Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alpy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alpy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 1 października 2015

[54] Dziki (prawie) zachód: o farciarskim pechu i pysznym jedzeniu

Budzimy się wcześnie z obawy, że ktoś z mieszkańców pobliskiego osiedla nas zauważy i okaże się, że nie jest zachwycony naszą świetną miejscówką noclegową. Szybko wychodzi na jaw, że lokatorom pobliskich drzew kategorycznie nie spodobał się namiot (na pewno chodziło o kolor) i dwie ściany są fantazyjnie obsmarowane ptasimi kupami.

Pakujemy się więc i idziemy do pobliskiego parku zjeść śniadanie, po czym postanawiamy złapać autobus jadący na wybrzeże.
 Nie miała być taka kwaśna!

Plaża jest kamienista, ale miła i dosyć spokojna. Słońce praży, a cień znów szybko się kończy, konstruujemy więc profesjonalne urządzenie do przedłużania go, złożone z pałąka od namiotu i koca.

Kładziemy się tylko na chwilę, a budzimy prawie dwie godziny później, kiedy cień już uciekł, wobec czego każda z nas ma przypieczony jeden bok.



Idziemy do pobliskiego supermarketu po wykwintny obiad złożony z parówek i znajdujemy wylotówkę. Kolejny stop łapie się szybko – młody Włoch, który mówi tylko po włosku. Siadam więc z przodu, a kierowca w ciągu 10 minut opowiada mi całe swoje życie, po czym pyta, czy byłyśmy w Pizie i widziałyśmy wieżę. Mówię, że tak, jednak on albo mnie nie słucha albo nie chce rozumieć, bo radośnie oznajmia:
- Dobrze! To pojedziemy do wieży, musicie ją zobaczyć. Potem oczywiście zawiozę was na jakąś stację benzynową.
Nie mam serca tłumaczyć mu, że źle się zrozumieliśmy.
Nasz kierowca vel mistrz selfie
z krzywą wieżą w Pizie

Wysiadamy na stacji przed wjazdem na autostradę. Po dłuższej chwili zatrzymuje się samochód. Idę dowiedzieć się dokąd jedzie i widzę, że w środku siedzi dwóch facetów, na oko koło czterdziestki. Są dziwnie niemrawi i na początku mamy obawy co do wsiadania z nimi, jednak nie wyglądają na takich, którzy planowaliby wyciąć nam organy. I wcale nie są – to najśmieszniejsi ludzie, jakich tego dnia spotykamy. Widać, że są starymi przyjaciółmi: cały czas się przekomarzają i sobie dogryzają. W końcu wysadzają nas na stacji, gdzie znów dostajemy, tym razem od nich, po piwie. Stamtąd szybko udaje nam się złapać młodą parę Szwajcarów, która wraca do swojego kraju. Długo wahamy się, czy ostatnie dni wyjazdu spędzić na zobaczeniu szwajcarskich Alp i już prawie się na to zgadzamy, ale ostatecznie postawiamy zostać we Włoszech. Jest tu zbyt pysznie i zbyt pięknie, a ludzie są dla nas zdecydowanie zbyt życzliwi.
Wysiadamy pod Genovą, a tam zabiera nas starsza pani jadąca do Novary. Na nasze nieszczęście, pogoda mocno się psuje – zaczyna padać i robić się bardzo chłodno. Postanawiamy zostać na noc w Novarze, a następnego dnia rano złapać pociąg do Arony – turystycznej miejscowości położonej kilkadziesiąt kilometrów dalej, w stronę Mediolanu.

Jesteśmy właściwie w prawie tak beznadziejnym położeniu jak dzień wcześniej w Pizie. Na dworcu grasuje chora psychicznie starsza kobieta, która krzyczy na wszystkich wokoło i ma zupełnie w nosie fakt, że średnio ją rozumiemy. Bierzemy więc nasze kilogramy na plecy i idziemy szukać miejsca na nocleg.

