Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Atlantyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Atlantyk. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 grudnia 2015

[61] Islandia: migawki #4

#Garður

Garður jest maleńką miejscowością położoną na samym końcu półwyspu Reykjanes. Lądujemy tam całkiem przypadkiem – trochę z braku laku, a trochę dlatego, ze stamtąd blisko do Keflaviku, skąd mamy lot powrotny.
Miasteczko wydaje się być wymarłe. Jedziemy więc na sam cypel, gdzie – ku naszej uciesze – całkowicie przypadkiem znajdujemy świetny (i darmowy!) camping. O tej porze roku jest oczywiście pusto, ale na miejscu znajduje się wszystko, czego właśnie w tym momencie potrzebujemy do pełni szczęścia: ogrzewana budka z toaletami, mały aneks kuchenny z bieżącą ciepłą wodą, w którym przy okazji można schronić się od wiatru, dwie latarnie morskie i kilka stojących na brzegu łodzi, co zapewnia nam rozrywkę.
Chociaż nie jest to może najlepsze miejsce na bazę wypadową podczas dłuższego wyjazdu, z pewnością rewelacyjnie nadaje się na kilkudniowy reset z przyjaciółmi z dala od cywilizacji.



 tak robiłyśmy zdjęcie z latarnią, że latarni nie widać


 e?




#Blue Lagoon

Błękitną lagunę chcemy zobaczyć jedynie w ramach ciekawostki, by przekonać się, czy faktycznie robi takie wrażenie. Wiemy, że ceny wstępu do części wydzielonej jako spa są bardzo wygórowane; jednak tuż obok jest dokładnie taka sama woda z takim samym leczniczym błotem, tyle tylko, że za darmo. Robimy sobie więc krótki spacer krajoznawczy.






#Reykjavik i…

W Reykjaviku jesteśmy kilka razy, jednak najwięcej zwiedzamy tam jednej, halloweenowej zresztą nocy. Po wspólnym piwie w barze rozdzielamy się – chłopaki idą szukać fajnych kadrów na zdjęcia, a Magda i ja skręcamy w każdą uliczkę, która nam się spodoba. Spotykamy po drodze dwie Polki i wdajemy się w śmieszną rozmowę ze starszym obcokrajowcem, nie pamiętam skąd. Udaje nam się znaleźć klub KEX – znane ze świetnych koncertów miejsce w Reykjaviku. Cały czas mam wrażenie, że życie w tym mieście toczy się tylko przy głównej ulicy; za każdym razem, gdy odchodzimy gdzieś na bok, jest niemal pusto.
Na noc jedziemy w okolice starego portu. Tam właśnie udaje nam się zobaczyć to, na co najbardziej czekamy przez cały wyjazd. Wszyscy znajomi, którym udało się być na Islandii przed nami twierdzili, że najpiękniejszą zorzę polarną zobaczyli nad Reykjavikiem. Cóż… chyba jednak coś w tym jest :).

Drugi spacer po stolicy ma miejsce dzień przed odlotem; to niedziela, więc bardzo chcemy pójść na pchli targ i kupić jakieś drobiazgi dla przyjaciół. Targowisko znajduje się w pobliżu Harpy – chyba najciekawszego budynku w Reykjaviku. Budynek jest ogromną salą koncertową stworzoną z geometrycznych tafli szkła w różnych kolorach; w zależności od tego pod jakim kątem się na niego patrzy, mieni się innymi odcieniami. Całkowicie kojarzy mi się z wielkim plastrem miodu. Wewnątrz Harpa (notabene: po islandzku znaczy to nic innego niż harfa) robi jeszcze większe wrażenie niż z zewnątrz. Jeśli będziesz w pobliżu, nie bądź trąba i nie przegap okazji – wejdź do środka!

 Harpa










 Na pchlim targu co drugie stoisko wyglądało właśnie tak - starsza pani
z drutami w ręce, robiąca wełniane swetry.

 Oficjalnie najbrzydsza i najdziwniejsza zarazem
ozdoba świąteczna, jaką widziałam.



Zdjęcia: Kuba Jaworski i Czarek Antolak

wtorek, 22 grudnia 2015

[60] Islandia: migawki #3

#Mýrdalsjökull

Bardzo chcemy zobaczyć jakiś lodowiec; najlepiej ten największy i najzimniejszy. Niestety wiele dróg jest zamkniętych z powodu trudnych warunków atmosferycznych, w związku z czym decydujemy się na Mýrdalsjökull. Jestem niesamowicie ciekawa, czy na żywo naprawdę jest taki gładki i błękitny jak w książkach do geografii.
Do języka lodowcowego prowadzi krótki i niewymagający szlak, a krajobraz wokół robi się nieco księżycowy. Z każdej strony otaczają nas góry, jednak im bliżej celu, tym więcej czarnych widoków: skał, pyłu i niezidentyfikowanej miękkiej nawierzchni – ni to błoto, ni to piasek. Kilka razy ta dziwna glina niemal usuwa nam się spod nóg, kiedy wychylamy się w stronę wody usiłując dotknąć jakiegoś wystającego z niej kawałka lodu.
Naprawdę nie spodziewam się, że lodowiec na żywo zrobi na mnie takie wrażenie. Jest piękny, gładki, zimny i bardzo błękitny.










