Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Budapeszt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Budapeszt. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 maja 2019

[117] Wszystko co dziwne kończy się szybko



Tyle myśli kołacze mi się ostatnio po głowie, a gdy otworzyłam nowy dokument w Wordzie, by je w końcu spisać, przez godzinę siedziałam i patrzyłam tępo w pustą stronę.

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że ostatnio głównie milczałam. Nie mam wyrzutów sumienia. Potrzebowałam przestrzeni na te wszystkie rzeczy, przez które mało spałam, mało jadłam, stresowałam się nieustannie.

W międzyczasie rok mieszkania w Budapeszcie minął tak szybko, że ledwo to zarejestrowałam. To był strasznie dziwny czas; dziwny, ale dobry. Choć miasto nieustannie zachwyca, szczerze przyznaję: jestem już zmęczona tym krajem. Nawet nie znudzona. Po prostu zmęczona.

Już od podjęcia decyzji o przeprowadzce do Budapesztu zakładałam, że to tylko na chwilę. Co prawda, wyjeżdżając do Portugalii po obronie inżynierki też zakładałam, że to tylko na chwilę, że tylko gap year… Tymczasem prawie dwa i pół roku później siedzę w budapesztańskim mieszkaniu i zastanawiam się dokąd pójść na spacer, wykorzystując fakt, że za oknem jest chyba z milion stopni. Cóż, shit happens.

Ale tak całkiem serio, plan wyklarował się w mojej głowie jeszcze dwa lata temu, w Portugalii. Nie wiem kogo próbowałam oszukać, twierdząc, że po roku przerwy wrócę do Polski, do Krakowa, na magisterkę. Chyba głównie siebie. W międzyczasie spięłam tyłek, zdałam CAE, żeby mieć jakieś oficjalne potwierdzenie znajomości angielskiego i poświęciłam masę energii i godzin spędzonych w Internecie na poszukiwania – bo choć do Polski czy Krakowa średnio mnie w tamtym momencie ciągnęło, tak magisterkę wciąż chciałam zrobić. Zwyczajnie chciałam sobie jeszcze postudiować.

Przyrzekam, miałam ochotę zamordować osobę, która wymyśliła, że proces rekrutacyjny może trwać aż tak długo. Zanim się zaczął, stresowałam się, że coś zrobię źle i odpadnę w przedbiegach. Gdy się już zaczął, wyskoczyło czterysta drobnych rzeczy, które trzeba było ogarnąć w trybie jak najszybciej. Potem zamienianie się ze współpracownikami zmianami, gdy nagle dostawałam maila, że za tydzień o 9 rano mam rozmowę kwalifikacyjną na Skypie. Jednym słowem, więcej zamieszania niż to warte.

Aż tu nagle, początkiem maja, dostałam maila. Dostałaś się. Zapraszamy na naszą uczelnię.


Moja relacja ze wszelkimi zmianami jest dosyć burzliwa. Z jednej strony bardzo się kochamy, a z drugiej chyba nic innego mnie tak nie stresuje, jak one. Po przeczytaniu tego maila jednocześnie bardzo się ucieszyłam i – dla odmiany – zestresowałam. Od tej chwili mój nastrój na przestrzeni tygodni, a czasami nawet i dni, wygląda następująco:

Ale super ojezu nie mogę się doczekać przecież to jakaś katastrofa i trzy metry mułu, jak ja to ogarnę dobra Magda nie gadaj głupot, przecież ogarniesz i będzie super a co jak nie znajdę pracy wreszcie jakaś zmiana, już mi się nie chce tu siedzieć, nowi ludzie, nowe miejsce, nowy język boże ja nie chcę tej całej papierologii, czy mój paszport jest w ogóle ważny jeszcze przez przynajmniej 2,5 roku, znowu urzędy, co tu trzeba załatwić po kolei, ja nie chcę, nie dam rady, nie lubię, zostaję tutaj


I tak mniej więcej od prawie miesiąca. Non stop. Bez taryfy ulgowej.

Z tej żałości zadzwoniłam do przyjaciela.

- Czasem mówię znajomym, że mam taką kumpelę, która sobie mieszka po pół roku w różnych miejscach.
- Dobra, nie przesadzaj, po pół roku w Irlandii i Portugalii, ale tu już jestem dużo dłużej.
- Ile?
- Ponad rok!
- Noooo, to powiem ci Magda… Najwyższy czas się wyprowadzić.

W Budapeszcie będę pracować do końca czerwca. Później w planach trochę kursowania między domem a Węgrami i dopełnianie formalności, drobne wyjazdy, Woodstock (zeszłoroczna nieobecność skutkowała potężnym dołem przez prawie miesiąc, więc nigdy więcej!), a zaraz po nim spadam dalej w świat.

Tym razem do Norwegii, a konkretniej do bajkowego Trondheim.

Staram się wierzyć, że mnie, skrajnego ciepłoluba, zima tam zbyt szybko nie zabije.