Trafiamy do parku. Nie jest on wybitnie dziki, właściwie to wydaje się całkowicie cywilizowany – praktycznie przy samej ulicy, gęsto poprzecinany alejkami z ławkami. Spacerując zauważamy w pewnym momencie duży krzak, który jest właściwie kilkoma iglakami, ciasno zrośniętymi na samiutkim środku trawnika. Niewiele tam wprawdzie miejsca, ale z alejek praktycznie nie sposób dojrzeć, że wewnątrz ktokolwiek śpi. Szybko decydujemy się rozłożyć w środku namiot. Wysłużona i cała w kupie mobilna sypialnia jest trochę za duża względem ilości miejsca w krzaku i właściwie bardziej lewituje w nim, zaczepiona ścianami o gałęzie. Żeby było śmieszniej, w ferworze walczenia z pałąkami namiotu wewnątrz krzaka, gubimy gdzieś tropik (a na zewnątrz wciąż mocno pada).

Jesteśmy już prawie zadowolone z naszej miejscówki. Agnieszka wchodzi do namiotu, a ja podaję jej do środka plecaki, gdy nagle…
- O kurna.
- Co?
- Cicho, nie ruszaj się. Coś jedzie alejką.
Na dróżce, od której dzieli nas jakieś 8-10 metrów widzę światła samochodu. Obie wstrzymujemy oddech – tego brakuje, żeby właśnie teraz ktoś nas zauważył i zadzwonił po policję. Jak się jednak okazuje, wcale by nie musiał.
- Aga, to carabineri. – szepczę najciszej jak potrafię. – Zaraz podam drugi plecak, niech sobie pojadą.
Mundurowi na szczęście odjeżdżają, a my zostajemy niezauważone. Marzymy tylko o tym, żeby przespać się chociaż parę godzin, by móc funkcjonować następnego dnia, nawet jeśli w nocy ma obudzić nas policja. Zresztą, jaki policjant mógłby się spodziewać, że gdy znajdzie namiot w jakichś parkowych krzakach, to wcale nie będą tam koczować nielegalni imigranci, a dwie blondynki z Polski? Dobrze, że nie mamy okazji dowiedzieć się tego na własnej skórze.

Zasypiamy szybko, a za parę godzin budzą nas rozmowy. Najpierw słyszymy młodych ludzi, prawdopodobnie wracających z imprezy, na alejce parę metrów od naszego namiotu. Chwilę później ktoś z całym impetem kopie w kosz na śmieci, po czym przerażająco głośno na niego krzyczy. Jedna osoba. Idzie alejką i wrzeszczy do siebie, przy czym zdecydowanie nie brzmi jak trzeźwy człowiek. Modlę się w myślach, żeby gość nie wpadł na świetny plan wysikania się w krzakach i nas nie zauważył. Na szczęście szybko idzie dalej, a my ponownie zasypiamy.

Wstajemy szybko, bo przed 6 rano. Pierwsza rzecz, jaką zauważamy, to że ściany namiotu są dziwnie suche – mimo braku tropiku i ulewy na zewnątrz, nie spadła na nas ani jedna kropla deszczu, a w środku było wyjątkowo ciepło jak na fakt, że noc okazała się naprawdę chłodna. Krzak w Novarze zyskuje miano bezkonkurencyjnie najlepszej jak do tej pory miejscówki na nocleg.

W żaden sposób nie zapobiega to faktowi, że podczas składania namiotu znów zauważamy na alejce obok samochód. Zamieramy w bezruchu, ale auto okazuje się być jedynie śmieciarką.

