Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie w Portugalii. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie w Portugalii. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 sierpnia 2017

[92] Cała prawda o portugalskim autostopie


Nie od dziś wiadomo, że ludzie południa charakteryzują się nieco bardziej wyluzowanym podejściem do życia, większą otwartością i ogólnie permanentnie lepszym humorem. Nie mam zielonego pojęcia dlaczego tak jest, choć od pewnego czasu skłaniam się ku teorii, że to wszystko sprawka słońca – jak wiadomo, wzmaga ono produkcję witaminy D, która ma zbawienny wpływ na człowieka. Przy jej odpowiednim poziomie człowiek jest szczęśliwszy i lepiej się czuje, więc dedukuję, że dzięki temu optymistyczniej i życzliwiej podchodzi do ludzi wokół.

Ma to swoje zasadnicze plusy. Na przykładzie ostatniego pół roku spędzonego w Portugalii mogę powiedzieć, że życie wśród ludzi otwartych i wiecznie uśmiechniętych jest bardzo przyjemne. Możecie mi wierzyć – Portugalczycy nie mają najmniejszych problemów z nawiązywaniem kontaktu z obcym człowiekiem. Przez niemal sześć miesięcy średnio co drugi dzień zagadywał nas ktoś obcy – czy to w parku, czy na ulicy, czy podczas przerwy w pracy, kiedy siedziałyśmy w pomarańczowym zagajniku. Zwykle wywiązywała się z tego naprawdę długa i interesująca konwersacja.

Na początku nie byłam jednak pewna, czy portugalskie podejście do życia będzie miało odzwierciedlenie w kwestii autostopu. Wszak Hiszpanie również są otwartym narodem, jednak o hiszpańskim autostopie naczytałam i nasłuchałam się tylko kiepskich opinii. Że nie chcą brać, że utknąć w Hiszpanii to najgorsze co może zdarzyć się podczas podróży. No ale w końcu kto nie ryzykuje, ten nie ma, a kto nie próbuje, ten nie wie.


Mniej więcej w drugim tygodniu po przeprowadzce postanowiłyśmy zobaczyć Boca do Inferno. W tym celu pociągiem pojechałyśmy do miejscowości Cascais, znajdującej się około 30 kilometrów od Lizbony. Jednak jako że zwiedzanie poszło nam szybciej niż się spodziewałyśmy, postanowiłyśmy spróbować wrócić stopem – ot, żeby przetestować jego działanie w tym kraju.

Przy drodze stałyśmy jakieś 20 minut. W międzyczasie zatrzymały się chyba ze trzy czy cztery samochody, do których nie wsiadłyśmy tylko dlatego, że kierowcy jechali w innym kierunku. Do ostatniego samochodu wsiadłyśmy, a przemiła pani dopytywała jeszcze przy której linii metra w Lizbonie nas wysadzić, żeby było nam najbliżej do domu.

Kolejny wyjazd też ograniczał się do okolicy. Z tego co pamiętam, postanowiłyśmy pojechać stopem na Cabo da Roca. Ani razu nie stałyśmy przy drodze dłużej niż 10 minut.

Apogeum radości był wyjazd do Évory. Piętnaście minut na wylotówce z Lizbony i samochód – starsza pani, która nas zabrała, jechała do miejscowości znajdującej się kilkanaście kilometrów od naszego celu. Po drodze zatrzymałyśmy się na stacji benzynowej na kawę, za którą kategorycznie zabroniła nam zapłacić. Wysadziła nas w całkiem dobrym miejscu, w którym kolejny samochód złapałyśmy 5 minut później. Podobnie było następnego dnia, gdy ruszyłyśmy w drogę powrotną – tym razem pół godziny na wylotówce z Évory i samochód prosto do centrum Lizbony.