Może…


sobota, 13 października 2018

[113] Rzeczy, które denerwują mnie na Węgrzech

Przyjechał do mnie ostatnio z Polski przyjaciel – ot tak, na weekend, połazić, pogadać. Ostatnio widzieliśmy się jeszcze przed moją przeprowadzką, i to zanim w ogóle wiedziałam, że skończę w Budapeszcie. Po pierwszych wstępnych Co nowego?, w końcu padło z jego strony pytanie:

- Magda, a tak ogólnie to jak ci się tu mieszka?

- Dobrze! – odpowiedziałam z automatu, bo rzadko odpowiadam na takie pytania inaczej; to domyślne ustawienie w mojej głowie. – Ale...

- Ale co? Jednak nie dobrze?

Dobrze. Miasto jest piękne, transport bardzo dobry (dojazd z jednego końca miasta na drugi zajmuje w porywach godzinę, a Budapeszt jest naprawdę OGROMNY), koszty życia w porządku. O każdej porze dnia i nocy jest tu co robić – zawsze się coś dzieje.

Wiecie jednak zapewne, jak działa ten mechanizm. Coś, czego do końca nie znamy, zawsze zdaje się być o wiele bardziej interesujące i pociągające. Miasto oczami turysty a miasto oczami mieszkańca to zupełnie coś innego. Ba! – nawet to samo miasto oczami kogoś, kto mieszkał tam od urodzenia, a kogoś, kto ma porównanie do mieszkania gdzieś indziej, to dwie zupełnie różne bajki.

Mam prosty przykład. Nie lubię swojego rodzinnego miasta. Spędziłam tam osiemnaście pierwszych lat życia. Uwielbiam fakt, że w Bieszczady mam przysłowiowy rzut beretem i lubię pizzę z knajpy, do której mam pięć minut piechotą z domu, ale to właściwie byłoby na tyle. Zaskakująco, w 95% przypadków, gdy poznaję kogoś z innej części Polski/świata i mówię, skąd jestem, słyszę: Ojaaaaa, to takie piękne miasto, zazdroszczę!!! Pozostałe 5% osób nie zachwyca się dlatego, że nigdy tym miejscu nie słyszało.
Potrafię sobie wyobrazić, że przyjezdnym się podoba. Dookoła kręte drogi i lasy, święty spokój, malownicza panorama, cała otoczka związana z Beksińskim. Ale przyjezdny nie wie, że ten święty spokój, który tak docenia, a który zapada w mieście codziennie po godzinie szóstej po południu, dla (szczególnie młodego) człowieka potrafi być zabijający. Nie ma gdzie wyjść ze znajomymi, nie ma możliwości rozwijania hobby bardziej wymyślnego niż to związane z grą na instrumencie czy rysunkiem.

Myślę, że to działa podobnie z każdym miejscem na świecie. Mimo mojej głośno deklarowanej miłości do Lizbony, sama przecież podzieliłam się listą rzeczy, które mnie tam (iogólnie w Portugalii) denerwowały.
Podobnie jest z Budapesztem. W ostatnich tygodniach niektóre wymienione niżej aspekty dały mi bardzo mocno w kość, a frustracja i gniew, przeplatane sporadycznymi myślami o treści NIENAWIDZĘ TEGO KRAJU, potrzebują w końcu znaleźć ujście. Właśnie tutaj – jak przeważnie.

Co więc tak bardzo denerwuje mnie na Węgrzech?



Biurokracja

Jeśli myślisz, że w miejscu, w którym mieszkasz, biurokracja przekracza dozwolone granice, mogę ci obiecać – nie jest tak źle, jak ci się wydaje. Węgierska biurokracja jest najgorsza na świecie. I pisząc to wcale a wcale nie żartuję. Od kiedy tu przyjechałam, nie było miesiąca, w którym przynajmniej dwa razy nie byłabym w jakimś urzędzie. Wiecie ile to godzin spędzonych w kolejkach? Wiecie ile to nerwów, czy aby na pewno przysłowiowa Grażyna z okienka będzie miała wystarczająco dobry humor, żeby przyjąć moje dokumenty, albo w ogóle mnie zrozumieć?
Węgierskie urzędy to jest jeden wielki i zupełnie nieśmieszny żart. Burdel na kółkach. Na okoliczność zobrazowania sytuacji pozwolę sobie przytoczyć kilka przykładów.

Urząd dla imigrantów. Jak sama nazwa wskazuje, przychodzą tam imigranci = obcokrajowcy = osoby, które w 99% nie mówią ani słowa po węgiersku. Pominę już fakt, że aby się tam dostać, najlepiej przyjść godzinę przed otwarciem, formując razem z innymi długą na szerokość ulicy kolejkę. Po angielsku mówią osoby w okienku numer jeden, czyli informacji. To one decydują, czy tego dnia dostaniesz numerek, a co za tym idzie – czy będziesz mieć (nie)wątpliwą przyjemność spędzenia kolejnych godzin z kolejce do okienka numer dwa, czyli Tego Właściwego, w Którym Po Angielsku Nie Mówi Nikt.

