Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 lipca 2015

[46] Co musisz zrobić w te wakacje?

 

Jak wakacje, to bąble po komarach i poobdzierane kolana. Jak wakacje, to długie ciepłe wieczory i świerszcze. Jak wakacje, to wycieczki rowerowe, słodkie lenistwo z książką na tarasie i spanie do południa.
Jak wakacje, to znowu lista rzeczy, które zawsze chciałeś/chciałaś zrobić, a które nigdy nie dochodziły do skutku.
Może czas, żeby w tym roku spełnić wszystkie filmowe obietnice i dotrzymać samemu sobie słowa jeśli chodzi o ich realizację?


Rzeczy, które musisz zrobić w te wakacje

- wejdź na dach
Przecież to proste. Wystarczy kawałek płaskiego dachu na względnie wysokim budynku, kilkoro przyjaciół i tak jak zawsze chciałeś, możesz urządzić sobie miły plażing nad miastem.

- zaszyj się w namiocie w kompletnej dziczy
Bez prądu, bieżącej wody, internetu, fejsbuka i zasięgu. Zrób sobie reset, ręce myj w rzece, rano śpij do oporu, a wieczorem śpiewaj w niebogłosy przy ognisku.

- poznaj ludzi, z którymi utrzymasz kontakt na długo
Najlepsze znajomości to te nieplanowane. Otwórz się na ludzi, pozwól miejscowym do siebie zagadać zamiast udawać, że nie ich słyszysz. A później nie zapomnij wymienić się kontaktem; nie ma większej frustracji na świecie niż ta spowodowana faktem, że nie zrobiłeś czegoś, co zrobić mogłeś. (PS sprawdzone info!)

- odwiedź przynajmniej trzy miejsca, w których nigdy nie byłeś
To nie musi być od razu Tajlandia, Argentyna i Burkina Faso. Wystarczy miasteczko położone o godzinę drogi rowerem od twojego miejsca zamieszkania. Skąd wiesz, że nie ma tam nic ciekawego, skoro nigdy się tam nie wybrałeś?

- pojedź gdzieś autostopem!
Możesz mieć cel, ale nie musisz. Wystarczą dobre chęci, fajny kompan, czas i trochę prowiantu. Karton też nie jest akcesorium obowiązkowym – kawałek kciuka i przygoda sama się wydarzy.

- poświęć chociaż jeden dzień na nicnierobienie i nicniemuszenie
Idź spać bez budzika. Nie spiesz się nigdzie i rób dokładnie to na co masz ochotę, bez świadomości, że ktoś lub coś cię goni. Przez jeden dzień spróbuj nie używać wymówek, że „przecież musisz jeszcze…”. 
Nie musisz.

- spróbuj nowych smaków
Nie bój się spróbować najdziwniejszej potrawy, na jaką zdarzy ci się trafić podczas tych wakacji. Istnieją fajniejsze smaki niż schabowy (który i tak jest super).

- chociaż raz wstań na wschód słońca
Wcześnie, zimno i w ogóle beznadziejny pomysł, kto normalny wstaje tak wcześnie bez potrzeby? Ano ten, kto lubi mieć poczucie, że dzień jest dłuuuuuuugi, a przy okazji chce zobaczyć ładne widowisko na niebie. Nie da się bardziej efektywnie rozpocząć dnia niż wskakując o świcie na rower (względnie wystarczą po prostu nogi), jadąc w ładne, spokojnie (polecam też mocno trawiaste) miejsce i obserwując wstające słońce. Kawa i śniadanie po takim poranku smakują jeszcze lepiej.

- pozwól sobie się zgubić…
Jadąc gdziekolwiek nigdy nie masz pewności, że bez problemu trafisz gdzie trzeba. Tylko po co się tym stresować? Jeśli nie trzymają cię napięte terminy, to co z tego, że zawędrujesz nie tam gdzie początkowo planowałeś? Najwyżej zobaczysz coś innego, może równie fajnego.

- …i zmoknąć
Tylko dlatego, że fajnie jest wrócić przemoczonym do ciepłego domu, ciepłego i suchego koca i ciepłej herbaty :)

- zrób coś po raz pierwszy
Kiedy jak nie w wakacje? Wyślij list w butelce, skocz na bungee, naucz się stać na rękach. W pierwszej kolejności zrób to, co zawsze chciałeś, ale powstrzymywał cię strach. Gwarantuję satysfakcję!

- rób na co masz ochotę i nie odkładaj niczego na później
„Wakacje dopiero się zaczęły, jeszcze dużo czasu, zdążę ze wszystkim”. Jeśli wszystkie fajne rzeczy odłożysz na później, to nie zdążysz z niczym. Nie rób sobie na złość.

- mów na co masz ochotę i komu masz ochotę
Przestań się ograniczać, dopóki nie sprawiasz nikomu przykrości. Nie oszczędzaj słów, które mogą być dla kogoś miłe – nawet jeśli wydają się być oczywiste.

- nie żałuj
Każdemu zdarza się potężne faux pas od czasu do czasu. Działaj tak, żebyś nie miał sobie niczego do zarzucenia; nawet te najgłupsze pomysły miewają dobre skutki.

czwartek, 26 marca 2015

[40] Czy rytuały ratują życie (w podróży)?