Biorąc natomiast pod uwagę początek naszej podróży powrotnej, można by odnieść wrażenie, że autostop w Portugalii wcale nie jest taki prosty i przyjemny. Co prawda z Lizbony znów wyjechałyśmy po jakichś 20 minutach, natomiast później stałyśmy przy drodze niemal trzy godziny. Trochę kiepsko, no nie? Ze wstydem muszę jednak przyznać, że była to tylko i wyłącznie nasza wina… Nasz pierwszy kierowca jechał do miejscowości po drugiej stronie mostu, która średnio była na trasie najbardziej optymalnej dla nas. Wsiadłyśmy jednak, niewiele myśląc i zachłystując się świadomością, że przynajmniej się ruszymy. Pech chciał, że 98% ludzi przejeżdżających przez tę miejscowość jechało… do Lizbony. Trzy godziny przy drodze nie znaczyły wcale, że nic się nie działo. Gdzie tam! Samochody zatrzymywały się przy nas średnio co 5-10 minut. I naprawdę każdy z kierowców chciał nam pomóc! To my nie chciałyśmy wracać się do Lizbony, bo było to bez sensu.


Nie jestem zbytnią fanką uogólniania. Przed autostopową podróżą po Włoszech tyle się przecież naczytałam, że autostop we Włoszech działa tragicznie. Okazało się, że jedyną nieprzyjemną rzeczą w tej kwestii jest policja, która autostopowiczów zdecydowanie nie lubi; ludzie natomiast są w większości przemili i bardzo pomocni, chętnie się zatrzymują i niejednokrotnie nadrabiają drogi.

Dlatego też nie chcę stwierdzać jednoznacznie: autostop w Portugalii jest super. Mam kolegę, który z każdą naszą autostopową wyprawą nie mógł się nadziwić, dlaczego tak łatwo nam idzie – on za każdym razem miał pecha, przez co najpierw stał długie godziny przy drodze, a ostatecznie i tak musiał iść na autobus. Jednak z mojego doświadczenia wynika, że Portugalczycy są bardzo przyjaźnie nastawieni do tej formy transportu. Gdybym znów miała wybrać, wróciłabym do Polski dokładnie w taki sam sposób; nawet ze świadomością, że nadrobiłyśmy kupę kilometrów, przemierzając samą Portugalię. Z tak życzliwymi i otwartymi ludźmi warto!

piątek, 11 sierpnia 2017

[90] Miasto umarłych - najprzyjemniejszy cmentarz w Lizbonie


- Prawie zostałam kiedyś zamknięta na cmentarzu – zaczęła opowieść koleżanka. Siedzieliśmy w czwórkę w wynajętym domku na Azorach, delektując się smakiem najtańszego wina i słuchając muzyki.

- Co zostałaś? – dopytałam, nie do końca łapiąc kontekst. – Ale gdzie? Na Litwie? W Polsce? Dlaczego?

- Nie, w Lizbonie! Poszłam na spacer po cmentarzu, ale okazał się większy niż się spodziewałam, do tego taki piękny… Nie poczułam upływu czasu, no i nie wiedziałam, że zamykają go o 18. Ledwo zdążyłam!

- Ale czemu właściwie poszłaś spacerować po cmentarzu? Był jakiś wyjątkowy? – też co prawda lubię to robić, ale głównie w rodzinnym mieście i jesienią, kiedy alejki są pełne kasztanów.

- Nie słyszeliście o Cemitério dos Prazeres?! Musicie tam iść!


Przypomniałam sobie o tej rozmowie dwa dni przed wyjazdem z Portugalii. Szybko znalazłam to miejsce na mapie – okazało się, że drogę z naszego nowego mieszkania da się pokonać w jakieś 15 minut na piechotę. Złożyło się idealnie!

Cemitério dos Prazeres to w tłumaczeniu na polski Cmentarz Przyjemności. Dosyć kontrowersyjna nazwa jak na takie miejsce, prawda? Cmentarz jest jednym z największych w Lizbonie i myślę, że niewątpliwie jednym z najbardziej wyjątkowych. Dlaczego?
Otóż nie znajdziecie na nim standardowych, płaskich nagrobków. Nie bez powodu Cmentarz Przyjemności nazywany jest miastem umarłych – grobowce przedstawiane są w formie miniaturowych, kamiennych domków. Część z nich ma okna, inne drzwi z niewielkim okienkiem – najczęściej przesłoniętym koronkową firanką – przez które można zajrzeć do środka.




Cmentarz Przyjemności powstał w 1833 roku, kiedy epidemia cholery w Lizbonie zaczęła zbierać swoje śmiertelne żniwa. Od samego początku na cmentarzu chowano głównie znamienite rody i rodziny lizbońskie. Z czasem zaczęły pojawiać się tam też groby polityków, poetów i pisarzy, muzyków.