Za pierwszym podejściem w urzędzie dla imigrantów spędziłam dwie godziny i nie załatwiłam NIC. Wypytałam wcześniej wszystkich możliwych znajomych jakie dokumenty trzeba przynieść. Wszyscy jak jeden mąż odpowiedzieli: umowa na mieszkanie, umowa o pracę, karta ubezpieczenia zdrowotnego. Przyniosłam. Pan w pierwszym okienku był bardzo miły, ale szybko przestałam go lubić, gdy powiedział: Potrzebujesz czterech dokumentów: umowy o mieszkanie, umowy o pracę, karty ubezpieczenia zdrowotnego i wyciągu z banku. Czekaj, co? Wyciągu z banku? Po kiego grzyba komuś wiedzieć na co i ile wydawałam w ostatnim miesiącu?! Skoro mam umowę o pracę, to chyba logiczne, że mam dochody? Czy może jednak nie…?

No dobra. Wróciłam za trzy dni z wszystkim, co wymagane. Pani w okienku numer dwa nawet nie popatrzyła na dokumenty, a wyciąg z banku, jak się okazało, wcale nie był potrzebny.
Czy ktoś mógłby mi teraz wytłumaczyć, dlaczego nie można na drzwiach powiesić informacji: Ej, imigrancie, potrzebujesz tego, tego i tego, i tym samym oszczędzić dziennie dziesiątkom (!) ludzi czasu straconego w kolejce po nic?

Wracając do tematu ubezpieczenia zdrowotnego. Kartę wyrobiła mi poprzednia firma, później zmieniłam pracę, wszystko było okej. W nowej firmie mam nawet prywatne ubezpieczenie! Na początku lipca kazali mi iść na tak zwany medical check-up; jakieś podstawowe badania, żeby dostać karteczkę, że jestem zdolna do pracy. Poszłam, wszystko było spoko.

W zeszłym tygodniu w pracy wyszedł temat lekarza i tym sposobem dowiedziałam się, że mimo prywatnej opieki zdrowotnej, i tak muszę iść do HR po jakąś formę i znaleźć sobie lekarza pierwszego kontaktu, żeby się do niego zapisać. Wkurzyłam się trochę, że nikt o tym nigdy nie poinformował (gdyby złapało mnie w międzyczasie choćby zatrucie pokarmowe, poszłabym jak człowiek do lekarza, a tu klops – nie mam lekarza = nie mam zwolnienia = siedzę w robocie z pampersem na tyłku, no cóż). Ogarnęłam lekarza poza tą całą kliniką; a w tyłek się ugryźcie, pomyślałam. Pan doktor nie dość, że z perfekcyjnym angielskim, to jeszcze sam wysłał mi wszystkie potrzebne dokumenty. Poszłam na pierwszą wizytę. Wprowadził numer mojej karty ubezpieczenia w komputer, popatrzył na mnie znad okularów i powiedział:

­- Pracowałaś przed tą firmą gdzieś indziej, prawda?

- No tak.

- Tak myślałem. Magda, idź jutro do swoich HR i powiedz im, że spieprzyli ci ubezpieczenie i mają to naprawić. Zero tu twojej winy – są po prostu leniwi i gdy odeszłaś z tamtej firmy, ubezpieczenie było nieaktywne przez kilka dni, zanim dostałaś kontrakt z drugiej. I oni powinni to na nowo aktywować, ale najwidoczniej są idiotami i tego nie zrobili.

W skali 1-10 moje poirytowanie sięgało już 12, ale wzięłam głęboki oddech i następnego dnia w pracy napisałam do HR.

Pierwsza odpowiedź brzmiała: No ale co, to nie byłaś w urzędzie ubezpieczenia zdrowotnego jak cię zatrudniliśmy???

Czujecie? Już pominę fakt, że w życiu nikt o tym nie wspomniał, bo to jest ich pieprzony obowiązek! Żeby było ciekawiej, to nie tak, że ten problem dotyczył wszystkich – większość osób z biura nigdy nie miała takiego problemu, a fakt, że niektórzy mieli, wynikał tylko i wyłącznie z faktu zaniedbania tego przez urząd/firmę/jedno i drugie.

Walczyłam mailowo cały dzień. W końcu wywalczyłam swoje, jednak najwidoczniej przyznanie się do błędu przychodzi niektórym instytucjom niesamowicie ciężko, bo ostatnia wiadomość, którą otrzymałam, brzmiała: Dobra, Magda, to już naprawione, ale to i tak była twoja wina, bo na pewno mówiliśmy o tym, że trzeba iść do urzędu.

Ręce opadają.

