniejszym plecakiem ;) Co jak co, ale po dwóch tygodnia z nadbagażem okazuje się, że tak naprawdę jedynymi niezbędnymi rzeczami wyjazdowymi jest czysta bielizna i mydło.

Miłego tygodnia pełnego wrażeń!