Zestresowane i bardzo głodne idziemy na dworzec pociągowy, a ja tego właśnie dnia osiągam ten poziom niewyspania, że zasypiam wszędzie. Najpierw na dworcu, później w pociągu, siedząc na plecaku w przejściu między wagonami, bo przedziały są przepełnione. Szczęśliwie szybko docieramy do Arony, która absolutnie nas zachwyca. Małe, niby turystyczne, ale jednak całkiem spokojne miasteczko nad jeziorem Maggiore z przepięknymi widokami na Alpy. Robimy kilka zdjęć, po czym rozsiadamy się w niewielkiej, rodzinnej knajpce, gdzie zamawiamy dużą i pyszną pizzę z orzechami i gorgonzolą, z której, między innymi, słynie Piemont. Po takim sycącym obiedzie idziemy tam gdzie zawsze, czyli na wylotówkę.



 o taaaaaam chcę pojechać

Nie musimy długo czekać na podwózkę. Zatrzymuje się młody chłopak, który zawozi nas do miejscowości położonej kilka kilometrów dalej – Dormelletto. Tam próbujemy łapać dalej, jednak dajemy sobie deadline – jeśli nie złapiemy nikogo w ciągu dwóch godzin, idziemy na położony w pobliżu camping. Po godzinie uznajemy, że wcale nie chce nam się już dziś łapać i może po 10 dniach w podróży pozwolimy sobie wreszcie na burżujski, płatny i wygodny nocleg. Wcześniej idziemy do znajdującego się obok supermarketu, gdzie kupujemy wino i pyszności na kolację.

Właścicielka campingu wskazuje nam miejsce na rozbicie namiotu przy samej plaży. Jesteśmy maksymalnie szczęśliwe, bo w zasięgu parudziesięciu metrów mamy piękne widoki, sklep, dostęp do prądu i oczywiście prysznic z ciepłą wodą (więc myjemy się dwa razy, tak na zapas).

Po ogólnym ogarnięciu siadamy na kamieniach przy brzegu i całym jedzeniowym dobrodziejstwem. W pobliżu imprezuje jakaś niemiecka kolonia, małe dzieci biegają po trawniku, a my patrzymy, jak się ściemnia, a na czystym niebie pojawia się morze gwiazd i jest nam po prostu dobrze.



Rano góry w świetle wschodzącego słońca jeszcze bardziej nas zachwycają. Z bólem serca i ogólnym smutkiem idziemy na zapasowy prysznic i stajemy w zatoczce.

Niedługo potem jedziemy już ze starszym panem do kolejnej miejscowości, z której zabiera nas dwóch Egipcjan. Nie za wiele mówią po angielsku, ale nie przeszkadza im to w tym, by zatrzymać się na stacji benzynowej na wspólną kawę. Bez problemu też wysadzają nas dokładnie tam, gdzie chcemy.
Z kolejnej stacji zabiera nas starszy, bardzo sympatyczny pan, z którym jedziemy kilka dobrych godzin, bo zawozi nas aż pod Wenecję. A tam miłe zaskoczenie – duża stacja z mnóstwem polskich tirów. Robimy więc rundkę między samochodami i znajdujemy dwóch kierowców, którzy zgadzają się nas zabrać. Zbyszek i Tomek niszczą moją teorię o tym, że imiona kierowców jeżdżących razem w trasy muszą się rymować.

Panowie jadą w stronę Austrii i tam też się z nimi zabieramy. Na wieczór dojeżdżamy na parking kawałek za granicą austriacko-włoską, położony dosyć wysoko w górach, co skutkuje tym, że temperatura spada do jakichś 12 stopni. Robimy sobie herbatę i rozważamy pod którym daszkiem będzie nam najlepiej rozbić namiot.
- Powariowałyście? Po co będziecie rozbijać namiot, jak my mamy po dwa łóżka w samochodach. Spokojnie możecie się przespać w ciężarówce, ciepło wam będzie przynajmniej.

Nie ukrywamy, że perspektywa wygodnego łóżka bardzo nam się podoba.

Rano budzą nas piękne widoki za oknem i zapach świeżej kawy. Jedziemy z parkingu prosto na stację, gdzie każda z nas dostaje po pizzy z mrożonki i jest to chyba najlepiej smakujące śniadanie na świecie.
Zbyszek i Tomek z Austrii odbijają na Czechy, a my, jako że wolimy jechać przez Słowację, wysiadamy po Wiedniem. Na parkingu najpierw łapiemy polskiego kierowcę tira, jednak po paru minutach jazdy łapie nas policja – czepiają się o rozładowaną winietę. Kierowca jest tym na tyle zestresowany, że postanawiamy wysiąść i nie robić mu więcej kłopotów niż już ma.