To, co jako pierwsze rzuciło mi się w oczy, to wszędobylskie koty. Spały między nagrobkami, spacerowały razem z nami alejkami, czasem przysiadały po prostu przed miniaturowymi, grobowymi drzwiczkami. Obserwując je ciężko mi było oprzeć się wrażeniu, że reinkarnacja jednak istnieje.







Po Cmentarzu Przyjemności można spacerować naprawdę długo. Warto się tam zgubić, by odkryć punkt, z którego pięknie widać Most 25 Kwietnia i dzielnicę Alcântara.

Z portalu infolizbona.pl pozwoliłam sobie przekleić praktyczne wskazówki dotyczące cmentarza:


DOJAZD NA CMENTARZ PRAZERES W LIZBONIE

·         Tramwajem 28 z placu Martim Moniz lub jakiegokolwiek innego miejsca – tramwaj ma jechać w kierunku Prazeres.
·         Tramwajem 25, który odjeżdża z placu Praça da Figueira w centrum Lizbony, tuż obok placu Rossio. Uwaga: tramwaj 25 może mieć różne miejsca odjazdu.
·         Autobusem 701 z Campo Grande, autobusem 774 z Gomes Freire lub autobusem 709 z placu Restauradores w centrum miasta.
·         Spacerem spod Bazylika Estrela ok. 10 minut, spacer do centrum (plac Rossio) zajmuje ok. 45 minut.


GODZINY OTWARCIA

·         od 1 października do 30 kwietnia cmentarz jest otwarty każdego dnia w godzinach 9.00-17.00
·         od 1 maja do 30 września Cmentarz Prazeres jest otwarty każdego dnia tygodnia od godziny 9.00 do 18.00
·         ostatni wstęp na cmentarz jest 30 minut przed zamknięciem


ADRES CMENTARZU PRAZERES W LIZBONIE

Cemitério dos Prazeres
Adres: Praça São João Bosco | 1350 – 297 Lisboa
Telefon: +351 213 961 511
E-mail: cemiterio.prazeres@cm-lisboa.pt
Współrzędne geograficzne: 38° 42′ 49.95” N i 9° 10′ 11.61” W




Trochę mi przykro, że zdjęcia (robione niestety telefonem) nawet w połowie nie oddają kolorów i magii tego miejsca. Jeśli będziecie mieli okazję pobyć w Lizbonie dłużej niż kilka dni, bardzo polecam spacer po Cmentarzu Przyjemności. Niewątpliwie odznacza się oryginalnością na tle innych tego typu miejsc, ponadto jest spacer po nim jest świetnym sposobem na reset myśli i chwilę zadumy. 



sobota, 13 maja 2017

[87] Évora - miasto Rzymian

Évora to jedno z miast, które – od kiedy zaczęłam trochę interesować się geografią – wydawało mi się totalnym must see jeśli chodzi o Portugalię. Nawet mimo faktu, że praktycznie nic o nim nie wiedziałam; po prostu kojarzyło mi się z Cesárią (która wcale a wcale z Portugalii nie była, ale to zupełnie inna historia). Jaka była więc moja radość, gdy odkryłam, że Évora znajduje się jakieś 130 kilometrów od Lizbony! Autostopowa wycieczka do stolicy tak uwielbianego przez wielu regionu Alentejo szybko stała się jednym z naszych weekendowych planów.

wylotówka w stronę Évory - autentyk!
cały region Alentejo to właśnie takie widoki:
winnice, dęby korkowe i drzewa oliwkowe
Jak już wspomniałam, nie wiedziałam o mieście nic. Przyznam, że nie zadałam sobie też trudu, by poczytać o nim przed samym wyjazdem. Kojarzyłam jedynie Templo Romano – świątynię zachowaną jeszcze z czasów rzymskich (II wiek n.e!); ponoć najlepiej zakonserwowany tego typu zabytek w całej Portugalii. I chociaż na miejscu okazało się, że świątynia nie jest ani przesadnie wielka ani – na pierwszy rzut oka – imponująca, i tak robi całkiem niezłe wrażenie!