# wrak samolotu US Navy

Od początku wyjazdu marzy nam się choć jedna noc spędzona przy wraku samolotu US Navy. Znajduje się on niedaleko czynnego wulkanu Eyjafjallajökull (bardziej znanego pod nazwą „ejacośtam”), na czarnej plaży. Szczęśliwie docieramy tam przed zmrokiem, zahaczając wcześniej o muzeum Eyjafjallajökull. Ocean mamy niemal na wyciągnięcie ręki, wobec czego wieje bardzo mocny wiatr. Nic dziwnego – samolot leży na płaskim pustkowiu, gdzie nie ma ani jednego obiektu, za którym moglibyśmy przycupnąć i trochę się schronić. Tej nocy bardzo liczymy na zorzę polarną, jednak szybko zmaga nas sen. Poranne widoki przechodzą natomiast nasze najśmielsze oczekiwania.

 I jak tu się nie jarać takimi widokami?









#Seljavellir – opuszczony basen

Szczerze mówiąc byliśmy przy opuszczonym basenie dwa razy. Kilka dni przed tą właściwą wizytą mieliśmy w planie rozbić się przy nim na noc. Jednak w momencie gdy powstał ten plan, zrobiło się już ciemno. Wjechaliśmy w boczną drogę prowadzącą między dwoma górami. Zero latarni, właściwie zero wszystkiego. Ledwie widzieliśmy wtedy drogę, po której jechaliśmy. Zatrzymaliśmy się po kilku kilometrach, chłopaki poszli się rozejrzeć. Nieopodal w ciemności majaczył jakiś maleńki domek, ujrzałyśmy go z samochodu tylko dzięki świeczce palącej się w oknie. Aura była tak przerażająca, a cisza tak ogłuszająco głośna, że zgodnie stwierdziliśmy, że jest zbyt strasznie, by zostawać tu na noc i przede wszystkim szukać w tej ciemności basenu. Uznaliśmy, że wrócimy innego dnia.

Za drugim razem na szczęście się udaje, a okolica w świetle dziennym wcale nie jest aż taka straszna. Zostawiamy samochód na dole i ruszamy szukać basenu. Woda w nim jest przyjemnie ciepła (choć trochę śmierdzi), a po drodze mijamy mnóstwo gorących źródeł; wrzątek dosłownie wylewa się z ziemi. Szatnie przy basenie, opisywane wszędzie jako idealne miejsce na nocleg na dziko, faktycznie są ciepłe i przytulne. Polecam jednak znaleźć opuszczony basen zanim zajdzie słońce i zrobi się całkiem ciemno.











#Seljalandfoss

Wodospad rozpoznawalny w dużej mierze dzięki temu, że tuż za nim znajduje się spora wnęka skalna, dzięki czemu można wejść „za niego” i z tej perspektywy obserwować hektolitry spadającej wody. Może to przez znajdujący się na miejscu tłum złożony w sporej mierze z wycieczek szkolnych, a może dlatego, że jestem trochę głodna, jednak Seljalandfoss nie robi na mnie takiego wrażenia jak się spodziewałam.
Za to tuż obok jest budka z całkiem dobrymi hot dogami (chyba że nie lubicie baraniny – parówki dają trochę po nosie  owcą).







#owcza zagroda i góra trolli

W okolicy Mýrdalsjökull bardzo dużo jeździmy bocznymi i nie zawsze oznaczonymi drogami. Dzięki temu trafiamy między innymi do jednych z najbardziej uroczych według mnie miejsc, jakie udaje nam  się zobaczyć podczas pobytu na Islandii: do owczej zagrody znajdującej się na terenie czegoś a’la park wypoczynkowy oraz na górę trolli – względnie niewielkie wzniesienie, które jednak robi ciekawe wrażenie dzięki temu, że w promieniu kilku kilometrów wokół niego jest zupełnie płasko.
I jestem prawie pewna, że kątem oka widzę trolla umykającego prędko w szczelinie pod kamieniem gdzieś na szczycie góry.














Zdjęcia: Kuba Jaworski i Czarek Antolak