Właśnie na tej stacji przy obwodnicy Wiednia mamy ogromnego farta – zatrzymuje się samochód osobowy na polskich numerach, a w nim dwóch młodych chłopaków.
- Cześć, gdzie jedziecie?
- Do Limanowej. A wy dokąd chcecie?
- Do Polski! Pewnie w takim wypadku najwygodniej będzie nam pojechać do domu przez Kraków…
- No to wsiadajcie, podrzucimy was chociaż do Rabki.

Jesteśmy przeszczęśliwe. Mimo że mamy idealne warunki do spania, nie mrużymy oka ani na moment – nasi współtowarzysze są tak śmieszni, że w ogóle się z nimi nie nudzimy. Po kilku godzinach drogi wysadzają nas przy przystanku autobusowym, skąd za dosłownie parę minut odjeżdża bus do Krakowa. Głupio nam jednak stać bezczynnie, więc wyciągamy kciuki i… zatrzymuje się van. Biegnę do kierowcy i pytam po polsku dokąd jedzie, na co ten pyta mnie o to samo po angielsku.

Nieważne po jakiemu - grunt, że do Krakowa!

Tym sposobem na pierwszego stopa w Polsce po dwóch tygodniach za granicą, łapiemy Szweda, Amerykanina oraz pół Szwedkę – pół Amerykankę. Żeby było śmieszniej, okazuje się, że również podróżowali po Włoszech, a teraz planują zrobić w Krakowie dokładnie to samo, co parę dni wcześniej my zrobiłyśmy w Rzymie, czyli iść na spotkanie couchsurferów głównie po to, żeby znaleźć osobę, która ich przenocuje. Dodatkowo przyznają się, że za jeden z celów swojej podróży wzięli sobie zabieranie wszystkich autostopowiczów, których zobaczą przy drodze.

Jako naiwny dzieciok, który wierzy, że rzeczy nie dzieją się bez przyczyny, wiem, że kiedyś ich jeszcze spotkamy. Może to sugestia od świata, że zamiast smucić się, że piękne Włochy, piękni Włosi, pyszne jedzenie, zapierające dech widoki, wiecznie gorący wiatr, życzliwi kierowcy, niewygodne noclegi i bliskie spotkania z policją już za nami, powinnyśmy planować kolejny wyjazd. Czyżby tym razem do Szwecji? :)