Spacerując po mieście zupełnie łatwo się zgubić. Kiedy wysiadłyśmy z samochodu, po przejściu kilku metrów zobaczyłam przeuroczą, wąską uliczkę. Ściany wszystkich domów były śnieżnobiałe. Musiałam zatrzymać się, żeby zrobić zdjęcie. Kiedy ruszyłyśmy dalej, spojrzałam w kolejną odbiegającą od głównej drogi uliczkę i… była identyczna. Dosłownie! Szybko okazało się, że każda z nich jest taka sama – jak doczytałam później, ten styl zachował się jeszcze z czasów panowania Maurów, kiedy ściany wszystkich domów wybielane były wapnem.


Otwarcie przyznaję, że zazwyczaj nie jestem specjalną fanką zabytków; nie kręci mnie chodzenie po muzeach, oglądanie kościołów i starych rzeczy, które są stworzone przez człowieka. O wiele bardziej wolę piękne, naturalne widoki i pozornie zwyczajne, ale klimatyczne miejsca. Nie weszłam więc do żadnego z pięknych klasztorów na rzecz włóczenia się po parkach i gubienia co i rusz.










Jedyne, czego żałuję, to niezobaczenie od wewnątrz Capela dos Ossos – kaplicy kości. Jej ściany są „udekorowane” ludzkimi kośćmi i czaszkami. Podobno robi to piorunujące wrażenie. A nie dotarłyśmy tam, bo… zapomniałyśmy, że kaplica znajduje się właśnie w Évorze. Przypomniał nam o tym couchsurfer, którego gościła – oprócz nas – nasza hostka. Tylko niestety zrobił to około północy, więc było już o wiele za późno, a następnego dnia kaplica miała być czynna dopiero bodajże od 14 – o tej porze chciałyśmy być już z powrotem w Lizbonie.

Évora jest ładna. Tak opisałabym to miasto – jako po prostu ładne. Ale mam pewne ale

Kojarzycie takie miasta, które – często ze względu na historię – zdają się aspirować do bycia uznawanymi za duże i ważne, jednak w rzeczywistości mają mentalność małych, prowincjonalnych miasteczek? Z typową dla nich ospałością, jednym miejscem (zwykle placem), gdzie młodzi spotykają się wieczorami na piwo, parkiem, gdzie na plotki spotykają się starsze panie. I nic poza tym w nich nie ma. Wystarczy godzina, żeby przejść miasto niemal dookoła; po tym czasie człowiek zauważa, że każde mijane miejsce odwiedził już dziesięć minut wcześniej.

Dokładnie takie wrażenie sprawiła na mnie Évora. W moim odczuciu jest to typowe portugalskie miasteczko, które ożywa trochę dopiero wieczorem, kiedy wszyscy turyści zasiądą w ogródkach piwnych. Szczerze? Nie przepadam za takimi miejscami. Nie lubię półśrodków; albo 100% natury i piękne miejsca pośrodku niczego, z dala od cywilizacji, albo większe miasto, które ma do zaoferowania mnóstwo przestrzeni do włóczenia się i ciekawych miejsc, które potrafią zapewnić mi dłużej niż dwie godziny zwiedzania.





W skali 1-5 oceniam Évorę na 4 pod względem urokliwości, 5 za zabudowę i architekturę (naprawdę zachwyca, warto!) i – niestety – 4,5 za kategorię Jak szybko się nudzi. Za to fani szeroko pojętej historii na pewno dobrze się tu poczują!

Ciekawostka: Lizbona ma swoje sławne pastéis de nata – minitarty z a’la budyniowym, jajecznym nadzieniem. Są strasznie brzydkie, ale pyszne! Évora nie pozostała w tyle; można tam dostać queijadas de Évora, czyli ciastka o kształcie miniaturowych muffinek. Są robione z sera, ale wcale nie smakują jak sernik. Bardzo słodkie i pyszne!