źródło: Pinterest

Poczta

Poczta jak poczta – godziny w kolejkach i dziwne informacje na awizo to norma.
Ze swojego otoczenia mam historie, kiedy na awizo, które przyszło około 20 września, była data 24.09. Pani na poczcie wytłumaczyła, że to znaczy, że przesyłka dopiero wtedy fizycznie dotrze do placówki. Kiedy piszę ten fragment tekstu, jest 3 października, a paczka magicznym sposobem wciąż się na poczcie nie zmaterializowała.

Kiedyś na przykład czekałyśmy z Zuzą na ważny dokument na nie pamiętam już nawet jaki temat. Poszłyśmy z awizo na pocztę. Jak wiadomo, na awizo jest imię, nazwisko i adres – a podkreślam ten fakt, żeby wykluczyć tu nieporozumienie związane z barierą językową. Podajemy więc świstki, podajemy dowody, pani szuka kopert, kopert nie ma. Wszystkie panie odchodzą od swoich okienek i szukają naszych przesyłek, w międzyczasie prawie wydano nam czyjeś inne listy (???), wszystko zajęło jakieś 15 minut, aż w końcu cud się wydarzył i się znalazło co trzeba. I to nawet na nasze nazwiska.

źródło: Pinterest

 Bank

O moich pielgrzymkach do banku wspominałam już nie raz na fanpejdżu. Sodoma i Gomora, ciągle wysyłają mi jakieś listy po węgiersku, z którymi biegam do mojego oddziału jak idiota po to, żeby zwykle dowiedzieć się, że to w sumie nic istotnego. Spędziłam tam już naprawdę długie godziny i mam szczerą nadzieję, że kolejne nie czekają na mnie za rogiem, czego się obawiam, bo dostałam ostatnio nową kartę…

A tak poza tym, pozwolę sobie być dosadna: węgierskie banki to bagno. Nie ma tu w sumie bezbolesnej opcji do wyboru, bo każdy bank działa na takiej samej zasadzie – płacisz za wszystko. A przez wszystko mam na myśli WSZYSTKO: za fakt, że masz konto i kartę, której używasz. Za wypłacanie gotówki z bankomatu. Za wypłacanie gotówki fizycznie w okienku, w oddziale banku. Za robienie przelewu. Za OTRZYMYWANIE przelewu. I nie mówię tu o międzynarodowych przelewach, tylko za transferach w obrębie jednego (!) banku. Całe szczęście, że (przynajmniej w moim) nie płaci się za płacenie kartą, bo inaczej bym chyba szybko zbankrutowała.
W kontekście przelewów: jest to powód, dla którego osoby wynajmujące mieszkania bardzo rzadko nie decydują się na regulowanie czynszu przelewami. Najczęściej raz w miesiącu zjawiają się w mieszkaniu osobiście, by zebrać haracz. Wiadomo, lepiej na tym wychodzą: w przypadku przelewu tracisz i ty, i właściciel, ale jeśli on przyjdzie po gotówkę? Tracisz tylko ty; za wybranie kasy z bankomatu.

Tak swoją drogą, jest to też główny powód, dlaczego najczęściej gotówkę w portfelu mam tylko na początku miesiąca – wybieram zawsze trochę więcej, żeby coś zostało na wszelki wypadek. Bo oczywiście, mimo bankowych absurdów, wciąż w bardzo wielu miejscach kartą płacić nie można.


Brak znajomości języków, a przede wszystkim CHĘCI rozmawiania po angielsku

Bardzo przykro pisać mi te słowa, ale Węgrzy nie lubią obcokrajowców. Występuje tu dziwny rodzaj ksenofobii połączonej ze swego rodzaju rasizmem; szczególnie jeśli mówimy o aspektach językowych. Co najmniej dwukrotnie zdarzyło mi się, mimo systemu kolejki numerek z maszyny, pominiętą w byciu obsłużoną (notabene, w banku) tylko dlatego, że kliknęłam opcję obsługa po angielsku. Nie chce mi się nawet wchodzić w głębsze dyskusje na ten temat. Podsumuję krótko: jest to strasznie przykre. Węgrzy niejednokrotnie dali mi do zrozumienia, że jestem gorsza tylko dlatego, że nie mówię w ich języku.


Bezdomni

Muszę przyznać, że jest to dla mnie wysoce fascynujące, że zanim tu zamieszkałam, nigdy w życiu nie słyszałam o tym, że w Budapeszcie jest taki ogromny problem z bezdomnością. A przecież tyle znajomych tu nieraz było… Z drugiej strony, AŻ TAK mnie to nie dziwi; wiecie pewnie jak to działa... Bycie turystą wiąże się poniekąd z klapkami na oczach. Jeśli jesteś gdzieś na trzy dni i miejsce cię oczaruje, mózg automatycznie wypiera jego brzydkie strony.