czwartek, 26 lutego 2015

[37] Hiszpański epizod zimowy


Niebo jest całkiem nocne, zegarek wskazuje 4.40 rano. Mimo tego dworzec PKP jest pełen ludzi. Wczołguję się do pociągu i nieprzytomnie przesypiam całe trzy godziny drogi do Warszawy. W kolei miejskiej jadącej na Okęcie staram się już być w miarę przytomna. Lubię lotniska, tak samo jak lubię obserwować podróżnych, goniących przez halę z plecakami i wielkimi walizkami. Zawsze tworzę sobie w głowie całą historię gdzie i po co jadą.
Kupuję zdecydowanie za drogą kawę i siadam w kącie na podłodze z książką. O dziwo, kolejne trzy godziny czekania na lot mijają o wiele szybciej niż mogłabym się spodziewać, mimo że mam sobie do zaoferowania jedynie własne towarzystwo. Bramki, krótka kontrola, a później perspektywa niemal czterech godzin w samolocie. „Dobrze, będzie w miarę wygodnie, zgrałam sobie dwa kilo świeżej muzyki, posłucham w spokoju”, przechodzi mi przez głowę. Guzik. Nie wyłączyłam odtwarzacza po naładowaniu i w ciągu nocy zdążył pozbyć się całej mocy. Lot mija na zmianę na spaniu i słuchaniu gaworzenia dwuletniej Hiszpaneczki siedzącej przede mną na kolanach u mamy i zaczepiającej mnie co i rusz z zawadiackim uśmiechem i mamrotem, połączonym z nieustanną próbą złapania mnie za dreda. Nawet nie wiem w jakim języku jej odpowiedzieć, więc tylko się uśmiecham.
Lądujemy w Madrycie. Podczas błądzenia po lotnisku zagaduję parę osób, pytając którą linią metra dostanę się na dworzec południowy. Zaczepieni Hiszpanie niezbyt chętnie posługują się językiem angielskim. W międzyczasie rozmieniam pieniądze w aptece, znajduję stację metra i kupuję bilet. Po 40 minutach wysiadam na Estacion Sur, gdzie idę prosto do kasy biletowej. W okienku starsza kobieta, niezbyt chętnie i dobrze posługuje się angielskim, ale rozumie wszystko co mówię. Pytam o najbliższy autobus do Granady; odpowiada, że następne godziny są już pełne, wolne miejsca zostały dopiero na godzinę 19. Patrzę na zegarek – jest 16.20. I tak nie mam wyjścia: do Granady jest jeszcze 400 km, choćbym bardzo chciała, małe szanse, żebym zdołała pokonać taki dystans stopem zanim zrobi się ciemno (a kamizelki odblaskowej oczywiście nie wzięłam…). Kupuję bilet i zastanawiam się co robić przez taki kawał czasu. Przecież nie będę siedzieć na dworcu, idę w miasto!
Jak się okazuje, okolice dworca południowego nie są zbyt piękne i prawdę mówiąc nie za bardzo jest się nawet gdzie przejść. Jakieś zakłady przemysłowe i inne miejsca pracy, obok ekspresówka. Wchodzę na znajdujące się przy dworcu wzgórze, słońce przyjemnie grzeje, chwilami nawet praży. Z góry fajnie widać panoramę miasta. „Jesteś w Hiszpanii, ej. Sama. Przecież to świetny powód do jarania się!”. Włącza mi się myślotok i błądzę uliczkami z głupim uśmiechem na twarzy. W pewnym momencie nie do końca wiem gdzie jestem i bardzo mi się to podoba.