(ale i tak wolę pastéis de nata)

wtorek, 9 maja 2017

[86] 11 rzeczy, za które pokochałam Portugalię


Ponad miesiąc temu opublikowałam post o rzeczach, które denerwują mnie w Portugalii. Właśnie teraz nadszedł czas, żeby to sprostować. No bo hej – to, że brakuje mi tu parówek i wkurzają mnie trąbiący kierowcy nie znaczy wcale, że mi się tu nie podoba. Powiedziałabym nawet, że wręcz przeciwnie – czuję się tutaj o wiele lepiej, niż mogłabym się spodziewać.
Listę rzeczy, za które (chyba mogę nazwać to już oficjalnie tym szumnym, mocnym słowem) pokochałam Portugalię rośnie z dnia na dzień. Od jakiegoś czasu notowałam sobie co ciekawsze fakty, które przychodziły mi do głowy. Co więc tak bardzo zauroczyło mnie w tym kraju na końcu Europy?


Tanie awokado
Fani tego owocu muszą czuć się w Portugalii jak w raju. Sama byłam zaskoczona – jeszcze miesiąc temu w okolicznym zieleniaku za sztukę awokado płaciłam ok. 40-50 centów. I nie była to sztuka, która musiała odleżeć swoje na półce w temperaturze pokojowej, żeby zmięknąć i nabrać smaku, tylko dojrzały, mięciutki i pyszny owoc.

Muzyka ulic
Jest tutaj na każdym rogu. Nie trzeba właściwie specjalnie szukać, by natrafić na mini koncert. W Lizbonie szczególnie uwielbiane przez muzyków są miradouros, czyli punkty widokowe oraz okolice stacji metra Baixa-Chiado. Na Miradouro São Pedro de Alcântara (moim ulubionym!) często można usłyszeć bluesa, z kolei Miradouro de Santa Catarina to codzienne spektakle muzyki reggae w akompaniamencie pięknego widoku na zachód słońca.




Mili ludzie
Po prostu. Moja teoria głosi, że wszystko dzięki zdystansowanemu podejściu do życia = mniejszej ilości stresu. Każdy ma czas na wszystko – włączając miłe słowa.

Tanie ryby i owoce morza
Promy na krewetki w Pingo Doce średnio co dwa dni. Mnóstwo łososia, bacalhau (pycha!!!), wszelkich ośmiornic i małżów (w dwóch ostatnich akurat nie gustuję, ale rozumiem, że można), wszystkiego, czego tylko dusza zapragnie. W niskich cenach!

Przechodzenie na czerwonym świetle
Poniekąd wyznaję zasadę, że stawianie sygnalizacji świetlnej gdzie popadnie jest głupotą. Jeszcze większą głupotą jest surowe przestrzeganie ruchu pieszych na światłach. Nie zliczę ile razy w Polsce zdarzało m się wracać do domu w nocy i stać na tym nieszczęsnym czerwonym pomimo pustej drogi, tylko dlatego, że wiedziałam, że w pobliżu lubi czaić się policja.
W Portugalii tak nie jest. Czerwone światło dla pieszych działa bardziej jako informacja: uważaj, jak wyjdziesz na drogę i się nie rozglądniesz, to może cię coś trzepnąć. Bierzesz tę odpowiedzialność na siebie. Na początku ciężko było mi się przyzwyczaić do przechodzenia przez ulicę na czerwonym i trochę się z tym czaiłam; tym bardziej, że mieszkamy przy komisariacie. Jednak kiedy po raz kolejny zobaczyłam policjantów, którym ani się śniło czekać na zielone światło dla pieszych, przestałam się tym przejmować i chodzę jak wszyscy.

Picie w miejscach publicznych
Znów muszę ponarzekać na polskie prawo. Okrutnie irytuje mnie zakaz picia w miejscach publicznych; podkreślam, że mówiąc picie mam na myśli kulturalne piwo lub dwa ze znajomymi w parku czy nad rzeką, a nie robienie libacji w krzakach. Nie rozumiem w jaki sposób karanie spożywania niskoprocentowych trunków w terenie ma komukolwiek pomóc. Czy naprawdę upijający się w barach Anglicy, przyjeżdżający tłumnie do Polski na wieczory kawalerskie, którzy po skończonej imprezie wracają do hotelu i drą japy w niebogłosy są mniej szkodliwi i denerwujący? A przecież pili w lokalu!
Wracając do tematu – w Portugalii można. I jestem z tego powodu niesamowicie szczęśliwa; szczególnie jeśli mowa o wyżej wspomnianej ulicznej muzyce na miradouro, o zachodzie słońca.