Wracając do tematu. Nigdy i nigdzie indziej nie widziałam takiej ilości bezdomnych, jak w Budapeszcie. I jest to tak okropnie, straszliwie przerażające… W lecie problem nie rzucał się w oczy aż tak, bo wiadomo – ciepło robi swoje, a bezdomni zwykle rozpraszali się (szczególnie na noc) po parkach. Jednak im chłodniej się robi, tym bardziej problem robi się widoczny, bo w jakim miejscu najprościej pomieszkiwać nie mając domu? W przejściach podziemnych przy wejściu do metra. Jest ciepło, nic nie kapie na głowę, często jest nawet woda, więc można się umyć (jakiś czas temu na stacji metra Blaha Lujza bezdomni wykminili, że w ścianie jest zawór wody; rozmontowali co trzeba i brali tam prysznic przez długi czas, aż ktoś się nie wkurzył, że pół przejścia to jedna wielka kałuża i tego nie naprawił). Mają materace, fotele, szafki, często stoły i krzesła. Siedzą, piją, grają w karty, robią draki. Codzienność w Budapeszcie.

Przyznam szczerze, że w tym wszystkim boję się zimy. Nasłuchałam się od znajomych historii, że gdy robi się naprawdę zimno, w przejściach podziemnych są dosłownie takie tłumy bezdomnych, że ciężko się przecisnąć. Śpią tam, jedzą, piją, sikają, rzygają, kopulują (!!!) – co z tego, że ludzie wokół.

I nie zrozumcie mnie źle – mi jest naprawdę, ale to naprawdę bardzo przykro z ich powodu. Każdy zasługuje na to, żeby mieć dom. Jednak z drugiej strony, dlaczego tacy ludzie są najczęściej poza prawem? Nie zliczę ile razy widziałam sytuacje, gdzie na ulicy z jakichś powodów stała policja, a tuż obok, dosłownie w odległości kilku metrów, leżało dwóch ziomków Zenków i chlało wódę prosto z flaszki. Czy panowie policjanci się tym przejęli? Pewnie, że nie. Przecież taki śmierdzi, pijany jest, no i pewnie jeszcze agresywny; mandatu i tak nie zapłaci, bo nie ma z czego, a i wylegitymować go nie będą w stanie. (uprzedzając pytania – nie, na Węgrzech nie można pić w miejscach publicznych; przymyka się oko na kulturalne piwko w parku, ale picie wódki leżąc na chodniku to chyba już trochę przegięcie, nie?)

źródło: Pinterest

Brud i smród

Przykro mi to pisać, jednak ten punkt jest w 90% stricte związany z bezdomnymi. Nie mają problemu, żeby wypróżnić się gdziekolwiek – i pisząc gdziekolwiek, naprawdę mam na myśli GDZIEKOLWIEK. Gdy widzę na ulicy kałużę, zawsze na wszelki wypadek omijam ją szerokim łukiem, bo nigdy nie wiem – to woda czy jednak komuś zachciało się sikać?
Budapeszt śmierdzi moczem i zawartością (najwidoczniej zbyt rzadko opróżnianych) śmietników. Na każdym kroku.

źródło: Pinterest

Brak ładnych warzyw

Byłam ostatnio z M. w Polsce. Weszliśmy sobie do pierwszej napotkanej Biedronki (raczej jednej z tych mniejszych) po coś na śniadanie. To była moja pierwsza wizyta w Biedronce od kwietnia, warto podkreślić. Weszliśmy tam i oboje niekontrolowanie wydaliśmy dziwny odgłos; coś pomiędzy Ooooooo! a Łaaaaaaaaaaaaaaa! Tam było tyle warzyw i owoców! Wszystkie piękne, kolorowe, zdrowe, ogromny wybór! Staliśmy zachwyceni przy stoisku chyba z dziesięć minut.
Jest to dla mnie fenomen: przecież to Węgry! Jest wystarczająco ciepło, a jednocześnie nie za sucho, gleby chyba też nie mają jakieś tragicznej. Dlaczego zatem nie ma tu normalnego wyboru ładnych i zdrowych warzyw? Czy naprawdę wszystko hodują tylko na eksport?
Z owocami jest trochę lepiej, przyznam – melony i arbuzy mają super. Ale już choćby truskawki w lecie były raczej słabe, takie 2/10.
Idziesz do Aldi po ziemniaki na obiad, a ziemniaków nie ma. Cebuli też nie. O kapuście pekińskiej możesz tylko pomarzyć (raz na parę miesięcy może pojawić się w Sparze), a znalezienie sałaty, która nie jest choć częściowo podgniła, graniczy z cudem.
Jasne, że są markety. Główny ich minus jest jednak taki, że są otwarte w godzinach pracy, a jako że to godziny pracy, to ja też jestem wtedy w pracy. Bo że drogo jak jasny gwint (generalnie to raczej miejsca dla turystów), to już nie wspomnę.