Na dworcu podładowuję jeszcze telefon i idę szukać stanowiska. Strasznie dziwnie jest to wszystko oznaczone – niby jasno i prosto, ale jednak nie do końca. Co i rusz zaczepia mnie jakiś hiszpański turysta i zadaje kompletnie niezrozumiałe pytanie. Schemat zawsze ten sam: hiszpański bełkot ze znakiem zapytania na końcu, na co odpowiadam po angielsku, że nic nie rozumiem. Wtedy osoba macha ręką i sobie idzie lub przechodzi na angielski, a ja nadal nie potrafię pomóc. Wydawało mi się zawsze, że w krajach południowych blondynki z niebieskimi oczami i za dużym plecakiem raczej nie są uznawane za w jakikolwiek sposób zorientowane tubylczynie. A jednak.
W końcu jakaś sympatyczna dziewczyna z futerałem z altówką pomaga mi ogarnąć skąd odjeżdża mój autobus.
- Tylko wiesz, nie jestem tego na sto procent pewna. Idź tam i sprawdź, a jeśli się myliłam, wróć tutaj i wtedy stanę na głowie, ale ci pomogę!
Na szczęście nie jest to konieczne.
Kolejnych 5 godzin drogi przede mną. Ledwie już widzę na oczy, ale ani mi w głowie narzekanie. Dziewczyna siedząca przede mną o coś pyta, ja nie rozumiem. Płynnie przechodzi na angielski, zamieniamy parę zdań, zdawkowe uprzejmości, ale rozmawia się całkiem miło. Gdy po kilku godzinach wjeżdżamy do Granady, ponownie odwraca się do mnie i pyta gdzie chcę dotrzeć w mieście.
- Gdzieś w okolice Puerta Real, ale nie mam pojęcia gdzie to jest.
- Bo pomyślałam, że mogłybyśmy wziąć razem taksówkę, byłoby łatwiej i taniej.
- Jasne. Możemy też sprawdzić nocne autobusy, wiem, że coś jedzie z dworca do centrum. Zorientujemy się na miejscu.
Oczywiście żadnego autobusu na rozkładzie jazdy nie ma. Dla pewności zaczepiamy jeszcze jakąś hinduską parę.
- Przepraszam, nie wiecie może czy jedzie stąd jakiś nocny autobus w okolice centrum?
- Nie wiemy, czekamy właśnie na taksówkę.
- O, to może zabierzemy się z wami?
- No jasne, nie ma problemu.
W tym momencie podjeżdża taksówkarz i pakuje nasze plecaki do bagażnika. Nie rozumiem dokąd chce dostać się para; moja autobusowa towarzyszka musi dotrzeć na Plaza Nueva, a ja na Puerta Real. Każdy gdzieś indziej. Taksówkarz stara się znaleźć wspólny mianownik dla wszystkich miejsc, żeby każdemu było blisko. Siedzę obok niego z przodu, mężczyzna co chwilę mówi coś do mnie po hiszpańsku. Ja odpowiadam, że nie rozumiem, ale jemu zdaje się to ani trochę nie przeszkadzać. Po kilku minutach tej jałowej próby wymiany zdań autobusowa towarzyszka mówi do kierowcy, żeby przestał, bo ja NAPRAWDĘ nic nie rozumiem. Mimo wszystko jest bardzo sympatycznie.
Wysiadam na Puerta Real, gdzie czeka na mnie Gabi. Jest 00.30, co oznacza, że jestem w drodze od ponad 19 godzin! Padam na twarz. Przyjacielskie rozmowy i wymianę wrażeń zostawiamy na rano.


***

Granada – Alhambra, góry i czerwone światła


Dokładnie tymi słowami opisałabym Granadę. Nad miastem górują dwie rzeczy: majestatyczna Alhambra i wcale nie gorsze Sierra Nevada. Jest odrobinę turystycznie, ale nie odczuwa się tego wybitnie mocno. Chociaż może dlatego, że jest połowa lutego. Ruch uliczny w dużej mierze zdominowany przez skutery i motory, nie brakuje też rowerzystów. Wszechobecne drzewa mandarynkowe tylko dodają miastu uroku. Niepisaną zasadą jest przechodzenie przez ulicę na czerwonym świetle kiedy nic nie jedzie (choć niekiedy również kiedy coś jedzie) – nie dostaniecie za to mandatu.




W Granadzie całkiem dobrze czuć muzułmańsko-wschodni klimat, szczególnie w dzielnicy Albaicin. Jest to arabska część miasta położona na wzgórzu, po którym pną się w górę wąskie uliczki z białą zabudową i kolorowymi zdobieniami. Na ścianach widoczne są napisy w języku arabskim, a ze szczytu rozciąga się piękny widok na całą Alhambrę, czyli pałac arabski.








Drugą ciekawą częścią miasta jest Sacromonte, czyli dzielnica cygańska. Znajduje się w pobliżu Albaicin i jest równie urocza, chociaż mam wrażenie, że urzekła mnie nawet bardziej niż arabskie zdobienia. W Sacromonte znajdują się charakterystyczne jaskinie zwane cuevo, w których mieszkali niegdyś cyganie. Ba – w wielu nadal znajdują się całkiem dobrze zorganizowane domostwa. Tarasy robione na dachach i murki ozdobione różnymi „przydasiami” – od potłuczonych doniczek przez kolorowe wiatraczki i nawet lusterka samochodowe – szybko zaskarbiły sobie moją sympatię.







Nie trzeba jednak spacerować jedynie po tych osławionych, trochę może historycznych miejscach, by dostrzec urok Granady i bezpowrotnie się w niej zakochać. Mi wystarczył zwykły marsz do sklepu czy do baru – wystarczy mieć oczy szeroko otwarte i uważnie obserwować okolicę, by zauważyć klimatyczne miejsca.