Autostop!
Mówię o tym już nie pierwszy raz i obiecuję, że znajdę w końcu czas na napisanie posta na temat autostopu w Portugalii. Póki co możecie mi wierzyć, że jest 10/10! Ludzie są przemili i pomocni, w dziewięciu na dziesięć przypadków bardzo dobrze mówią po angielsku. Czego chcieć więcej?


Merenda
Najpewniej coś podobnego jest również w Polsce, jednak nigdy się z tym nie spotkałam, a już na pewno nie jest tak popularne jak tutaj. Merenda to swego rodzaju nieduża bułka z ciasta filo (tak mi się przynajmniej wydaje), wypełniona szynką i żółtym serem. I tyle, żadnej filozofii. Nie wiem co sprawia, że jest taka pyszna i zarazem sycąca, jednak błogosławię Pingo Doce, w którym kosztuje 0,35 €.

Kelnerzy jedzący przy stole
Nigdy wcześniej nie zwróciłam na to uwagi, bo nigdy wcześniej nie pracowałam w gastronomii, jednak po przeczytaniu posta Karoliny pomyślałam: kurczę, faktycznie! Nigdy w Polsce nie widziałam jedzącego kelnera. Tu z kolei nikt nie uważa tego za coś nadzwyczajnego.
W pracy należą nam się co najmniej dwa posiłki: lunch o 12 i kolacja o 19. Za każdym razem sprzątamy wcześniej najdłuższy stół i siadamy do niego wszyscy razem, żeby zjeść. Klienci nie patrzą ze zdziwieniem ani tym bardziej oburzeniem. Należy nam się przecież jak psu buda!

Półlitrowe wina
Ktokolwiek wpadł na ten pomysł, ewidentnie był geniuszem. Lubię to, że można tu kupić wino w ilości mniejszej niż 750 ml. Są też takie w kartonikach po 250 ml. Czy to nie jest super?!

Dotykanie
Dziwnie brzmi ten nagłówek, ale już tłumaczę o co chodzi. Jeśli kierować się stereotypami, to powiedziałabym, że Włosi faktycznie dużo gestykulują podczas rozmowy, za to Portugalczycy cały czas się nawzajem dotykają. Cały czas. Nie przesadzam. Na początku ciężko było mi się przyzwyczaić do tego, że podczas rozmowy z osobą, którą znam od dwóch godzin, ta albo łapie mnie za rękę, albo klepie po plecach, albo przytula. W pracy to już w ogóle był koszmar! Przez pierwszy tydzień chodziłam trochę spięta i z ewidentnie naruszoną strefą komfortu; nie dało się przejść obok nikogo nie będąc pogłaskanym, uściskanym albo wycałowanym. Dziwnie się czułam; jakby nie było, Polacy to raczej zdystansowany pod tym względem naród. Po tym pierwszym tygodniu zaczęłam się jednak przełamywać i przyzwyczajać do takiego zachowania – oni tak po prostu mają. Wszelkie dotykanie i inne czułości to tylko i wyłącznie przejaw sympatii. Kiedy się nad tym zastanowiłam, to faktycznie – po co tworzyć sztuczne bariery? Łatwiej przywyknąć niż stawać oporem. Co śmieszniejsze, sama łyknęłam bakcyla i co i rusz przyłapuję się na tym, że podczas rozmowy o wiele częściej dotykam ludzi. No ale… czy jest w tym coś złego?






wtorek, 28 marca 2017

[85] Kolorowe serce Alfamy - Feira da ladra



Wspominałam już, że ostatni czas był dla nas gorącym okresem. Nie chce mi się nawet wnikać w szczegóły, ale przeżyłyśmy sporo stresu. Dzisiaj rano po przebudzeniu z radością ujrzałyśmy słońce za oknem – nareszcie! Od kilku dni pogoda była paskudna:  wiało, padało i było (jak na tutejsze standardy) naprawdę zimno. Postanowiłyśmy wykorzystać ten powiew wiosny – tym bardziej, że to jeden z ostatnich wolnych dla nas dni przed rozpoczęciem pracy.