Ludzie w transporcie publicznym

To jest prawdopodobnie punkt, który odnosi się w zasadzie do większości duży miast z dobrze rozwiniętym transportem publicznym

ALE…

Przez całe wakacje budapesztańska trasa tramwajów 4 i 6 była remontowana. Otworzono ją razem z pierwszym dniem września, ku uciesze mieszkańców – są to dwa najpopularniejsze tramwaje, a wzdłuż ich linii (które pokrywają się praktycznie na całej trasie) jest większość istotnych punktów na mapie miasta. Mi to też na rękę, bo z mieszkania do przystanku mam pięć minut piechotą, a tramwaj jedzie prościutko do mojej pracy, no żyć nie umierać! Gdyby tylko nie ludzie poruszający się tym samym środkiem transportu, a którzy mają ewidentny problem z myśleniem. Otóż tramwaje na linii 4-6 są z tych nowych. O ile w tych takich starutkich pojazdach drzwi otwierają się automatycznie w tej samej sekundzie, w której tramwaj się zatrzymuje, tak w nowych najczęściej trzeba przycisnąć guzik, żeby tak się stało. A ludzie tego nie robią. Stoją jak ci, za przeproszeniem, ostatni idioci z nosem na szybie i czekają nie wiadomo na co. Wtedy ja, czekająca na przystanku, wkurzam się niemiłosiernie i klikam przycisk od zewnątrz. Nagle eureka! Połowa zawartości tramwaju wysiada akurat na tym przystanku! To dlaczego, do jasnej cholery, nikt nie wciśnie we własnym interesie tego pieprzonego guzika?!?!?!?!

źródło: Pinterest

Naklejki na bułki w sklepie

Bez zbędnego hejtu, bo nie wiem, może w tych polskich też tak jest – chyba nigdy tam naprawdę nie byłam…

Czy w sieci sklepów Spar w Polsce też po wybraniu bułki marzeń w dziale z pieczywem trzeba iść na dział warzyw i owoców i na osobnym komputerku wziąć dla tej bułki naklejkę?

Działa mi to na nerwy głownie dlatego, że nigdy wcześniej się z tym nie spotkałam, a wcale nie jest łatwo przestawić się na pamiętanie o tym. Ja przeważnie zapominam, ale panie w kasie są zwykle miłe (lub przerażone tym, że mówię do nich po angielsku) i wbijają mi kod z pamięci. Czasem zdarzy mi się pamiętać, ale zwykle tylko wtedy, gdy z rzeczy, które potrzebują naklejki, kupuję tylko pieczywo. Jeśli biorę jakieś warzywa/owoce i oprócz tego jeszcze pieczywo, najczęściej wezmę naklejkę tylko na jedną rzecz, co już w ogóle nie ma zbytniego sensu, ale co mogę zrobić. Bardzo się staram, ale nie umiem się nauczyć.

Nie można być w końcu świetnym we wszystkim, nie?

_________________________________________________________________________________

*Tekst został stworzony we współpracy ze złością, która opanowała mnie maksymalnie przez ostatnie tygodnie. Złota zasada głosi, że jak coś ma pójść nie tak, to wszystko na raz – tak też było.

Nie zrażajcie się do Budapesztu, to piękne miasto jest.


Ale zanim się tu przeprowadzicie, przemyślcie sprawę trzy razy.


niedziela, 1 lipca 2018

[111] Daj sobie czas



Mam dystans do słów nie mam czasu. Nie wierzę w nie tak do końca – jak chcesz, to zawsze znajdziesz czas, choćby bardzo okrojony, ale lepsze to niż nic. Ot, słaba wymówka, między wierszami której należy czytać nie chce mi się/mam ciekawsze zajęcia.

Nie lubię, gdy ludzie wykręcają się brakiem czasu. Ze spotkania, rozmowy, odpisania na wiadomość, wywiązywania się z obowiązków. A wiecie jak to działa – raz nie odpiszesz na maila, raz przesuniesz spotkanie, raz nie zrobisz czegoś od razu, wybijesz się z rytmu… I zaczyna się błędne koło. Coraz mniejsze wyrzuty sumienia z tego powodu, czas, którego podobno i tak już nie ma, kurczy się jeszcze bardziej. Co się odwlecze, to nie uciecze. Nie lubię słów nie mam czasu – to najbardziej idiotyczna wymówka, jaka kiedykolwiek powstała.

Jest mi wstyd. Słowa nie mam czasu towarzyszą mi ostatnio często i gęsto. W skrzynce zalegają maile, na które nigdy nie odpisałam. Fejsbuk co chwilę krzyczy, że zasięgi spadają. Dostaję kolejne wiadomości od Was o podobnej treści: Magda, czemu ostatnio prawie nic nie piszesz??? Nie odczytuję ich od razu, bo wiem, że od razu na nie nie odpiszę i będzie mi z tego powodu jeszcze bardziej głupio.