No właśnie – do baru. W Granadzie nie brak pubów i knajpek, zarówno tych przystosowanych typowo „pod turystów” jak i takich, w których stołują się lokalsi. Wzięłam sobie za punkt honoru spróbowanie jakiegoś typowego hiszpańskiego jedzenia, zresztą jak zwykle podczas wyjazdu. Tylko z pysznym żarciem podróż jest pełna! Pierwszego wieczoru wybrałyśmy się do Cien Montaditos na pyszne kanapeczki w formie tapas, czyli przekąski do piwa. Tego ostatniego też oczywiście nie mogłyśmy sobie odmówić.

Wybór smaków faktycznie był ogromny. Oprócz standardowych serowo-szynkowo-warzywnych połączeń można było zamówić kanapkę ze smażonym bekonem, pesto lub ciemną ciabatkę z ciasteczkami Oreo i bitą śmietaną. Wszystko pyszne i chrupiące!
Spróbowałam również hiszpańskiego churros. Jest to przekąska znajdująca się gdzieś pomiędzy naszymi pączkami a karnawałowym chrustem; ciasto w formie długich prętów z lekko słonym posmakiem, smażone na głębokim oleju. Często churros jadane jest w towarzystwie gorącej czekolady, w której macza się przysmak.

Warto spróbować, jednak mnie osobiście churros nie rzuciło na kolana.
Miałam na Granadę jedynie trzy dni, jednak uważam, że udało mi się zobaczyć całkiem dużo. Miasto nie jest szczególnie obfite w zabytki i fantastycznie ważne i sławne rzeczy; jest fantastyczne samo w sobie, z całą piękną architekturą, górskim klimatem i przesympatycznymi ludźmi. Mimo krótkiego czasu na miejscu czuję, że zobaczyłam całkiem sporo i spożytkowałam czas w pełni.






***

O 6.30 rano nadal jest całkiem ciemno. Wsiadam w autobus do Madrytu z założeniem, że prześpię całą drogę. W momencie wyjazdu zaczyna powoli świtać i… zbieram szczękę spod fotela. Gdy jechałam z Madrytu do Granady, była noc i kompletna ciemność za oknem. Teraz nie mogę nadziwić się widokom! Wszędzie góry. Po samiutki horyzont skały, najpierw wielkie i budzące respekt, z każdym kilometrem coraz mniejsze i łagodniejsze. Krajobraz faluje, z czasem staje się porośnięty karłowatymi drzewkami sadzonymi w równych rzędach. Żałuję, że widzę te wspaniałości dopiero pierwszy raz.