Lubimy ostatnio ze współlokatorką pić kawę w oknie. Otwieramy je na oścież, włazimy na (nie do końca czysty) parapet i z półlitrowymi kubkami w dłoniach rozmawiamy, machając nogami z trzeciego piętra do sąsiadów. Pierwszy raz zrobiłyśmy tak przypadkiem; ot „chodź, wypijemy dzisiaj kawę na parapecie”. Spodobało nam się i weszło w życie pod hasłem rytuału.

Dam sobie uciąć dreda, że każdy w mniejszym bądź większym stopniu podróżujący człowiek ma swoje własne, czasem nieco sentymentalne rytuały. Może i nawet nie do końca zdając sobie z tego sprawę. Jaki w tym sens? Przecież podróż ma być chwilowym oderwaniem od rutyny, od schematu zwykłego dnia, kiedy wszystko kręci się wokół pracy/uczelni, obiadu, zakupów na jutro i zapłaceniu rachunków za prąd. Fajnie znaleźć chwilę na miły rytuał w ciągu dnia powszedniego, ot żeby oderwać się na moment od myślenia o przyziemnych rzeczach i sprawach, które trzeba załatwić. No ale podróż już w swojej definicji zawiera ciąg właśnie takich chwil, które nie zdarzają się codziennie. Po co je więc regulować powtarzaną czynnością?
Człowiek ma zaprogramowane gdzieś z tyłu głowy umiłowanie do porządku. Tak, pisze to osoba, która nie potrafi podejmować decyzji, a ostateczny plan klaruje jej się pięć minut przed startem. Mimo wszystko lubimy porządek i choć fajnie czasem nie wiedzieć do końca co zdarzy się za chwilę, na dłuższą metę jest to wykańczające. Właśnie dlatego potrzebne są rytuały.

Mój najważniejszy rytuał to bułka z pasztetem za każdym razem, kiedy jestem w górach. Choć normalnie fanką pasztetu nie jestem, na szczycie, po kilku godzinach marszu i z cudnymi widokami w dole smakuje mi wybornie. Koniecznie ze zwykłą kajzerką.
Z uporem maniaka zawsze pozuję do zdjęć w pięknych miejscach, koniecznie stojąc tyłem do aparatu. Taki głupawy zwyczaj; z każdego wyjazdu mam chociaż jedną taką pamiątkę.
Nie jestem pewna, czy rytuałem mogę nazwać zamiłowanie do tych samych piosenek w tych samych momentach podróży. Zawsze na przykład po dłuższym czasie stania na wylotówce wyję w niebogłosy „Speeeeeeedy Gonzaaaaaaaleeees”, znając trzy wersy tekstu. Tradycyjnie też kiedy nikt nie chce się nam zatrzymać, wyciągamy połowę rzeczy z plecaka. Prawo Murphy’ego działa – zawsze ktoś staje przy nas, gdy mamy najwięcej bagażu do zbierania z ulicy.
Za każdym razem jadąc tirem wypytuję kierowcę o jego tryb pracy, trasy, wszystko. Może trochę podświadomie, jednak stało się to stałym punktem programu.
Ważnym rytuałem wyjazdowym jest dla mnie wieczorny moment, kiedy siedząc w namiocie/przy ognisku/na plaży/w rowie przy autostradzie i już prawie szykując się do spania otwieramy ze współtowarzyszami wino (często widelcem bądź scyzorykiem) lub coś równie pysznego i zastanawiamy się co fajnego wydarzy się jutro.
Obowiązkiem jest gorąca herbata w ohydnym i zużytym blaszanym kubku turystycznym przy ognisku rozpalonym przy górskim schronisku w nocy, z dala od wszystkiego. Nawet kiedy wcale nie jestem zziębnięta.

Nie uwierzę nikomu, kto będzie szedł w zaparte, że rytuały w podróży to przeżytek. Zgodzę się natomiast z tym, że należy je co jakiś czas wymieniać i odświeżać. Nic co jest powtarzane OD ZAWSZE i NA ZAWSZE nie będzie budzić za każdym razem tego samego miłego dreszczyku emocji; nieważne czy jest to kawa na parapecie czy kąpiel o świcie w oceanie. Jednak tak jak każda dusza towarzystwa potrzebuje czasem chwili tylko dla siebie, podobnie każdy łowca przygód potrzebuje stałego punktu programu, który uspokoi trochę jego umysł i sprowadzi na ziemię emocje. Mimo że to o nie przecież właśnie w tym całym cyrku chodzi – byle więcej, byle ciekawiej, byle mniej znane i wciąż nowe. Ale co utrwali wspomnienia w tak fajny sposób jak rytuał? Co spowoduje, że na widok pasztetu pieczarkowego na półce w sklepie uśmiechniesz się sam do siebie, bo w głowie otworzy się szuflada z napisem „lato góry wakacje beztroska”?


Z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że rytuały ratują mój tyłek w podróży. A szczególnie wtedy, kiedy mi jej brakuje.