Kiedyś jedna ze współlokatorek powiedziała nam o ogromnym flea market znajdującym się w Alfamie. Przypomniałam sobie, że faktycznie – czytałam kiedyś o takim targu. Miał się on odbywać tylko we wtorki i soboty. Czy mogło złożyć się lepiej?

Szybko wygooglowałyśmy potrzebne informacje. Feira da ladra, czyli w wolnym tłumaczeniu Targ Złodziejek. Nazwa ta po raz pierwszy zanotowana została jeszcze w XVII wieku, lecz niektóre źródła podają, że jego początki sięgają aż XII wieku. Kawał historii!

Żeby dotrzeć na Feira da ladra najlepiej dojechać na koniec niebieskiej linii metra – stacja nazywa się Santa Apolónia. My przeszłyśmy się stamtąd na piechotę; chociaż Alfama jest dzielnicą położoną na wzgórzu, a co za tym idzie – każda z ulic jest wyjątkowo stroma, jest to tak urocza i kolorowa okolica, że spacer po niej to sama przyjemność. Po wdrapaniu się na górę pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy to Panteão Nacional – przepiękny budynek, który w każdą pierwszą niedzielę miesiąca można zwiedzić za darmo. Kilka metrów wyżej rozciąga się on – jeden z najbardziej kolorowych targów, jakie miałam okazję odwiedzić!



Nie od dziś wiadomo, że na flea marketach można kupić wszystko. Taka ich uroda. Jednak to wszystko, które dzisiaj zobaczyłam, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Ceramika, wanny, magnesy, breloczki, wszelka elektronika: począwszy od ładowarek, poprzez radia i selfie sticki, skończywszy na starych i niewątpliwie używanych pilotach do telewizorów. Biżuteria, książki (nie tylko po portugalsku, a do tego niektóre tylko za pół euro!), płyty CD, jak i winylowe (włączając to stoiska sprzedające tylko i wyłącznie płyty z fado). Ubrania (nowe i stare), znaczki pocztowe, monety, okulary, dziwne szklane ryby, zabawki, antyki... Jestem niemal pewna, że gdy pomyślicie o dowolnej rzeczy, okaże się, że można ją kupić na Feira da ladra. Nie sprzedaje się tu chyba tylko zwierząt.











Same też zresztą nie wyszłyśmy z pustymi rękoma. Jakiś czas temu dywagowaliśmy w mieszkaniu na temat kupna blendera. Ustaliliśmy, że gdy ktoś zobaczy jakąś fajną promocję na takowy sprzęt, kupi go i później się za to rozliczymy. Teraz wyobraźcie sobie taką sytuację: z wielkimi uśmiechami przemierzamy targ dyskutując na temat rzeczy, które można na nim znaleźć.

- Stara, no ja nie wierzę. Przecież tu jest wszystko! Tu leżą jakieś zabawki, tu możesz kupić pieniądze za pieniądze, tyle różnych książek, a nawet…

- …a nawet blender!  - skończyła moją myśl Zuza, choć patrzyła akurat na zupełnie inne stoisko niż ja.

Zapytałyśmy o cenę: 5 euro za blender, który wygląda trochę jak z innej epoki, ale pan sprzedawca twierdził, że działa. Wtedy jeszcze nie wiedziałyśmy, że na Feira da ladra śmiało można próbować się targować; zresztą przy takiej kwocie za niezbędny nam do mieszkaniowego życia sprzęt nawet nie przyszło nam to do głowy.

Moje zdanie na temat fantastyczności (czy istnieje w ogóle takie słowo?!) tego miejsca wzrosło do nieskończoności, kiedy odkryłam dokąd udał się tajemniczy człowiek z kontrabasem, który mijał nas chwilę wcześniej.

Tylko jedno ciśnie mi się na klawiaturę: how cool is that?!

Jestem absolutnie zachwycona tym miejscem. Zdjęcia nie są w stanie w pełni oddać tego gwaru i kolorowej różnorodności. Dodatkowo fakt, że targ odbywa się właśnie w Alfamie dodaje mu mnóstwo uroku.


Jeśli będziecie kiedyś w Lizbonie, koniecznie zajrzyjcie w to miejsce. Przeniesiecie się na chwilę lata wstecz i poczujecie ducha stolicy Portugalii sprzed lat. Na pewno nie pożałujecie!