Nie będę się jednak tak totalnie katować z tego powodu. Zapisałam się wreszcie na egzamin – za półtora miesiąca jadę do Polski, żeby go zdać, więc połowę względnie wolnego czasu zajmuje nauka. Drugą połowę praca, dojazdy do niej (40-50 minut w jedną stronę to niby nie tragedia, ale w kontekście dnia to już prawie dwie godziny stracone na nicnierobieniu w autobusie), ZAKUPY SPOŻYWCZE (przez dłuższy czas system poświęcenia godziny tygodniowo w niedzielę na porządne zakupy na cały tydzień sprawdzał się wręcz idealnie. A potem przyjechali goście, więc jakoś się to rozjechało, a potem Lizbona, więc się nie opłacało, a potem znowu goście, więc przecież nie ma sensu robić zakupów tylko pod siebie, już lepiej na tych gości poczekać i wymyślić coś razem, nie?), tak zwane życie towarzyskie, włóczenie się po mieście, nie zawsze z celem. Jak już wpadnie wolniejsza chwila, to… zasypiam. To nie żart. W ostatnim czasie co najmniej 2-3 razy tygodniowo zdarzało mi się zjeść obiad o 19 i nagle obudzić się o 21, wciąż na kanapie i z włączonym serialem.

Siedzi we mnie kilka pomysłów na teksty i codziennie powtarzam je sobie w myślach, żeby nie zapomnieć, że są ciekawe i warte poruszenia. Nie zliczę ile razy obiecywałam sobie ostatnio, że zamiast poczytać przed snem, popiszę przed snem. Nie jestem też w stanie powiedzieć kiedy ostatnio zrobiłam jedno lub drugie. Owszem, czytam wciąż względnie sporo, ale raczej w przerwie między śniadaniem a umyciem zębów. Kiedy pakuję się wieczorem do łóżka, momentalnie zasypiam, nawet jeśli jest ledwie 22. Nie dopijam rozpoczętych butelek wina i nie doogląduję filmów do końca. Trochę mi się nie chce, a trochę nie mam czasu.


Niech to wszystko bynajmniej nie brzmi jak jakiekolwiek próby narzekania. Kurczę no, wręcz przeciwnie! Strasznie jestem z tym wszystkim szczęśliwa. W minioną środę rzuciłam pracę, jutro zaczynam nową. Biuro jest bliżej domu, a zarobki lepsze – nie jaram się na zapas, ale mam dobre przeczucia! Od kiedy przeprowadziłam się do Budapesztu, mimo pracy na etacie i nauki w międzyczasie, udaje mi się wygospodarować jeden weekend miesięcznie na krótką podróż. W maju to był Mediolan, w czerwcu Lizbona, w tym miesiącu będzie Praga, a na sierpień wymyśliłam sobie już poegzaminową, wyjazdową nagrodę.

Lubię Budapeszt. Co prawda trochę śmierdzi, i przeraża mnie czasami ilość bezdomnych pomieszkujących na stacjach metra, ale jest też piękny, ma fantastyczne budynki i dużo zieleni, zawsze jest tu co robić, wino jest tanie, a zachody słońca zapierające dech. Nie mam powodów do bycia niezadowoloną.



Lubię swoje życie, nawet jeśli brak mi snu i czasem tchu. Nawet jeśli wkurzają mnie codzienne tłumy w metrze i ludzie, którzy nie potrafią chodzić po chodniku bez zajmowania całej jego szerokości, przy czym idą tak wolno, że krew się we mnie gotuje, że nie mogę ich wyprzedzić, bo nie zostawiają na to miejsca. Nawet jeśli wkurza mnie czasem mój własny brak koordynacji i samodyscypliny, bo nagle ktoś proponuje spacer z piwem w tle na drugi koniec miasta, więc mówię sobie, że to co planowałam mogę przecież odłożyć na później – nawet jeśli to coś też sprawia mi przyjemność! Ale przecież pogoda jest dzisiaj taka ładna, a kto wie jaka będzie jutro. I nagle nie mam czasu

Nie będzie konkluzji ani obietnicy poprawy. Spróbuję być tu bardziej niż byłam ostatnio. Nie skontroluję jednak pogody, tanich biletów lotniczych, ochoty na poczytanie książki w parku.

A przecież nie można być świetnym we wszystkim, nie? ;)

czwartek, 19 kwietnia 2018

[110] Chodź, pokażę Ci Budapeszt!


Wczesny ranek.

Budzi mnie dobiegający zza ściany dźwięk węgierskiej telewizji śniadaniowej. To dopiero druga noc w nowym mieszkaniu, nie znam jeszcze sąsiadów, nie wiem nawet na kogo miałabym się wściekać. Nie mam na to zresztą najmniejszej ochoty. Spogląda na zegarek, wstaję, odsuwam zakryte długimi zasłonami okno i otwieram je na oścież. Sąsiadka spod trójki siedzi w piżamie na progu mieszkania z kubkiem kawy i papierosem. Zerka w moją stronę, gdy kątem oka widzi ruch naprzeciwko.
Idę do salonu, tu również odsuwam zasłony i otwieram na oścież okno. Siadam z zieloną herbatą na ulubionym krześle tuż przy parapecie, żeby mieć oko na dziedziniec i niespiesznie jem śniadanie. Dopiero ósma, a z któregoś mieszkania już unosi się zapach obiadu.