Z Estacion Sur ponowna wycieczka metrem tą samą trasą na lotnisko. Kiedy lądowałam w Madrycie, lotnisko wydało mi się całkiem sympatyczne i dobrze zorganizowane. Jednak z perspektywy hali odlotów jest nie do końca tak kolorowo. Lotnisko jest OGROMNE. Przejście z jednego końca na drugi zajmuje mi niemal 40 minut, a gubię się po drodze przynajmniej trzy razy. Odlot mam z bramek C, a tymczasem w ogóle nie mogę ich zlokalizować. Zaczepia mnie jakiś starszy pan, zagaduje oczywiście po hiszpańsku. Przechodzę na angielski, a on ku mojemu zdziwieniu, nie odchodzi machając ręką.
- Nie wie pani gdzie są bramki B?
- Przepraszam, nie mam pojęcia…
- W ogóle nie mogę ich znaleźć, to lotnisko jest straszne.
- Wiem, ja szukam bramek C i też nie wiem gdzie są, chyba trochę się tutaj zgubiłam. Ale obok widziałam okienko informacji, niech pan tam zapyta.
Kawałek dalej zauważam punkt kontroli celnej i ogromny napis „All passports”. Nie do końca mi się to podoba, w końcu do tej pory nigdy nie musiałam przechodzić przez kontrolę paszportową. No ale skoro wszystkie paszporty… Idę do bramek. Sympatyczny policjant bierze mój dokument i kartę pokładową, przygląda im się chwilę i z uśmiechem pokazuje, że mogę iść dalej. Więc przechodzę. Ku mojemu zdziwieniu na tablicy odlotów widzę same dziwne arabsko-chińskie znaczki. Idę kawałek dalej – większość pasażerów to Azjaci bądź ciemnoskórzy, hinduskie kobiety z kropkami na czołach i głowami zamotanymi w chustki… Przez przeszkloną szybę zauważam moje bramki C i brak wyjścia z miejsca, do którego się dostałam. Przeszłam właśnie przez kontrolę paszportową dla podróżujących poza granice UE i dla lotów międzykontynentalnych. Idę do najbliższego sklepu bezcłowego.
- Dzień dobry, czy może mi pani pomóc? Mam wylot z bramek C, a niechcący tutaj weszłam i teraz nie za bardzo wiem jak się wydostać z powrotem na drugą stronę.
Kobieta patrzy na mnie podejrzliwie.
- Jest pani pewna, że odlatuje pani z bramek C?
- Tak, na sto procent jestem pewna.
- Aha. No to bramki C są tam.
- Tak, wiem o tym, ale nie wiem którędy wyjść.
- A na pewno leci pani stamtąd? Może jednak stąd?
- Na pewno. Nie lecę stąd. Tu są bramki B, ja lecę z bramek C. Naprawdę.
- A dokąd pani leci?
- Do Polski. Bramki C. Sto procent.
- Więc musi się pani dostać do bramek C.
- Zorientowałam się, ale którędy?! – zaczynam być poirytowana i mam wrażenie, że kobieta podejrzewa, że planuję zamach terrorystyczny na budki celne.
- Hm… No musi się pani cofnąć chyba.
Wszędzie wisi zakaz przejścia. „Trudno” – myślę. Nie mam przecież innego wyjścia. Może jak zamknę oczy i czmychnę obok policjantów szybko, to mnie nie zauważą.
W momencie minięcia budki słyszę głośny krzyk:
- Senora! SENORA!!!
Wszyscy podróżni czekający w kolejce do kontroli zamierają, czuję na sobie kilkadziesiąt par oczu. Klnę pod nosem i wracam do policjanta.
- Słucham?
- Co pani robi? Nie można tak, nie może pani stąd wyjść!
- Ale ja tu nie powinnam być!
- Dlaczego? Dokąd pani leci?
- Do Warszawy.
Podaję mu kartę pokładową. Patrzy najpierw na nią, a potem na mnie, wzrokiem mówiącym „w niczym mi to nie pomaga, nie wiem co to Warszawa”.
- Do Polski. Lecę do Polski. Moja bramka jest tam, tutaj weszłam niechcący i teraz chcę wyjść.
- Aaa, do Polski! No to wszystko w porządku, proszę sobie przejść spokojnie, miłego lotu!
Niewypowiedziane głośno zarzuty planowania zamachu ze mnie spadły, a ja odetchnęłam z ulgą.
Liczyłam, że tym razem Norwegian zarezerwuje dla mnie miejsce przy oknie; kończę cisnąc się pomiędzy Chińczykiem z ciążowym brzuchem a nadpobudliwym, podchmielonym Hiszpanem. Jednak pierwszy raz zdarza mi się, że podczas całego lotu (przypominam: trwającego prawie 4 godziny) pod nami nie ma ani jednej, najmniejszej nawet chmurki. Widoki są niesamowite. Hiszpan po prawej cały czas coś bełkocze, zaczepia stewardessy. Dzieciaki siedzące parę rzędów przede mną co i rusz zanoszą się na zmianę śmiechem i płaczem. Usiłuję robić zdjęcia podczas gdy mój chiński towarzysz śpi i nie zasłania okna. Krajobraz szwajcarskich Alp z góry naprawdę jest warty wszystkich niedogodności świata.