Okolica Blaha Lujza zawsze pachnie kołaczami z posypką waniliową. Miniaturowa budka stoi przy przystanku tramwajowym i każdego dnia ustawiają się do niej metrowe kolejki. Tramwaje mkną to w jedną, to w drugą stronę, niemal bez przerwy. Język węgierski miesza się z angielskim i w zasadzie każdym innym, o jakim jestem w stanie pomyśleć.


Na niektórych stacjach metra rezyduje dużo bezdomnych. Mają całe wioski – materace, pościele, walizki służące niekiedy za półki. Za każdym razem czuję się trochę dziwnie przechodząc obok nich; jest mi przykro i jednocześnie czuję niepokój. Starsze panie stoją przed ruchomymi schodami i sprzedają świeże, cięte kwiaty. Mają ich różne rodzaje, wielkości, kolory. Na zmianę wykrzykują ceny i zachęcają przechodniów do zakupu. W tle słychać akordeon grający skoczną melodię; przy schodach siedzi młody chłopak z instrumentem, przed nim leży czapka z kilkoma monetami.

Spacerem idę w stronę Nyugati. Nigdzie się nie spieszę – jest piękna pogoda, słońce przyjemnie grzeje. Wszyscy pozostali przechodnie zdają się czuć dokładnie ten sam luz. Mijamy się powoli, czasami wymieniając uśmiechy. Skręcam w jakąś boczną uliczkę; nie mam pojęcia dokąd nią dojdę, ale wygląda bardzo przyjemnie, więc zbaczam z początkowej trasy. Szybko się przekonuję, że to dobra decyzja – moim oczom ukazują się coraz to nowe graffiti, zarówno na ścianach budynków, jak i na chodniku. Chyba już wiem, dlaczego moje piesze wyprawy dokądkolwiek, nawet do supermarketu, zawsze trwają tak długo – nie mogę przestać rozglądać się dookoła. Ciągle zauważam nowe ciekawe wlepki na słupie, rysunki na ulicy, plakaty na przystankach autobusowych. Za każdym razem muszę oczywiście zrobić zdjęcie!





W powietrzu unosi się zapach jedzenia i mocnej kawy. Knajpiane stoliki stojące na chodnikach są pełne ludzi; czasami turystów, jednak równie często tubylców, pijących niespieszne, niedzielne piwo. Z otwartych lokali płynie muzyka.

Nie mam najmniejszej ochoty wsiadać w tramwaj czy metro, choć trochę obciera mnie lewy but. Mogę tak iść i iść w nieskończoność, chłonąc otoczenie, obserwując ludzi i zatrzymując się dokładnie tam gdzie chcę i na ile chcę. Czas płynie sobie, ja sobie.

Na niewielkim placu rozstawia się czteroosobowa grupa muzyków. Zaczynają grać Dziewczynę o perłowych włosach, co wzbudza niemałą radość wśród przechodniów. Każda mijająca zespół osoba głośno śpiewa razem z wokalistą.



Wchodzę do mieszkania. Wystarczył kilkugodzinny spacer i już mam spalony nos i kilka pierwszych letnich piegów. Nie przeszkadza mi to jednak w najmniejszym stopniu. Ponownie siadam przy otwartym oknie. Sąsiad z drugiego piętra słucha włoskiej muzyki, śpiewając razem z radiem. Całkiem nieźle mu to wychodzi! Starsza pani z mieszkania obok gawędzi na balkonie ze swoją sąsiadką, co chwilę ktoś wymienia uprzejmości mijając się w drodze do załatwiania swoich spraw. Mały chłopiec jeździ rowerem po dziedzińcu. Ot, zwyczajny kamienicowy gwar. Powoli zapada zmierzch, choć powietrze wciąż jest ciepłe i pachnące słońcem.

Piję kolejną herbatę z widokiem, przyzwyczajając się powoli do zupełnie nowej, lecz coraz bardziej fascynującej rzeczywistości. Zaczynam ją lubić. Zaczynam lubić moją dzielnicę i coraz bardziej znajome ulice. Lubię kulturową różnorodność, zapach kołaczy z posypką waniliową, zatłoczony poranny tramwaj i stare kamienice. Zaczynam lubić kontrasty, zielone skwery, kwitnące wszędzie różowe drzewa. Zaczynam lubić to całe mieszkanie w Budapeszcie.


Zamykam okno, zasuwam zasłony. Moszczę się wygodnie w łóżku i myślę sobie, że tak właściwie to już nie mogę doczekać się kolejnego dnia. Cieszę się na myśl o tym, że znowu wstanę, odsunę zasłony, otworzę okno i usiądę w nim w herbatą w dłoni.

A potem znowu będę szczęśliwa.